7 obserwujących
185 notek
333k odsłony
9387 odsłon

Norman Davies: Bitwa Warszawska 1920. Przed stu laty

Piechota polska podczas Bitwy Warszawskiej 1920. Fot. Wikipedia/ Centralne Archiwum Wojskowe
Piechota polska podczas Bitwy Warszawskiej 1920. Fot. Wikipedia/ Centralne Archiwum Wojskowe
Wykop Skomentuj100

Esej prof. Normana Daviesa dla Towarzystwa Pomocy Polakom w Londynie na 100-lecie Bitwy Warszawskiej. Przekład z jęz. angielskiego Marcin Kisielewicz.

Cud nad Wisłą nie był żadnym cudem. Była to ciężka bitwa, stoczona w sierpniu 1920 r. pod Warszawą i zakończona decydującym zwycięstwem Polski nad Armią Czerwoną sowieckiej Rosji.

Zwyciężyła umiejętność, dyscyplina i determinacja polskich obrońców, patriotyczny duch dużej liczby ochotników oraz genialny kontratak marszałka Piłsudskiego, który powstrzymał sowiecką ofensywę. Dopiero potem nacjonalistycznie nastawieni przeciwnicy Piłsudskiego wysunęli teorie sugerujące, że zwycięstwo należy przypisać albo generałowi Weygandowi, albo też Boskiej Opatrzności. Punkt kulminacyjny bitwy zbiegł się bowiem w czasie ze Świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, kiedy to wielu polskich katolików modliło się o wybawienie swojego kraju od wrogów. Lud zatem całkiem naturalnie uznał, że jego modlitwy zostały wysłuchane.

Jako student historii nowożytnej w Oksfordzie nigdy nie słyszałem o wojnie polsko-sowieckiej; w warsztacie badawczym brytyjskich historyków ona po prostu nie istniała. Zacząłem jednak korygować własną niewiedzę na ten temat, gdy tylko odwiedziłem Polskę na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Początkowym źródłem informacji był dla mnie mój przyszły teść, profesor Marian Zieliński, który mieszkał w Kętach pod Bielskiem. Wyjaśnił mi, że komunistyczna cenzura Polski Ludowej tłumiła wszelką wiedzę o klęsce Sowietów, dodając jednocześnie, że wszyscy jednak wiedzieli, co się tak naprawdę wydarzyło dzięki doświadczeniom przekazywanym przez członków swoich rodzin. On sam zresztą walczył na tej wojnie jako nastolatek i potem opisał niektóre ze swoich iście niesamowitych przygód.

Latem 1920 roku młody Marian Zieliński był 16-letnim uczniem gimnazjum w Tarnowie, mieście znanym z niedawnego patriotycznego poparcia Legionom Polskim Józefa Piłsudskiego. Wraz z końcem roku szkolnego on i większość chłopców z jego klasy opuściła szkołę, przeszła na piechotę 300 km do Warszawy, znalazła biuro rekrutacyjne, nakłamała o swoim wieku i wstąpiła do wojska.

Nie było wówczas czasu na formalne szkolenie. „Bolszewickie hordy” były już bowiem w natarciu. Młodzi ochotnicy zostali przydzieleni do Brygady Syberyjskiej, która składała się z wyszkolonych polskich poborowych z rozwiązanej armii carskiej, zbiegłych z Rosji przez Daleki Wschód. Każdy z nich został przydzielony do zahartowanego w bojach weterana, któremu kazano uczyć nastolatka, jak ładować, strzelać i czyścić ciężkie angielskie karabiny. Wysłano ich do twierdzy w Modlinie, gdzie rozmieszczono 5 Armię gen. Sikorskiego. Następnie, po udanej akcji Sikorskiego nad Wkrą, pociągnęli na północ w stronę granicy pruskiej, gdzie niedaleko Chorzeli wpadli na „Czerwonych Kozaków” Gaj-Chana.

To był chrzest bojowy Mariana. Klęcząc za ciernistym krzakiem, desperacko walczył ze swoim zakleszczonym karabinem, gdy zaatakował go szarżujący Kozak wymachujący szablą. Marian zamknął oczy ze strachu, słysząc jedynie galopujące kopyta, świst wirującej szabli i pojedynczy strzał oddany przez towarzyszącego mu weterana. Kozak stoczył się martwy z konia, który przeskoczył nad nimi obydwoma. Na mnie, jako że nigdy nie strzelałem z broni palnej, połączenie tych romantycznych opowieści z dreszczykiem swoistego tabu, wywierało przemożne wrażenie. W oczach początkującego historyka nie ma bowiem nic bardziej atrakcyjnego niż zakazany owoc oficjalnie zaprzeczanych wydarzeń. Historia Polski w latach 1918–21 stała się więc pierwszym tematem moich badań naukowych, a ostatecznie tematem mojej pierwszej książki.

Z tych czasów nie pamiętam wcale, żeby ktokolwiek mówił o „wojnie polsko-bolszewickiej”. W angielskich publikacjach mówiono zaś (niesłusznie) o „wojnie rosyjsko-polskiej”, zwykle dość wymijająco i z niezmiennym założeniem, że to Polska zaatakowała Rosję, a nie odwrotnie. W oficjalnych polskich podręcznikach, jeśli w ogóle o tym wspominano, pisano o „wojnie polsko-radzieckiej”, która, jak utrzymywano, była „toczona w interesie wielkich polskich właścicieli ziemskich”, co „przyniosło krajowi ogromne straty”, oraz która zakończyła się tajemniczo po tym, jak Armia Czerwona przeszła do odwrotu. Ja natomiast, widząc, że nowonarodzona Rzeczpospolita Polska była konfrontowana z siłami zbrojnymi trzech republik sowieckich — sowieckiej Rosji, sowieckiej Białorusi i sowieckiej Ukrainy — zawsze nazywałem te wydarzenia „wojną polsko-sowiecką” i trzymałem się tej formuły w mojej książce „Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920”, opublikowanej w 1972 r. Jeśli chodzi o dzisiejsze nazewnictwo, to przyznaję, że „wojna polsko-bolszewicka” poprawnie identyfikuje partię bolszewicką, SDPRR(b) [Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza Rosji odłam Bolszewicki], jako jednoczącą siłę polityczną stojącą za republikami sowieckimi i jako prawdziwe źródło konfliktu. Przypuszczam jednak z żalem, że pejoratywne konotacje terminu „bolszewik” zagrażają zachowaniu pozorów obiektywności.

Wykop Skomentuj100
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura