rafalsroczynski
Woda, której dotykasz w rzece, jest ostatkiem tej, która przeszła, i początkiem tej, która przyjdzie; tak samo teraźniejszość. Leonardo Da Vinci
9 obserwujących
13 notek
35k odsłon
2104 odsłony

Król Lew czy Królowa Lwica, czyli absurd.

Wykop Skomentuj24


Będący "remakem" legendarnej bajki z 1994 roku "Król Lew" w dniu wczorajszym zawitał do naszych kin, wzbudzając ogromne zainteresowanie zarówno wśród rodziców pamiętających słynny film Disneya z dzieciństwa czy to swojego czy też swoich dzieci, jak i młodzieży, pragnącej zobaczyć odświeżoną wersję kultowego dzieła w nowym wydaniu. Niespodzianki nie było - Disney postawił na sprawdzoną koncepcję i muzykę, oprawiając je w nowoczesną wersję wizualną, oraz kontraktując innych wykonawców piosenek jakie pojawiały się już w pierwszej wersji. I tak - zamiast Eltona Johna legendarny utwór "Cirle of Life", brawurowo wykonuje Lindiwe Mkhize, zaś słynne "Can You Feel the Love Tonight" zostało ubrane w słowa głosem Beyonce. 

Wielu krytyków filmowych, oraz fanów pierwotnej wersji, zastanawiało się czy film Jona Favreau będzie w stanie dorównać, lub też chociażby zbliżyć poziomem do arcydzieła stworzonego przez duet Roger Allers-Rob Minkoff. Wczorajsza odpowiedź brzmi: Niestety, bardzo trudna sztuka ta nie udała się.

I choć nie da się zaprzeczyć, iż bajka wizualnie jest przepiękna, zaś grafika komputerowa przy pomocy jakiej ją stworzono zachwyca i zapiera dech w piersiach, a muzyka, choć o wiele słabsza aniżeli w oryginale, jest dobrana znakomicie, to jednakże filmowi z 2019 roku brakuje wiele, co udowadnia, iż są pewne legendy, których nie powinno się ekranizować ponownie. 

Siłą i największą mocą obrazu z 1994 roku nie była - istotnie wspaniała - kreska, czy też niosący ze sobą ogrom emocji głos Eltona Johna, ale coś innego, bardzo trudnego do uchwycenia i sportretowania, niemalże nieobecnego w dzisiejszej kinematografii stawiającej na efekty specjalne, oraz grafikę komputerową. Tym czymś była MAGIA, bowiem stary "Król Lew" był w istocie magiczną, piękną opowieścią o przyjaźni, rodzinie, dobru i złu, dokonywaniu wyborów, oraz sile i znaczeniu miłości. Niósł on ze sobą rzecz niespotykaną już obecnie w kinie - miał bowiem ponadczasowe, wspaniałe i uniwersalne przesłanie, które trafiało do serc zarówno dorosłych, jak i dzieci. Potęgą tegoż arcydzieła była głęboka mądrość i niesamowita treść jaka kryła się za pozornie zwyczajną bajką dla najmłodszych. "Król Lew" uczył, bawił, ale i wzruszał, zaś scena gdy mały Simba odnajduje martwego Mufasę, przeszła do historii kina jako jedna z najsmutniejszych w jego dziejach, wywołując łzy i poruszając tak młodszych, jak i starszych widzów - jej moc tkwiła we wspaniałym oddaniu emocji jakie przeżywa młode lwiątko widząc swojego martwego tatę, przy czym film jest tak znakomicie skonstruowany, iż odczuwamy silną identyfikację z bohaterami, co dodatkowo potęguje uczucie żalu jakie pojawia się gdy oglądamy ów fragment.

Owej więzi widza z bohaterem, dramatyzmu i przesłania brakuje właśnie nowej wersji. Jest to jedynie dobrze nakręcona, świetnie oprawiona wizualnie i muzycznie, prosta historia nie posiadająca duszy. Bohaterowie są mocno nijacy, nie utożsamiamy się z nimi a ich losy są nam w rzeczywistości zupełnie obojętne, bowiem wersji z 2019 roku brakuje właśnie owej magii jaką posiadał oryginał. Patrzymy bez emocji na śmierć Mufasy i rozpacz Simby, ponieważ twórcy postawili na silne efekciarstwo, zaniedbując bohaterów i samą fabułę opowieści, a to przecież właśnie w nich tkwiła potęga "Króla Lwa".

Film niejako ratuje, bardzo nieznacznie, legendarny duet składający się z Timona i Pumby, choć i oni w rzeczywistości są bezbarwni gdy przyrównamy ich do kreskówkowej wersji - w nowym filmie są oni jedynie humorystycznym dodatkiem, podczas kiedy w wersji Allersa i Minkoffa odgrywali kluczową rolę, nie tylko bawiąc sprośnymi żartami, ale i będąc ważnymi bohaterami. W filmie Jona Favreau Timona i Pumby mogłoby równie dobrze nie być - straciłby on jedynie komediowe zabarwienie, nie miałoby jednakże to wpływu na całokształt historii. Po prawdziwie bowiem mówiąc - bohaterowie Ci zostali skrajnie zmarginalizowani, podobnie jak i Rafiki, którego imię nawet nie zostaje wymienione, pozostawiając go jedynie anonimowym pawianem. I o ile nietypowi przyjaciele, choć słabo, są obecni to jednak są, o tyle postać szamana nie istnieje, jego jedyną rolą jest podniesienie lwa na początku i końcu filmu, oraz odnalezienie Simby i rzucenie mu kilku słów.

Omijając kwestię historii, zdecydowanie największą słabością okazuje się to co twórcy chcieli zaprezentować jako największą siłę,  - REALNOŚĆ wyglądu bohaterów. Niezmienna mimika zwierząt, owy fotorealizm, zabija całkowicie emocje filmu. Na podstawie wyglądu nie jesteśmy w stanie ocenić czy Simba jest zaciekawiony czy smutny czy wesoły, ma on - co logiczne przy owej technice animacji - taką samą minę gdy ginie Mufasa jak i wówczas gdy bawi się z Nalą. Wyrazistość postaci wyraźnie na tym ucierpiała - autorzy nowej wersji nie zrozumieli, pomimo ostrzeżeń fanów, iż w przypadku tejże bajki, tak silnie opartej przecież na emocjach, to po prostu nie zda egzaminu. I nie zdało.

Kolejnym mankamentem, paradoksalnie, jest bardzo dobrze skomponowana muzyka. Dziwi to zwłaszcza gdy dowiadujemy się, iż została ona poprowadzona pod przewodnictwem legendarnego Hansa Zimmera. Problem w tym, że wykonanie owych utworów nijak nie pasuje do filmu, pomimo doskonałego...wykonania - "Circle of Life" brzmi w wykonaniu Lindiwe Mkhize znakomicie, ale w niczym nie przypomina melancholijnej i pięknej wersji Eltona Johna, która idealnie komponowała się z filmem, podobnie jak i romantyczna "Can you feel the love tonight" zaśpiewana przez Beyonce zupełnie nieromantycznie i zbyt nowocześnie, brzmiąc całkowicie odmiennie aniżeli w wersji z 1994 roku. Nadmieńmy - są to świetne, znakomicie przygotowane utwory, ale one po prostu nie pasują do tej historii. Czy ktoś może sobie wyobrazić "Now We Are Free" Lisy Gerrard w stylu hiphopowym? Nie da się zaprzeczyć, iż mógłby być to hit, ale czy współgrałaby ona wówczas z fabułą "Gladiatora"?

Realnie oceniając jednakże - "Król Lew" w wersji 2019 jest całkiem niezłym filmem, ale tylko tyle. Zdecydowanie nie wytrzymuje on starcia ze starą wersją, całkowicie ustępując jej na wszelkich możliwych polach. Gdyby jednak oceniać go nie jako remake legendy, ale po prostu jako film - byłaby to średniego poziomu bajka dla dzieci z efektowną grafiką. I niestety nic więcej.

Nieco komiczną recenzję tegoż dzieła zamieszczono na łamach "Gazety Wyborczej", gdzie Piotr Guszkowski ubolewa, iż bajki nie dostosowano do dzisiejszych realiów...polityczno-ideologicznych, dając do zrozumienia, iż twórcy powinni porzucić charakterystyczne dla pierwszej wersji... podejście do spraw płci. Jak argumentuje - Nala wielokrotnie pokonuje Simbę w walce, w związku z czym "wyczekiwanie na wybawiciela z grzywą" nie przystoi do czasów równouprawnienia i XXI wieku. Autora razi ów fakt, iż nie zrewidowano wyobrażeń i podejścia do praw natury i spraw kobiet w bajce.

Pozostawmy to bez komentarza.





Wykop Skomentuj24
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura