dobre-nowiny.pl
10 kwietnia 2010 - dzień w którym w wielu obudziło się poczucie odpowiedzialności za Ojczyznę
3 obserwujących
8 notek
5627 odsłon
390 odsłon

Czy ktoś pozbawia nas poczucia sensu istnienia, abyśmy nie mając go, samounicestwili się?

Wykop Skomentuj16


Czy sens istnienia polegać miałby więc na ciągłym poszukiwaniu prawdy, a nie na jej odnalezieniu? A dlaczego nie? Przecież pełnej prawdy i tak nigdy nie poznamy. I to nie tylko z uwagi na ograniczony potencjał ludzkiego mózgu (jego pojemność, świadomość limitowaną posiadanymi pięcioma zmysłami itp) ale również dlatego, że horyzont ludzkiego poznania wciąż się oddala, gdy idziemy w jego kierunku. W którąkolwiek stronę byśmy nie szli. Wszechświat i mikroświat rozszerzają się i komplikują, gdy tylko wynajdziemy lepszą od poprzedniej aparaturę badawczą. Tomasz Rożek we wstępie do swej książki „Nauka po prostu. Wywiady z wybitnymi” ujął bardzo trafnie to zjawisko: „Horyzont poznania wcale się nie przybliża, gorzej … można odnieść wrażenie, że się oddala. Nie przeszkadza nam to jednak marzyć.” Dodałbym jeszcze tylko, że te marzenia, optymizm, czy poszukiwanie prawdy są ze sobą nierozerwalnie związane i są warunkiem naszego rozwoju duchowego. A tylko taki rozwój - moim zdaniem - ma sens.


Nie tylko penetrowana makro i mikroprzestrzeń się rozszerza przed naszymi oczami. Granice innego, niezwykłego poznania, śledziliśmy dopiero niedawno, na przełomie tysiącleci. Oto w ostatnim roku XX wieku genetyk F.S. Collins opublikował wstępny opis ludzkiego genomu. A już w 2003 roku jego ekipie udało się opublikować raport o zakończeniu prac nad mapą genów, zawierającą ich 30 tysięcy. Jednak okazało się, że tylko 20-25 tysięcy z nich koduje białka, natomiast reszta cząsteczki kwasów rybonukleinowych. Kod ludzkiego organizmu okazał się bardziej skomplikowany, niż wcześniej założono. Horyzont poznania oddalił i tutaj.


Żyjemy w epoce scjentyzmu, w której uznaje się nauki ścisłe i przyrodnicze za jedyną właściwą drogę poznania. Sądy humanistyczne są przez nią deprecjonowane, jako nieostre i mało wiarygodne. Nauki humanistyczne same także poddały się temu prymatowi i „duchowi epoki”, zaniedbując badań empirycznych. Ta ślepa wiara w nauki ścisłe i odsuwanie na bok religii, tradycji, czy historii wiedzie nas - jak pokazuje nam coraz dobitniej rzeczywistość - na manowce. 


Ale przecież nawet jeśli pozostaniemy wyłącznie przy naukach przyrodniczych, to wystarczy tylko przyjrzeć się czasem, nie samym badaniom, ale temu o czym one nam mówią, czyli poddać ich wyniki minimalnej choćby zdroworozsądkowej refleksji, by spojrzeć na świat i sens istnienia inaczej.


Taki przykład. 

Ilość tlenu w ziemskim powietrzu utrzymuje się wciąż na tym samym poziomie. Wynosi on 20,95 % wszystkich atmosferycznych gazów. Za mała jego ilość na planecie mogłaby spowodować powszechną hipoksję, zbyt duża wybuchy pożarów. Czyli, trywializując, jeśli było by go zbyt mało, udusilibyśmy się, jeśli zbyt dużo - usmażyli. Żeby ten stan równowagi się utrzymał, musi zatem istnieć jakiś mechanizm, który zmusza rośliny do większej czy mniejszej produkcji tlenu. Ale choć roślin wciąż ubywa, a populacja ludzka nieustannie rośnie, produkując w epoce postępu technicznego, niewspółmierne do jej wielkości ilości CO2, to procentowy udział pierwiastka życia w atmosferze i tak pozostaje niezmienny. Jak to jest możliwe? 

Naukowcy odkryli, że burze piaskowe przenoszą przez Ocean Spokojny drobniutki pył z Afryki do Amazonii. Dzieje się tak, gdyż niebo nad Ameryką Południową ma, z powodu parujących lasów, rożne odcienie bieli, więc słońce nie nagrzewa lądu z góry tak mocno jak Afrykę, choć leżą na tej samej szerokości geograficznej. Stąd właśnie powstają prądy powietrzne przenoszące pustynny pył. Przebywszy odległą transatlantycką drogę, służy on jako nawóz, drzewom rosnącym w południowoamerykańskim buszu. Te z kolei, bujnie rozwijając swój kobierzec, wytwarzają parę, która w postaci podniebnej rzeki wędruje do Andów. Docierając do gór para ta skrapla się i razem z osadem powstałym ze skał trafia do Amazonki, a potem do Oceanu Atlantyckiego. Te substancje odżywcze są pokarmem dla okrzemek, które produkują 50 procent tlenu, obecnego na Ziemi. Gdy okrzemki mają pod dostatkiem pokarmu, ich ilość dziennie podwaja się. To pokazuje tylko jak wielki potencjał w produkcji tlenu posiada Ziemia.

Organizmy te zdobywają pokarm nie tylko poprzez kroplówkę z Andów, ale również z topniejących lodowców. Im szybciej proces topnienia następuje, tym więcej okrzemek przybywa. Umierając, opadają one na dno mórz i oceanów, jak morski śnieg, tworząc warstwę po warstwie. Okrzemkowy dywan ma obecnie grubość 800 metrów. Dno gdzie żerowały okrzemki w niektórych miejscach wypiętrza się i powstaje tam słona pustynia. Taka sama, jak ta, z której pył dociera do Amazonii. Bo pył, który ją użyźnia, są to właśnie szczątki obumarłych okrzemek. Wszystko wzajemnie łączy się i uzupełnia, stanowiąc niezwykły, żywy mechanizm, którego istotą - jak wnioskuję - jest stały poziom tlenu niezbędny do funkcjonowania ludzi, oraz zwierząt. A gdyby ktoś sądził, że to nasze organizmy, w ramach ewolucji dostosowały się do takiego składu powietrza, to powinien umieć odpowiedzieć również dlaczego nie potrafią się one elastycznie „odstosować”. Dlaczego ludzki organizm nie wykształcił tolerancji na mocne wahnięcia poziomu tlenu. Przecież to filar naszego istnienia. Jego brak wywołuje śmierć już po 4 minutach, a niewielki nadmiar hipoksję.

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości