Ryszard Surmacz
Nie bądźmy naiwni.
4 obserwujących
66 notek
20k odsłon
187 odsłon

Bo mnie się wydaje

Wykop Skomentuj7

Od zawartości intelektualnej tego pojęcia zależy nie tylko nasz los, ale również los naszego państwa i kultury. Inne „bo mnie się wydaje” było w okresie odradzania się państwa polskiego w 1918 r., inne po 1945, gdy ponownie zaczęto nas zniewalać, a zupełnie innej jest dziś, gdy nam się nic nie chce i wydaje, że „chwyciliśmy Boga za nogi” oraz że mamy jakąś niepodległość.

W 1918 r. owo pojęcie zawierało dobrą znajomość kulturową narodów, które chciały lub nie chciały budować z nami nowej rzeczywistości. Wiedzieliśmy na co stać i czego można było się spodziewać po Rosjanach, Niemcach, Ukraińcach, Litwinach, czy Żydach. Pojecie, o którym mowa, było więc pełne i adekwatne do zastanej sytuacji oraz przyszłości. Swojej treści nabierało ono w okresie zaborów, w biernej i czynnej walce o wolność oraz w codziennym obcowaniu; znaliśmy języki tych narodów oraz w dużej mierze ich kulturę, o czym świadczą chociażby wydawane w okresie międzywojennym książki. Tu jeżeli były niespodzianki, to dotyczyły bardziej siły niż kultury. I najważniejsze – wiedzieliśmy czego chcemy.

Gorzej natomiast było ze znajomością i zachowaniami na poziomie kultury niższej. W tym obszarze zostaliśmy zaskoczeni, choć mniej, niż uczono w PRL i mniej, niż dziś nam się wydaje. Na przykład od czasu koliszczyzny (1768) i rabacji (1846) polskie ziemiaństwo zaczynało zdawać sobie sprawę, że wykorzystywanie chłopów przeciwko nim, musi w przyszłości zmienić system – wszędzie, u zaborców również. Uwolnienie od pańszczyzny w tamtym okresie wiązało się z systemem. Mimo, że większość właścicieli ziemskich widziała taką potrzebę, to nie mogli oni sobie na to pozwolić, bo albo przekraczało to ich barierę gotowości do zmian, albo nie mieli nic w zamian. Przejście na oczynszowanie lub uwolnienie wiązało się ze zamianą struktury zarządzania dworu, jego roli kulturowej, a także ze zmianą mentalności samego chłopa. To tak samo, jak dziś przejście z socjalizmu na kapitalizm, własności społecznej, na własność prywatną (czyli odwrotnie). System to takie narzędzie zarządzania, które raz pomaga, a innym razem dusi. Tylko bolszewicy wmówili nam, że wszystko można zmienić za pomocą rewolucji – oczywiście poprzez zabijanie.

Ale, pomijając szczegóły, od chwili ujawnienia się refleksji związanej z nieuchronnością zmiany dawnego systemu, ziemiańska pewność siebie zaczynała zatracać swoją moc. Ich owo „mnie się wydaje” zaczynało nabierać bierności. Bierność ta nie przejawiała się na poziomie patriotycznym, lecz strukturalnym. Zaczęła więc tworzyć, jakby prywatny system zastępczy – pozostawało jeszcze poczucie własności i konieczność jej obrony, ale w podświadomości kiełkowała już bojaźń przed utratą wszystkiego. Ziemiaństwo zostało postawione w sytuacji być albo nie być, nie dlatego, że nie miało alternatywy gospodarczej, lecz dlatego, że na kresach rozbudziły się ruchu narodowe, a wszędzie, w całej etnicznej Polsce, trzeba było zniszczyć kulturotwórczą warstwę szlachty i inteligencji, które stanowiły zagrożenie najpierw dla rosyjskiego i niemieckiego, a potem ukraińskiego i litewskiego stanu posiadania. Austriacy, będąc mniejszością we własnym państwie, robili to inaczej, ale cel Austrii był ten sam. Niestety, nie wszyscy to rozumieli. Ogólnie, szlachta, ziemiaństwo i inteligencja - wszyscy trzymali świadomość narodową, potrzebę posiadania państwa i pielęgnowali tradycje związane z kodem kulturowym, bez którego odzyskanie niepodległości nie byłoby możliwe. Okres do odzyskania państwowości był więc czasem ścierania się polskiej świadomości narodowej z inną świadomością lub jej brakiem, kultury wyższej z kulturą niższą, potrzeby odzyskania niepodległości z często nieuświadomioną biernością i zakłamaniem w tym względzie, brakiem państwa a jego potrzebą. Druga Rzeczpospolita zaczęła to wszystko syntetyzować i tworzyć jednolity naród polski. Pozytywnie ładował się nasz skarbiec nazwany tu „bo mnie się wydaje”.

Okres odzyskania niepodległości spotkał się nie tylko z zachowaną siłą polskiej myśli niepodległościowej, ale również ze świadomością konieczności dokonania potrzebnych zmian strukturalnych w odradzającym się społeczeństwie. Sejm II RP zniósł przywileje i tytuły szlacheckie oraz uchwalił zupełnie nową Konstytucję. Warto przypomnieć, że jej wersji było kilka, a więc polskie elity odbyły określoną drogę intelektualną i nie dopuszczały się gorszących wystąpień. Tak więc, w 1918 r. owo „mnie się wydaje” okazało się w pełni adekwatne, dyspozycyjne, nośne i zaowocowało zbudowaniem nowego państwa. Może nie było jeszcze państwem marzeń, ale najważniejsze, że było. Przestaliśmy pracować na zaborców a zaczęliśmy na siebie. W trakcie dwudziestolecia wzbogacane było ono przez znakomitą przedwojenną szkołę, literaturę, wojsko i życie społeczne. Siły napędowej dało zwycięstwo w 1920 r., a sprawdzianem, podczas II wojny, okazało się Polskie Państwo Podziemne. Druga Rzeczpospolita zbudowała spójne społeczeństwo. To przedwojenne „mi się wydaje” odbudowało Warszawę ze zniszczeń i cały PRL trzymało dotąd, dopóki żyli ludzie tamtej epoki; dopóki żyła świadomość, że posiadanie pastwa jest najważniejsze i że tylko ono gwarantuje istnienie wspólnoty – na różnym poziomie i z różną konsekwencją, ale jednak.

W 1945 r. cała dotychczasowa pojemność pojęcia „mnie się wydaje” została jeszcze wzbogacona o niezwykle traumatyczne doświadczenia okresu II wojny i miała szczególną wartość. Jeżeli można tak powiedzieć - w tym momencie nasz poziom intelektualnego doświadczenia osiągnął standard światowy. Niestety, nie wykorzystaliśmy go z kilku względów: 1. rozpędzenia i wymordowania naszych tradycyjnych elit, 2. postawienia ich w stan konieczności obrony indywidualnego życia, 3. zdławienia kultury duchowej Polaków, 4. narzucenia nam obcych wzorców i obcych elit.

Przez okres PRL nacisk owego kokonu zmian był tak przemożny i totalitarny, że dopiero od kilku lat zaczynamy odwoływać się do prawd szczątkowych, które zdołały się jeszcze uchować. Ale w naszych odwołaniach natrafiamy na kolejny rodzący się totalitaryzm, tym razem, liberalny, który, w swoich żądaniach, zaczyna niewiele różnić się od poprzedniego. Zarówno szkoła, media jak i działania państwa, poprzez swoje przyzwolenie lub bierność, zaczynają coraz bardziej uszczuplać tytułowe pojecie i zaniżać ogólny poziom statystycznego Polaka. Zaczyna wysychać to, co najważniejsze, to, co tworzy podstawy rozumienia świata, własnej kultury, to, co napędza kreację i stanowi o wartości człowieka oraz jego postawy. Ta postępująca indolencja spotkała się z niezwykłą i fantastyczną ofertą – internetem, który dodatkowo wprowadził człowieka w świat wirtualny. Tam zaczął on budować swoje nadzieje i tam realizować swoją wolność. Zachwyt tym narzędziem pracy doprowadził do tego, że podczas podsumowania końcowego na XVI Zjeździe Historyków Polskich we Wrocławiu (1999), jeden z bardzo znanych historyków, stwierdził, że już teraz książki staną się zbyteczne. I stały się. Czy Profesor miał rację?

Nie miał racji, ale przepowiedział prawdę - dlatego, że całe powojenne 70 lat uchroniło nas od nieszczęść wojny, ale ostatnie trzydzieści, raczej zdemoralizowało niż zbudowało – miedzy innymi poprzez kiepskie czytelnictwo i fasadową gloryfikację zwykłego narzędzia, jakim jest internet. W 1989 r. byliśmy moralnie przygotowani do zbudowania nowego państwa. Wprawdzie wisiały nad nami RPL i „demokratyczna” naiwność, ale społeczeństwo nie było rozbite do tego stopnia, jak dziś. Przegraliśmy II wojnę i przegraliśmy III RP, a ich klęska nie została nawet zauważona – wszystko utopiono w wirtualnej Polsce. I ta wirtualna Polska kształci swoje dzieci, a dzieci uciekają do internetu, jako alternatywnej i złudnie lepszej rzeczywistości, znajdują tam wszystko, prócz systematycznej wiedzy, która pozwala oddzielać dobro od zła. Tak więc wspólnie szkoła, media, internet, a ostatnio nawet Kościół zaczynają coraz dokładniej wyczyszczać prawdę o nas samych i pojecie „mnie się wydaje” napełniać coraz większą pustką i bezradnością. Żeby nie pozostać gołosłownym. Idąc kiedyś za grupą młodzieży usłyszałem jakiś dialog, w którym rozmówczyni wymieniła „sześciu królów”. Sądziłem, że to żart, ale wkrótce kolega ją poprawił. Odpowiedzią było zdziwienie i obojętność. Działo się to 8.01.2020 r, w dwa dni po uroczystej procesji ulicami wielu miast. Kościół w Polsce musi zrozumieć, że Biblia, która jest podstawą wiary, ma dziś bardzo wiele atrakcyjniejszych ofert cywilizacyjnych i Jej znajomość posiedli głównie ci, którzy muszą ją znać lub samoucy. Pozostali Biblii nie chcą znać lub udają, że mają wiedzę na jej temat.

Z tą ogólną pustką i bezradnością nowi ludzie zdobywają szlify, tytuły, stanowiska. I na takim właśnie „mnie się wydaje” budujemy dzisiejszy swój świat. A potem dziwimy się, że mamy to, co mamy.


Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo