3 obserwujących
11 notek
40k odsłon
13030 odsłon

Moda w PRL. Brakowało wszystkiego, ale nie kreatywności

Stroje wypoczynkowe polskiej reprezentacji na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Tokio w 1964 r. zaprojektowane przez Modę Polską. Fot. PAP
Stroje wypoczynkowe polskiej reprezentacji na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Tokio w 1964 r. zaprojektowane przez Modę Polską. Fot. PAP
Wykop Skomentuj42

W PRL nawet moda była „uspołeczniona”, jednak i w tym obszarze udawało się wypromować własną markę.

Polacy w PRL wyglądali dość podobnie: koszulki farbowane własnoręcznie w kuchni, ortalion, koszula nylonowa. Ale Barbarze Hoff udało się stworzyć własny Hoffland, do którego po nowoczesne ubrania dobijały się tłumy Polek.

– W Polsce nie możemy mówić o terrorze mody. Ludzie są tak niedobrze ubrani, że przydałoby się troszeczkę tego terroru, byśmy wyglądali lepiej – oceniała po latach projektantka.

Jak Lucynka i Paulinka trafiły do Domów Centrum

Najpierw o modzie pisała. Jej rubryka zaczęła się ukazywać w krakowskim tygodniku „Przekrój” już w 1954 roku, kiedy światowa moda trafiała do Polski tylko w paczkach od rodzin, które wyemigrowały – na ogół do górali, bo spod Tatr wywodziła się duża część dawnej Polonii, a od nich na warszawskie bazary. Tak wspominał przynajmniej Leopold Tyrmand, autor bestsellerowej powieści „Zły”, elegant i wielbiciel jazzu, który w owych czasach był mężem właśnie Barbary Hoff. Miał w Krakowie krawca od marynarek, a w Katowicach od spodni.

Projektantka ukończyła historię sztuki w Krakowie, a swoją rubrykę okraszała prostymi rysunkami. Pisała o modzie dla młodzieży, lekko i dowcipnie, lekko, nie zastanawiając się, czy cenzor nie uzna jej pomysłów za zbytnio zachodnie. Były to dialogi Lucynki i Paulinki, które ktoś nazwał później pierwszymi polskimi „szafiarkami”. Pierwsza była szalona i chciała wydawać na ubrania wszystko, co miała, zaś druga ją upominała, by była rozsądna. Połączenie tej fantazji ze zdrowym rozsądkiem, czyli dostępnymi materiałem i ceną, były właśnie kolekcje w Hofflandzie.


Barbara Hoff
Barbara Hoff, 1980. Fot. PAP

Nadążanie za światową modą w PRL wymagało bowiem nie lada inwencji, nie było nawet odpowiednich materiałów. Hitem sprzedaży były przecież „dżinsy” z teksasu, czyli polskiej tkaniny będącej mieszanką bawełny ze sztucznym włóknem, szyte w szczecińskiej fabryce Odra. Brakowało wszystkiego, także nici i guzików. Hoff dostosowała więc zachodnie pomysły do możliwości polskiego rynku i lansowała np. bawełniane kreacje zamiast jedwabnych. Używała pluszu i prostych tkanin krajowych.

Jakie miała podejście, pokazywał już jej pierwszy projekt, który opublikowała w „Przekroju” – tzw. trumniaki. Na Zachodzie modne były bowiem czarne baleriny, których w Polsce nie było. Hoff zaproponowała więc, by wyciąć środkową część z dziurkami i sznurówkami z białych tenisówek, obszyć dziurę czarną tasiemką i pomalować tuszem do rysunków technicznych na czarno. 

W latach 70. założyła Hoffland, który działał poza systemem centralnie sterowanego handlu. Zajęła całe piętro w państwowych Domach Towarowych Centrum w Warszawie.  

– Chciałam nie tylko podpowiadać Polsce, jak się ma ubierać, ale sama tę Polskę ubierać – tłumaczyła.

W pierwszej kolekcji dominowała mini i kolorowy sztruks. Podczas otwarcia tłum był tak wielki, że wybito szyby wejściowe i musiała interweniować milicja. Popularność tego piętra właściwie nie malała aż do lat 90.

Barbara Hoff przywiązywała duże znaczenie do dodatków, a jej projekty – wypuszczane w dużych seriach – były tworzone tak, by do siebie pasowały i można było swobodnie zmieniać górę do dolnej garderoby i na odwrót. Umiała przy tym przekonywać dyrektorów państwowych fabryk, by zmieniali dla niej kolory tkanin czy wzór bawełny, kiedy uznała, że jakiś jest już przestarzały. Wpływała więc na działalność przemysłu krawieckiego PRL.

Przez pierwszych 13 lat Hoff przygotowywała kolekcje… za darmo. Żyła z pensji dziennikarki „Przekroju”, w którym pracowała do 2002 roku, oraz z honorariów za artykuły w kilku innych pismach. Pisała także teksty dla kabaretu Pod Egidą i projektowała stroje m.in. dla Haliny Frąckowiak czy do filmu Andrzeja Wajdy „Przekładaniec”. Dopiero potem otrzymała pół etatu w DT Centrum, z którymi współpracę zakończyła w 2007 roku.


Hoffland
Stoisko Hofflandu w Domach Towarowych Centrum w Warszawie, grudzień 1990 r. Fot. PAP

„I ona, i Leopold Tyrmand uważali, że nie mając broni, nie obalimy dyktatury policji politycznej, natomiast możemy się ubierać przeciwko nim. Zniknięcie Hofflandu było wielką stratą. Naprawdę on dobrze wpływał na wygląd polskich ulic. To jedna z tych zaprzepaszczonych wartości PRL-u mimo PRL-u” – wspominał Andrzej Dobosz, filozof, felietonista, z zamiłowania kronikarz PRL w programie „Z pamięci”.

Czapy Kozaków i bawełniany świat

Na wygląd ulicy ogromny wpływ miała też w PRL Grażyna Hase, która również – wbrew socjalistycznym regułom – wypromowała własną markę.

Zaczynała jako modelka: w 1957 roku pojawiła się na okładce „Przekroju”, sfotografowana przez Wojciecha Plewińskiego, od 1959 r. zaczęła występować na krajowych i zagranicznych pokazach Spółdzielczego Laboratorium Odzieżowego, Telimeny, Mody Polskiej, Ledy, Warszawskich Zakładów Przemysłu Odzieżowego. W latach 60. prezentowała w „Przekroju” kolekcje projektowane przez Barbarę Hoff, w jej rubryce.


Grażyna Hase
Grażyna Hase, modelka i projektantka mody, 1975 r. Fot. PAP

W 1967 roku podjęła studia na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (architektura, potem grafika) i zaczęła sama projektować odzież.

– Pierwsze moje kolekcje polegały między innymi na tym, że jeden czy dwa modele, które były najbardziej charakterystyczne, projektowałam dla siebie i uważałam, że jeżeli coś się proponuje innym, należy samemu umieć to nosić i ponosić konsekwencje – wspominała Hase.

Po pobycie w Moskwie stworzyła kolekcję Kozak Look, inspirowaną modą rosyjską: szynele, wysokie futrzane czapy, kreacje inspirowane postaciami Anny Kareniny, ale też komisarza Budionnego i Lenina. Te pierwsze projekty traktowane były wtedy jako parodystyczne, tym bardziej, że pokaz z rosyjską muzyką został wyreżyserowany przez Wowo Bielickiego, współtwórcę kabaretu Bim-Bom. Odbył się jednak i w popularnym klubie studenckim Stodoła, i w Ośrodku Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

Z Bielickim, który był jej partnerem, tworzyła zresztą program telewizyjny „Muzyka i moda”, któremu towarzyszyły wydarzenia plenerowe organizowane przez aktyw PRL. Na przykład zjazd ZMS Śląska i Zagłębia w 1968 roku, na którym Edward Gierek odczytał list od Władysława Gomułki, albo transmitowany przez telewizję radziecką pokaz w Moskwie z okazji 25-lecia Polski Ludowej.

Swój talent potrafiła przekuć sukces finansowy. Projektowała odzież dla pracowników hoteli Forum i Victoria, załogi LOT i Zakładów Mleczarskich Wola, rajdowców z Żerania oraz polskiej sportowej reprezentacji na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City. Stworzyła stroje do filmów i przedstawień teatralnych. Ubierała gwiazdy estrady: Halinę Frąckowiak, Irenę Jarocką, Annę Jantar czy zespół 2 plus 1.

W latach 80. była dyrektorem artystycznym spółdzielni odzieżowej Moda i Styl. A zaczynała jako projektantka w polskiej firmie odzieżowej Cora, której kreacje zostały zauważone na Zachodzie: zdjęcia z pokazu opublikował angielski „Sunday Times”, w latach 70. pokazy Hase odbyły się w Toronto, Berlinie, Wiedniu, Nowym Jorku, Mediolanie. Wylansowała zresztą znane polskie modelki Małgorzatę Niemen i Katarzynę Butowtt.

Aż w końcu stworzyła i prowadziła własne butiki: „Bawełniany Świat Grażyny Hase” na warszawskiej Ochocie przy ulicy Grójeckiej oraz „ Galeria Grażyny Hase” w centrum Warszawy przy Marszałkowskiej.

Według Andrzeja Dobosza projekty Hase są „najbardziej zapomniane ze wszystkich działań w dziedzinie mody polskiej”, choć były tak znaczące. 

Bowiem Moda Polska – jedyne w tym zestawieniu przedsiębiorstwo państwowe – była właściwie tylko dla elit. Miała świetne kroje, ale też drogie materiały, więc przeciętnego Polaka po prostu nie było na nie stać.

Odrodziła polską modę 

Warto jednak zauważyć, że w tym państwowym molochu, swój talent mogła rozwijać inna polska projektantka – Jadwiga Grabowska , zwana „Grabolką”, uznawana była za polską Coco Chanel.

Już przed wojną była właścicielką salonu mody. W pierwszych latach powojennych też otworzyła prywatny salon o znaczącej nazwie „Feniks”, gdzie moda na nowo budziła się w Polsce do życia.

W ramach socjalistycznej bitwy o handel „Feniks” został szybko zlikwidowany – już w roku 1947. W czasie odwilży po roku 1956 powstała natomiast Moda Polska, w którym Grabowska została dyrektorem artystycznym. Mogła więc skłonić przemysł tekstylny do produkcji modnych tkanin i sprowadzać materiały z zagranicy. A korzystając ze swojego statusu, mogła często wyjeżdżać do zachodnich stolic mody.


Jadwiga Grabowska, Moda Polska
Jadwiga Grabowska (z lewej), dyrektor Mody Polskiej. 1965 r. Fot. PAP

W swoich liniach szybko reagowała więc na światowe trendy, lubiła zwłaszcza paryską awangardę. Ubrania w Modzie Polskiej szyto w krótkich seriach, z dobrych tkanin. Firma sprowadzała też francuskie kosmetyki. Przy czym sama Grabowska ubierała się konserwatywnie: kostiumy o klasycznym kroju i turbany.

„Był wielki kontrast między tym, co się widziało na warszawskich ulicach, a tym, co bywało na pokazach Mody Polskiej. Osoby, które nabywały te stroje raczej poruszały się samochodami po mieście, niż chodziły po ulicach” – wspominał Dobosz. 

Przy czym do wyjątkowych należały na pokazach nie tylko stroje, ale też modelki. Były wśród nich m.in. Ewa Wende, charakteryzatorka i żona adwokata Edwarda, Marta Przybora, córka Jeremiego z „Kabaretu Starszych Panów”, czy Krystyna Kisielewska, córka Stefana „Kisiela”.

„Jadwiga Grabowska tworząc zespół modelek Mody Polskiej postanowiła, że dziewczyny, które będą prezentowały stroje jej projektu na wybiegu, muszą być: piękne, eleganckie oraz inteligentne. Do tej długiej listy wymagań dodała jeszcze jeden – niezwykle dla niej ważny punkt – modelki powinna pochodzić z dobrego domu! Ponieważ była realistką – miała świadomość, że ze spełnieniem tego ostatniego wymagania mogą być oczywiste problemy. Znalazła prosty sposób, aby temu zaradzić: »Jureczku [projektant Jerzy Antkowiak], jeśli wspaniała dziewczyna nie będzie z dobrej rodziny, to my ją jej dorobimy« – zwykła mawiać przed spotkaniami z kandydatkami do pracy w Modzie Polskiej. I dorabiała maniery, dopingowała do wyrównywania braków w wykształceniu, pomagała szlifować talenty” – pisała o niej Agnieszka L. Janas, historyczka zafascynowana modą, autorka książej „Elegantki. Moda ulicy lat 50. I 60. XX wieku”, „Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody” oraz „Dandysi i dżentelmeni”.

W 1968 roku 70-letnia Jadwiga Grabowska została przeniesiona na emeryturę i od tego czasu Moda Polska zaczęła upadać. Zlikwidowano ją w 1998 roku.

 BW



Wykop Skomentuj42
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka