Robbob Robbob
79
BLOG

Zapomniane lub niedocenione płyty new wave

Robbob Robbob Kultura Obserwuj notkę 0
Wybierając płyty do tego katalogu płyt zapomnianych lub niedocenionych kierowałem się swoim subiektywnym odczuciem, że są to te właśnie płyty. Tym samym mam świadomość tego, iż każdy z Was mógłby wyselekcjonować zupełnie inne „krążki” do tego katalogu.

Zapomniane lub niedocenione płyty new wave
Wybierając płyty do tego katalogu płyt zapomnianych lub niedocenionych kierowałem się swoim subiektywnym odczuciem, że są to te właśnie płyty. Tym samym mam świadomość tego, iż każdy z Was mógłby wyselekcjonować zupełnie inne „krążki” do tego katalogu.





Wire – Pink Flag (1977) – wydana w grudniu 1977 r.
Pierwsza nowofalowa suita, tak chyba najlepiej określić tę płytę.  21 utworów trwających ledwie 35 minut. Tak może wyglądać muzyka nowych czasów. Teoretycznie jest to płyta punkowa, jest w  niej dużo surowości, ale nie prostactwa, z jakim często ma się do czynienia słuchając punku.  Artyści ograniczyli czas kolejnych utworów, gdyż zrezygnowali z wszystkich ozdobników, solówek i tym podobnych ornamentów. Gdy stwierdzili, że w danym utworze powiedzieli wszystko i wygrali wszystko co zamierzali, to przerywali i przechodzili dalej. Nie ma więc w tej muzyce powtórzeń, repetycji, zbytecznego przeciągania czegokolwiek. To co prezentuje Wire ja określam mianem szlachetnego i wyrafinowanego minimalizmu.  Wszystko wygląda na dogłębnie przemyślane, nawet okładka, na której nie ma tytułu płyty, bo z obrazka wynika jaki on jest.

 
The Only Ones - The Only Ones (1978) – wydana w kwietniu 1978 r.
Mam przekonanie, że jest to zupełnie nieznany zespół, a ta płyta przebija mnóstwo uznanych płyt new wave. Nie ma w niej typowego punkowego bezładu i wdzięcznej amatorszczyzny. Muzycy wiedzą co chcą grać i grają nawet tak piękne solówki gitarowe jak w „Another Girl, Another Planet”. Muzycy podchodzą z szacunkiem do przeszłości na przykład w „Breaking Down” pojawiające się na moment klawisze brzmią jakby grał zespół The Doors. Gdy jednak chcieli dać czadu, to przykładem może być pokręcone „City of Fun”, ale gdy chcieli zwolnić i tak marzycielsko pomarudzić, aby znowu przyrżnąć z niesamowitą energią, to robili to jak w „The Beast”. Słuchając tego albumu nie można się oprzeć wrażeniu jak eklektyczną muzykę artyści grają, i to jak grają. Naprawdę jestem pod wrażeniem ich kompetencji. Sex Pistols i The Clash w tym czasie mogliby jedynie pomarzyć o takim poziomie wykonawczym.

 
Magazine - Real Life (1978) – wydana w czerwcu 1978 r.
Jedna z pierwszych płyt postpunkowych  i chyba najlepsza z tych pierwszych. Słychać co prawda na tej płycie pozostałości klasycznego punkowego grania ("Recoil"), ale wyraźnie w pozostałych utworach muzyka oddala się od typowego punkowego kanonu. Oczywiście można dopatrzeć się w tym albumie pewnej niekonsekwencji i tego, że stoi w rozkroku pomiędzy surowym punkiem a muzyką bardziej zniuansowaną, ale tak czy owak jest to świetna płyta, na której już widać w jakim kierunku podąży brzmienie zespołu. Bardzo ciekawa płyta, która w niektórych momentach wyprzedziła wyraźnie epokę, a to że nie zostało to należycie docenione, no cóż, tak czasami się zdarza.

 
Lene Lovich – Stateless (1978) – wydana w październiku 1978 r.
Wariacka to muzyka, co od razu daje się odczuć słuchając mocnego, pokręconego „Lucky Number”. Słuchając Lene Lovich można zauważyć pewne podobieństwa z twórczością Niny Hagen, ale ta artystka bije Niemkę na głowę wyobraźnią i muzykalnością. Takie popowe perełki jak „Too Tender (To Touch)” czy „Tonight” wywołują dreszcze jak się ich słucha. Ta płyta nie zawiera słabych numerów, muzyka grana z entuzjazmem i wyobraźnią,  a śpiew artystki przenika do głębi. Próbując opisywać tę płytę, staję się bezradny, zbyt dużo się w niej dzieje.  Za każdym razem, słuchając jej ponownie, odkrywa się nowe warstwy. Wielka klasa.  

 
Flash And The Pan - Flash and the Pan (1978) – wydana w grudniu 1978 r.
Jak zaprzęgnąć chwytliwy pop do estetyki new wave? Na to pytanie bardzo zgrabnie odpowiedział zespół Flash And The Pan na swojej debiutanckiej płycie. Ówcześni recenzenci porównywali dokonania zespołu do wczesnej twórczości 10CC, ale według mnie jest to zbytnie uproszczenie. To co się rzuca w uszy i co stało się znakiem rozpoznawczym tej grupy, to nadużywanie vocoderu, co mogłoby się wydawać drażniące, ale ja to akceptuję. Poza stosowaniem być może nadmiernym vocodera, mamy do czynienia z bezpretensjonalną, chwytliwą i radosną muzyką, którą z pewnym przymrużeniem oka można byłoby określić jako taneczną. Niby nic wielkiego, ale wydaje mi się, że ten album wytrzymał próbę czasu.
 
 
Joe Jackson - Look Sharp! (1979) – wydany w styczniu 1979 r.
Debiutancka płyta Jacksona ma mniej więcej konotacje muzyczne zbliżone do tego co w tym czasie tworzył Elvis Costello, co oznacza granie raczej prostych, acz chwytliwych piosenek z  inteligentnymi i cynicznymi tekstami. Niektóre utwory mają posmak reggae jak choćby „Fools In Love”, w innych pobrzmiewa pewna karaibska nuta jak w „Sunday Papers”, ale we wszystkim słychać porządne gitarowe granie okraszone fortepianowymi dodatkami. W jaki sposób nie został ten album szerzej doceniony trudno zgadnąć, prezentuje on bowiem różnorodną i ciekawą muzykę, zagraną z takim profesjonalizmem, że mało który artysta, w tamtym czasie, mógł się z nim równać. Pozornie proste granie, a poraża energią.

 
Japan - Quiet Life (1979)
Trzecia płyta Japan jest wyraźnym zwrotem w kierunku dopiero rodzącego się stylu new romantic, niemniej nadal zespół nawiązuje do nowofalowej stylistyki. W tej muzyce więcej jest syntetycznych klawiszy, niemniej zespół nie zapomina o wykorzystaniu klasycznych instrumentów takich jak saksofon, gitara czy pianino, nadających odpowiedni, urokliwy klimat, który stanowi główny atut płyty. Bardzo klimatyczne są to utwory, a nawet można znaleźć wśród nich wersję „All Tomorrow's Party” Velvet Underground, która może nie wnosi nic nowego do oryginału, ale wykonana jest bardziej niż kompetentnie.  Japan tą płytą udowodnił, że nie stoi w miejscu i znakomicie odnajduje się w zmieniających się czasach. Ciekawa, a chyba zapomniana płyta.


 
Gang of Four  - Entertainment! (1979) – wydana 24 września 1979 r.
Brzmienie tej płyty należy do najbardziej surowych, niepowtarzalnych i pozornie odpychających. Cała magia zespołu zasadza się głównie na unikalnym stylu gry na gitarze Andy'ego Gilla, wspomaganego  funkującą sekcją rytmiczną, w skład której wchodzą basista Dave Allen i perkusista Hugo Burnham. Gdy dodamy do tego nie imponującego może jakimiś wielkimi możliwościami, ale kompetentnego wokalistę, jakim był Jon King  dostajemy płytę fascynującą, której naprawdę trudno dorównać. Pozornie przy pierwszym przesłuchaniu płyty poszczególne utwory zlewają się tworząc niby jednolitą magmę, dlatego warto powrócić do tej płyty jeszcze raz i jeszcze raz, żeby wychwycić całą jej maestrię i piękno. Tak, nie zawaham się użyć tego określenia. Jedna z najwybitniejszych płyt new wave.

 
The Durutti Column - The Return of the Durutti Column (1980) – wydana w styczniu 1980 r.
Wyjątkowa płyta, która jest w zasadzie wyciszoną ambientową symfonią na gitarę elektryczną. Wiem, że taki opis może każdego skutecznie zniechęcić, ale subtelność, delikatność, mrok  i emanujący z tej płyty taki nieuchwytny, melancholijny nastrój bez wątpienia może zachwycić każdego. Odpowiedzialny za to mag gitary  Vini Reilly stworzył dzieło nieporównywalne z jakimkolwiek wydanym w tamtym czasie i nie tylko. Słuchając tej płyty, po ponad 40 latach, nie ma się wrażenia, że zestarzała się pod jakimkolwiek względem. Ciekawostką jest, że oryginalne okładki pierwszego wydania tej płyty zostały wykonane z grubego papieru ściernego.

 
Squeeze – Argybargy (1980) – wydana w lutym 1980 r.
Zespół, który penetrował muzykę brytyjską sprzed dekady, będącą dla nich inspiracją, grał grając  ją z nowofalową estetyką. W jakimś sensie muzycy próbowali robić to co robił Elvis Costello, ale z o wiele mniejszym powodzeniem. Muzyka, którą prezentowali na tej płycie jest energetyczna i niezwykle melodyjna. Trudno zrozumieć dlaczego nie odnieśli takiego sukcesu na jaki wskazywałaby jakość ich muzyki. Może dlatego, że byli tacy hermetycznie brytyjscy. Dziwne czasami są koleje losu karier różnych artystów.

 

The Feelies - Crazy Rhythms (1980) – wydana 29 lutego 1980 r.
Wspaniały debiutancki album grupy, istotny nie tylko ze względu na ciekawą okładkę, która zainspirowała  Weezer przy tworzeniu pierwszego albumu z 1994 r., ale przede wszystkim ze względu na szaloną muzykę zamieszczoną na tej płycie, której brzmienie całkowicie pokrywa się z tytułem. Niewątpliwie jest to muzyka new wave, wyraźnie postpunkowa, ale wyróżnia ją od innych twórców świetne brzmienie gitar obleczonych nieprawdopodobną gęstwiną różnych brzmień perkusyjnych. Słuchając tej muzyki, można się zastanowić, ile rąk i nóg miał   perkusista. Glenn Mercer, lider zespołu tak określił podejście zespołu przy nagrywaniu tej płyty: „Dźwięk, którego szukaliśmy, był reakcją na scenę punkową [...] Będąc trochę starsi, czuliśmy, że wszystko to zostało zrobione wcześniej. Chcieliśmy, aby gitary były czystsze, i zaczęliśmy eksperymentować z dużą ilością perkusji”. Grzech nie znać tej płyty.

 
The Beat - I Just Can't Stop It (1980) – wydana 23 maja 1980 r.
Ta grupa brytyjska wraz z The Specials i Selecter, byli częścią rasowo zintegrowanego ruchu „2 Tone”, który łączył jamajskie ska i brytyjski punk.  Ich debiut jest jednocześnie energetycznie radosny i wielce zjadliwy, niemniej to nie oni, a The Specials wyrośli na główną gwiazdę tego nurtu.  Grupa jak wiele innych w tym czasie była zaangażowana politycznie, o czym może świadczyć już sam tytuł płyty (po prostu nie mogę tego zatrzymać), ale i choćby utwór „Stand Down Margaret", będącą jedną z najbardziej politycznych piosenek zespołu, wzywającą do ustąpienia ówczesnej premier Margaret Thatcher. Świetna płyta, całkiem niesłusznie zapomniana.

 
The Soft Boys - Underwater Moonlight (1980)
Słuchając tej płyty, mając na względzie czas w którym została wydana, można odnieść wrażenie, że nie trafiła ona we właściwy moment. W tym czasie wydawała się anachroniczna, bowiem odwoływała się do dorobku takich zespołów jak The Byrds, Pink Floyd czy The Beatles. Ciekawe, że wpływ brzmienia  muzyki zawartej na tej płycie da się odczuć już niebawem w muzyce takich zespołów jak REM, the Replacements czy Stone Roses bądź Pixies.  Być może nie zapowiada oryginalności tej muzyki utwór otwierający płytę, wręcz punkowy "I Wanna Destroy You", ale to co dzieje się później mogło przyprawić słuchacza tamtych czasów o niemałą konfuzję. Później skręcają w melodyjny pop jak choćby w „Kingdom of Love”, w którym wyraźnie brzmią echa big beatu z lat 60-tych, brzmienia, których nie powstydziliby się Beatlesi jak w „Queen of Eyes” bądź Rolling Stonesi jak w „Tonight”. Świetna, melodyjna płyta. Szkoda o niej zapomnieć.  

 
The Teardrop Explodes - Kilimanjaro (1980) – wydana 5 października 1980 r
Teardrops odróżniali się od innych zespołów tej epoki, iż nie byli kolejną postpunkową ekipą z wokalem, gitarą, basem i perkusją. W zespole znalazły się więc nie tylko konwencjonalne klawisze, ale również dwóch trębaczy, będący ich znakiem rozpoznawczym. Bogactwo brzmieniowe tego albumu poraża. Na pewno w pomysłach aranżacyjnych wyprzedzają grającą wtedy konkurencję o parę długości. Jeżeli ktoś by szukał określeń na muzykę, którą zespół prezentuje na tej płycie, to nasuwa mi się określenie, że grali oni psychodeliczny pop. Już mocne otwarcie „Ha Ha I'm Drowning”, w którym wspaniale brzmiące gitary i klawisze są punktowane miarowymi partiami trąbek, upewnia słuchacza, że nie będzie taki zwykły postpunk. A dalej temperatura się obniża, poprzez uroczo, bajkowy „Treason”, przestrzenne i takie enigmatyczne „Poppies in the Field”, by osiągnąć kulminację w takim słodkogorzkim „Reward”, który to utwór nieodmiennie kojarzy mi się z rozkwitem nowej muzyki początku lat 80-tych i będący wspaniałą kwintesencją tamtych lat. Ciekawostką może być to, iż pierwotnie płyta miał mieć tytuł „Everyone Wants to Shag the Teardrop Explodes”. Zwrócić należy na kapitalną okładkę albumu z zebrami i górą, choć pierwotnie była jedynie standardowym zdjęciem członków grupy.

 
Killing Joke (1980) – wydana 5 października 1980 r.
Mocne uderzenie zespołu, choć nie jest to równy album, to i tak zachwyca potężną ścianą dźwięku. Niewątpliwie ta debiutancka płyta zawiera muzykę będąca dziwną mieszanką rocka funku, a nawet heavy metalu i industrialu. Mieszanki często bywają niestrawne, ale na tej płycie to wszystko jakimś nieprawdopodobnym cudem zagrało czy to na plemiennie wykrzyczanym, mechanicznym „Wardance”, czy „The Wait”, gdzie tak pięknie przebojowość łączy się z agresją, bądź uroczo punktującym „Complications”. Płyta wobec której nie można przejść obojętnie.
   
Elvis Costello – Trust (1981) - wydana 23 stycznia 1981 r.
Zwykło się uważać, że jest to jedna z najbardziej niedocenionych płyt Elvisa Costello i ja podzielam ten osąd. Elvis Costello nie byłby sobą, gdyby nie chciał znowu czegoś zmienić. Ta płyta była ukierunkowana na jazz, rockabilly i country. Ciekawostką było, iż ta zmiana była poniekąd spowodowana zakupem przez Elvisa Costello małego fortepianu, który był podstawowym narzędziem dla tworzenia kompozycji w przeciwieństwie do poprzednich płyt, które tworzył przy użyciu gitary. Świadectwem nowego podejścia była choćby taka niepokojąca ballada jak „Shot With His Own Gun” bądź wspaniałe, liryczne „New Lace Sleeve”, które sam Elvis Costello określił jako dub reggae. Bardzo dobra płyta z wielce ironiczną okładką, która przedstawia artystę w takiej pozie i z takim wyrazem twarzy, która przeczy tytułowi płyty.

 
Au Pairs - Playing with a Different Sex (1981) – wydana w maju 1981 r.
Gdzieś ta płyta została określona jako „arcydzieło feministycznego rocka”, co ciekawie koresponduje z jej tytułem. Płyta rozpoczyna się żartobliwym, pogodnym utworem „We're So Cool” (to nie było przebojem, dlaczego?). Dalej jest też dobrze, a nawet bardzo dobrze. Świetnie punktująca gitara  Paula Foada z ciekawymi pełnymi wyobraźni krótkimi solami to chyba wizytówka tego zespołu.  Gdy dołożymy do tego taki skandujący, szorstki głos Lesley Woods powód, dlaczego należy tę płytę uważnie przesłuchać. Na tej płycie nie  ma brudu, bądź ściany dźwięku tak jak u Killing Joke. Tu mamy przejrzyste melodie, takie zwiewne, co nie znaczy, że muzyka Au Pairs to kraina łagodności. Grupa pokusiła się o zagranie coveru Davida Bowie z płyty „Lodger” – „Repetition” i brzmi to naprawdę nieźle, a nawet weszła w estetykę B’52 jak w „Come Again”. To jest oczywiste, że takim rozedrganym i subtelnym utworem jak „It's Obvious” mógł się zakończyć ten znakomity album.

 
Bow Wow Wow - See Jungle! See Jungle! Go Join Your Gang Yeah, City All Over! Go Ape Crazy! (1981) – wydana 16 października 1981 r.
Pomijając oczywiście kwestię niezbyt chlubnego udziału Malcolma McLarena w powstanie i przebieg, jak i okładkę albumu, która wywołała wtedy niemały skandal, a była po prostu  inscenizacją obrazu Maneta „Śniadanie na trawie”, z roznegliżowaną wokalistką Annabell Lwin, która miała wtedy 14 lat, sama muzyka była naiwnie urocza i nieco infantylna. Nie pomijam tej płyty bo był to kawałek niezłej muzyki new wave pomieszanej z wpływami muzyki pop południowoamerykańskiej. Takie numery jak „Chihuahua” bądź  „Go Wild in the Country” brzmiały może naiwnie dziewczęco i pretensjonalnie, ale stojące za nią gitary i perkusja robiły swoją dobrą robotę. Największym atutem wydaje się plemienne bębnienie Dave’a Barbarossy jak choćby w „Sinner, Sinner, Sinner” i grane z wyobraźnią szarpane riffy gitary  Matthewa Ashmana jak w „Mickey Put It Down”. Przyznam, że nawet cieniutki głosik Annabelli Lwin jakoś dobrze pasuje do tej wariackiej muzyki. Nie warto spisywać tego albumu na straty.

 
Wah! – Nah=Poo – The Art of Bluff (1981)
Tę płytę należy poprzedzić małym wstępem. W połowie 1977 r. spotkało się trzech panów, Ian McCulloch, przyszły lider Echo & The Bunnymen, Julian Cope, przyszły lider The Teardrop Explodes oraz właśnie Pete Wylie, przyszły lider Wah, którzy założyli legendarny zespół Crucial Three. Zespół zasłynął tym, iż nie nagrał nic i nie wykonał żadnego koncertu. Niemniej legenda tego bezpłodnego zespołu jest powtarzana do dzisiaj.  W lipcu 1980 r. Echo & The Bunnymen wypuściło płytę „Crocodiles”, a w październiku 1980 r. The Teardrop Explodes wydał ciekawą płytę „Kilimanjaro”. Pete Wylie  swoją płytę wydał w 1981 r. pod nazwą Wah! Z tych trzech osławionych twórców Crucial Three najbardziej nieznany i zupełnie zapomniany jest właśnie Pete Wylie i bardzo niesłusznie, bo ta płyta jest niezwykle ciekawa. Pomysł na muzykę wydaje się dość prosty, ot ostro tnąca gitara, której akompaniuje jednostajnie brzmiąca perkusja i bas, którego linie melodyczne nadają muzyce oryginalności niespotykanej u innych zespołów. Na tej płycie nie znajdziemy spokojnych utworów, wszystko jest takie nerwowe i szarpane, z taką lekką domieszką funku („Somesay”, „Sleeppp”), a także heavy metalu jak w „Seven Minutes to Midnight”, który gdyby go lekko przearanżować, mógłby być doskonałym utworem spod znaku  New Wave Of British Heavy Metal. Energia na tej płycie wręcz się kotłuje, ale wszystkiemu nadają porządek wspaniałe linie gitary basowej. Chyba najbardziej zapomniana z dobrych płyt epoki new wave.

 
Television Personalities - ...And Don't the Kids Just Love It (1981) - wydana styczeń 1981
Krótkie, energetyczne, grane z punkową werwą utwory, wyróżniają się od innych kapel punkowych czy też postpunkowych pewną chwytliwością i dbałością o właściwy poziom wykonawczy oraz wyraźnym ukłonem wobec muzyki z lat 60-tych. Jest w nich również pewna doza psychodelii. Niby prostota, ale taka wciągająca. Czasem potrafią zaskoczyć liryzmem jak  w „A Family Affair”, czasem brzmieniem gitary akustycznej jak w „Silly Girl”, melodeklamacją i taką czystą partią gitary jak w „Diary of a Young Man” bądź pinkfloydowskim klimatem jak w „I Know Where Syd Barrett Lives”. Trochę to surowe, ale mam wrażenie, że to zamierzony efekt, który chciała osiągnąć kapela. Posługiwanie się przez zespół różnym środkami wyrazu na pewno odróżnia tę płytę i ten zespół od wielu podobnych.

 
Josef K. - The Only Fun in Town (1981)
Króciutka to płyta, ale nie znaczy to, że niegodna uwagi.  Grana szybko, ostro do przodu i bezpardonowo. Nie jest to bezładna łupanina. Słychać w utworach z tej płyty pewne wpływy XTC, Talking Heads, a nawet The Cure, ale nie są one tak oczywiste jak w przypadku „Happy Families”  Blancmange. Na pewno muzycy na tej płycie starają się grać rzeczy nieoczywiste, tak żeby nie popaść w postpunkowy banał.  Mnie rażą niedoskonałości wokalne, ale może to efekt zamierzony. Niemniej nie powinno się zapominać o tym zespole i o tej płycie.  


 
The Waitresses - Wasn't Tomorrow Wonderful? (1982) – wydana 11 stycznia 1982 r.  
Otwierający płytę „No Guilt” brzmi jakbyś mieli do czynienia z reinkarnacją Debbie Harry. Prawie dyskotekowy to utwór, a śpiewa tak uroczo i dziewczęco Patty Donahue. Chwilę później robi się ostrzej, a to za sprawą zaśpiewanego w pewnym momencie chóralnie „Wise Up”. Dziwna to płyta i bardzo zróżnicowana. Słychać na niej  elementy  jazzu, funku, rocka, pop, ska, a nawet eksperymentalnego noise’u. Zaśpiewy w „Quit” wskazują, że znana jest im twórczość B-52s, a utwór „It's My Car” i tytułowy czerpią pełnymi garściami z muzyki ska. Słuchacz może spodziewać się wszystkiego po każdym następnym utworze.
Warto zatrzymać się przy tej płycie.

 
Blancmange - Happy Families (1982) – wydana 24 września 1982 r.
Ta debiutancka płyta nie może rościć sobie praw do wielkiej oryginalności, ale jest to płyta lepsza niż się powszechnie uważało. Faktem jest, że inspiracje zespołu można wychwycić w prawie każdym utworze. Wzorce nie są najgorsze, bo na przykład jest to OMD w nastrojowej balladzie „Wasted” i „Sad Day”, ABC na przesmacznie popowym „Waves”, ale chyba największym źródłem inspiracji był Talking Heads. Efektem tego wszystkiego była garść naprawdę dobrych utworów jak ten najbardziej znany „Living on the Ceiling” emanujący takim bliskowschodnim klimatem Blancmange czy też nerwowe, szarpane „I Can’t Explain”. Warto zwrócić uwagę na niebanalną okładkę stworzoną przez Michaela Brownlowa dla którego inspiracją były prace Louisa Waina.

 
Devo - Oh, No! It's Devo (1982) – wydana 21 października 1982 r.
Nie cieszy się ta płyta uznaniem krytyków i nigdy nie jest wymieniana jako osiągnięcie grupy. Zgadzam się z tym, że nie ma takiego ciężaru gatunkowego jak "Q. Are We Not Men? A: We Are Devo!", co nie oznacza, że płytę tę trzeba pominąć, wręcz przeciwnie. Devo to był zawsze zespół niezłych jajcarzy np. tytuł albumu Mark Mothersbaugh tłumaczył w wywiadzie, iż „jest wielu ludzi, którzy, kiedy słyszą, że znowu jesteśmy w pobliżu lub wydajemy jeszcze jeden album, to jest ich naturalna reakcja”. Natomiast gitarzysta basowy Devo, Gerald Casale, stwierdził, że album narodził się z krytycznych recenzji, w których zespół był na przemian opisywany zarówno jako „faszyści”, jak i „klauni”, w związku z tym postanowili zrobić płytę, który odpowiedziałby na pytanie „jak brzmiałby album faszystowskich klaunów?”. Niewątpliwie jest to album niedoceniany i mocno krytykowany w tamtym czasie. Głównym powodem tej krytyki było to, że od wydania tej płyty stali się w 100% syntetyczni , a należy przypomnieć, iż dotychczas ich muzyka była hybrydą klasycznych instrumentów i syntezatorów. Pomimo tego przejścia na ciemną stronę elektroniki, ich utwory takie jak „Time Out For Fun”, „Peek-a-Boo”, „Out of Sync” czy „That's Good” bądź  „Patterns” są nie tylko chwytliwe, ale również porażają humorem i taką być może sztuczną żywiołowością. Warto sobie przypomnieć ten album.
 
 
Opposition - Intimacy (1982)
Ten zespół nie miał absolutnie szczęścia, nie zasługiwał po prostu na taki niebyt i brak zupełnego zainteresowania. Nie twierdzę oczywiście, że ten zespół i jego twórczość jest jakimś nieodkrytym diamentem, ale to co proponowali nie powinno prowadzić do niepamięci. Faktem jest, że na tym albumie nierówność materiału jest spora, bowiem znajdują się niej takie perełki jak dramatyczny, poruszający hymn z niesamowitą wokalizą lidera grupy, Marka Longa „In The Heart” bądź też przejmujące, z delikatnym brzmieniem gitary „Aching Arms”, zapętlone, z fajną partią basu, melodeklamowane „Big Room Small View”  czy trochę mechaniczne, ale pięknie zaśpiewane „A Day In The Future” po nudziarskie „New Homes” lub równie słabe „Sand And Glue”. Mam słabość do tej płyty i tą słabością chciałbym zarazić innych.


 
Modern English - After the Snow (1982) – wydana 3 maja 1982 r.
Zwiewna to muzyka, nieźle zagrana i zaśpiewana, ale to co im można zarzucić to styl w którym nie ma żadnego stylu. Tak naprawdę zespół nie wie co chce grać. W najlepszych momentach takim punktująco kraftwerkowym „Life in the Gladhouse” daje to dobry rezultat, w innych  jak na przykład „Face of Wood” trochę nuży, takie granie dla grania, bo do końca nie wiemy co zagrać. Brakuje tej muzyce jakiegoś wyrazistego charakteru, choć nie można zarzucić braku profesjonalizmu. Może gdyby tak skrócić niektóre utwory to wyszłoby im to na zdrowie. Podobnie jak na płycie „Call Of The West” Wall Of Voodoo utwór „Mexican Radio” był tym co ciągnęło płytę w górę, tak na tej płycie jest „I Melt with You, łagodnie brzmiąca piosenka przedstawiająca kochającą się parę podczas zrzucania bomby atomowej. Mimo tych zarzutów, albumów jest wart posłuchania, ale nie przeczę, że trzeba mieć trochę cierpliwości i zaparcia, żeby ją za jednym zamachem przesłuchać.

 
Wall Of Voodoo – Call Of The West (1982) – wydana we wrześniu 1982 r.
Ten zespół na pewno jest szerzej znany z jednej piosenek, która znajduje się na te płycie i jest nią „Mexican Radio”. To właśnie ta niekonwencjonalna piosenka popowa, ale jednocześnie niezwykle chwytliwa uczyniła zespół bardziej znanym. Nie jest to jednak najbardziej reprezentatywny utwór tego albumu. Już słuchając otwierającego utworu „Tomorrow” można dostrzec pewne podobieństwa do grupy Devo, ale ten ślad nieco gubi się przy łagodniejszym gwizdanym „Lost Weekend”. Kolejne utwory zlewają się ze sobą i niczym specjalnie się nie wyróżniają, aż dotrzemy do tego dobrze znanego kowbojskiego kawałka, który był ich największym hitem. Nie można powiedzieć, że to jest płyta tylko tego jednego utworu, ale wyróżnia się na tle innych, że niestety takie sprawia wrażenie. Dużym atutem grupy jest dziwny, ale niebanalny sposób śpiewania Stanarda Ridgwaya. No cóż przeciętny to album, ale wart przypomnienia choćby tylko dla  „Mexican Radio” i jego trochę mniej przebojowej wersji w utworze tytułowym.

 
Orange Juice – Rip It Up (1982) – wydana w listopadzie 1982 r.
Czy to znowu deja vu? Poniekąd tak, bo znów mamy do czynienia z płytą na której znajduje się wyraźnie jeden wybijający się utwór, a reszta to wypełniacze, co prawda bardzo rasowe, ale jednak wypełniacze. Tym wybijającym się utworem jest utwór tytułowy, który również zaczyna płytę. „Rip It Up” zasygnalizował odejście od brzmienia wcześniejszych singli zespołu, z gitarami inspirowanymi takich grup jak Chic i wykorzystaniem syntezatora do stworzenia bardziej dyskotekowego brzmienia. Bardzo skoczna i przyjemna muzyka, i ma swój urok. Niewątpliwie tworząc tę płytę muzycy posłuchali trochę płyt z wytwórni Motown i Stax. „A Million Pleading Faces” z afrykańskimi zaśpiewami , spokojna ballada, która mogłaby powstać w latach 60-tych „Mud in Your Eye”, takie swoiste calypso „ Breakfast Time”, spokojny soulowy „Flesh of My Flesh” stanowią dobry przykład mieszanki funkowej rytmiki z punkową szorstkością, tworząc zestaw naprawdę udanych piosenek.

 
Orchestral Manoeuvres in the Dark - Dazzle Ships (1983) – wydana 4 marca 1983 r.
Po olbrzymim komercyjnym sukcesie płyty "Architecture and Morality" zarówno wytwórnia, jak i publika oczekiwali dalszej części tamtej płyty z równie wielkimi przebojami. Tak się nie stało, bo grupa zaproponowała zupełnie inną muzykę, mniej przebojową, bardziej wyszukaną i eksperymentalną. Na płycie znajdziemy zarówno kolaże fragmentów audycji radiowych z różnych części świata („Radio Prague” i „Time Zones”), obsesyjne This Is Helena”, eksperymentalne „ABC Auto-Industry”, w którym najważniejszym elementem są głosy , zarówno przepuszczane przez vocoder, jak i normalne, które są nakładane na siebie, z towarzyszeniem minimalnego podkładu muzycznego. W zasadzie to tylko utwór „Telegraph” przypomina coś z klimatu poprzedniej płyty. Można powiedzieć, że ten album jest wypełniony różnymi efektami dźwiękowymi i przetworzonymi głosami z ograniczoną warstwą muzyczną, która pozostaje na drugim planie. Jak można było się spodziewać płyta poniosła totalną porażkę, ale po latach wspaniale się broni i brzmi bardzo intrygująco. Warto też wspomnieć o  wspaniałej okładce, która jest dziełem słynnego Petera Saville’a, twórcy wielu okładek płyt między innymi New Order.

 
Fun Boy Three - Waiting (1983) – wydana w lutym 1983 r.
Co robić, gdy fala ska już nieco znudziła się słuchaczom. Odpowiedzią może być odejście z The Specials trzech członków tego zespołu i utworzenie nowej grupy, która korzystając z dawniejszego dorobku, spróbuje wzbogacić muzykę ska o nowe elementy. Do produkcji został zaproszony David Byrne, lider Talking Heads, co da się zauważyć w pewnych momentach tej płyty. Została tu zaprezentowana szeroka gama różnych pomysłów od świetnych popowych klejnotów jak „The Tunnel of Love” czy „Our Lips Are Sealed”, po zabawne, nasycone klimatem reaggae „We're Having All the Fun”. W porównaniu z pierwszą płytą mamy tu znacząco wzbogacone instrumentarium między innymi o puzon, wiolonczelę i trąbkę, co dobrze robi tej muzyce. Świetna płyta i trochę szkoda, że nie miała ona dalszego ciągu.

 
Aztec Camera - High Land, Hard Rain (1983) – wydana w kwietniu 1983 r.
Kiedyś to jednak młodzi ludzie byli bardzo zdolni. Taki wniosek nasuwa się po wysłuchaniu tej płyty, której autor pomimo swych 19 lat stworzył muzykę świetnie zaaranżowaną i teksty nadzwyczaj dojrzałe. Płytę wypełniają eleganckie kompozycje z pięknymi akustycznymi harmoniami.  Prawdziwą gwiazdą tej płyty jest otwierający ją przebój „Oblivious”. Stanowi on dobry przykład rodzaju muzyki jakiej możemy się na tej płycie spodziewać. Przepiękny, tak delikatnie płynący „Walk Out to Winter”, taki marzycielsko brzmiący „The Bugle Sounds Again”, romantyczne „We Could Send Letters”, subtelne „Lost Outside the Tunnel” to różnorodne utwory, które łączy jedno - nieprawdopodobna elegancja i czystość brzmienia. Bardzo dobra płyta, do której poziomu już następne dokonania zespołu nie dorównały.

 
Kissing the Pink - Naked (1983) wydana 27 maja 1983 r.
Nie lubię utworów z gwizdaniem, ale „The Last Film” jeszcze jakoś znoszę. Vocoderowe, wykazujące lekki wpływ B52s „Frightened in France”, dramatyczne z punktującym chórem  „Watching Their Eyes”, rytmiczne i takie klasycznie noworomantyczne „Love Lasts Forever”, taka dziwna niepokojąca ballada „All for You” z fajną partią saksofonu, coś w stylu Pet Shop Boys „Desert Song”, soulujący,  znowu z saksofonem  „Maybe This Day” – to nawet niezłe piosenki, jednak co z tego skoro udowadniają powszechnie znaną prawdę, jak niełatwo być epigonem. Przyjemnie słucha się tej płyty, ale po jej wysłuchaniu natychmiast rodzi się pytanie, czy coś zapadło mi w pamięć i czy chciałbym posłuchać jej jeszcze raz. Raczej nie, choć nadal uważam, że nie jest to zła płyta. Warto zwrócić uwagę na intrygującą i niepokojącą okładkę tej płyty.

 
Alien Sex Fiend - Who's Been Sleeping in My Brain (1983) – wydana 25 listopada 1983 r.
Co zrobić, żeby nagrać płytę punkową w 1983 r. i mogła ona zaintrygować słuchaczy. Ano należy oblec swój image o modne w tamtym okresie bycie Gotem, a rzeżące gitary wymienić na syntezatory, chociaż nie do końca konsekwentnie, riff zastąpić transowymi, rytmicznymi loopami i mamy receptę na punk na miarę 1983 roku.  Oczywiście ta płyta być może nie zwróciłaby mojej uwagi, gdyby nie apokaliptyczny, transowy „Ignore the Machine”, który to był opus magnum tej i nie tylko tej płyty Alien. Chyba zapomniana płyta, którą dobrze byłoby odkurzyć.  


 

Thomas Dolby - Aliens Ate My Buick (1988) – wydana 13 kwietnia 1988 r.
Zaczyna się bardzo wodewilowo utworem „The Key To Her Ferrari”. Nie wiadomo, czy to żart czy testowanie wytrzymałości słuchaczy. Coś na kształt wariackiej piosenki napisanej do jakiegoś filmu z lat 50-tych, mówionymi słowami a’la Frank Zappa i ciekawymi kobiecymi popisami wokalnymi. Później na szczęście jest bardziej konwencjonalnie, choć „Airhead” to trochę obłąkańcza mieszanka funku i popu. Jeżeli ktoś zasmakował w estetyce funku, to na pewno rozsmakuje się w „Hot Sauce”. Najmocniejszy punkt tego albumu dopiero nastąpi i jest to niesamowity, blisko 9-minutowy kawałek „Budapest by Blimp”, będący epicką balladą, zupełnie nie pasującą do reszty utworów z tej płyty, ze świetną solówką gitarową. Zwracam uwagę na okładkę płyty, która nawiązuje do amerykańskich filmów science fiction z lat 50-tych. Tytuł płyty trafnie oddaje jej klimat.


Robbob
O mnie Robbob

Najgorsze jest to, że nie wiem co jest najgorsze

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura