Blog
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich
SDP
SDP www.sdp.pl
0 obserwujących 329 notek 296283 odsłony
SDP, 11 lipca 2012 r.

Rozmowa z Luizą Zalewską, dziennikarką zwolnioną po nagrodzie

Z Luizą Zalewską o tym, jak radzi sobie dziennikarka, którą najpierw nagrodzono, a zaraz potem zwolniono z pracy, rozmawia Błażej Torański.

Luiza Zalewska jako dziennikarka zaczynała w „Życiu Warszawy” Kazimierza Wóycickiego i Tomasza Wołka. W 1996 roku przeszła do  „Życia”, a  potem do „Rzeczpospolitej”. W 2005 roku odeszła z „Rzeczpospolitej” w proteście przeciwko zwolnieniu Bronisława Wildsteina. W następnych latach pracowała w „Newsweeku”, w „Dzienniku” i w weekendowym Magazynie „Dziennika Gazety Prawnej” (Infor).

W 2000 roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało jej (wraz z Jackiem Lutomskim i Krzysztofem Gottesmanem) Nagrodę Główną Wolności Słowa za raport o polskich mediach. Jej kilka tekstów było nominowanych do Nagrody Grand Press. Wiosną tego roku porzuciła dziennikarstwo. Założyła firmę www.dobraulica.pl.

W marcu dostałaś Nagrodę Główną Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości za popularyzację „innowacyjności w ciekawy i przystępny sposób”. Nagrodzone  teksty publikowałaś w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Dlaczego gazeta nawet się na ten temat nie zająknęła?

Kilka dni po otrzymaniu tej nagrody zaprosiła mnie do siebie redaktor naczelna i przedstawiła dwa dokumenty dotyczące mojego zwolnienia. Niby do wyboru, ale dla mnie był to pewien rodzaj szantażu. Miałam wybrać, czy rozstaję się z firmą za porozumieniem stron, czy stracę pracę w ramach reorganizacji „ze względu na niższą ocenę kwalifikacji i kompetencji zawodowych w porównaniu do innych dziennikarzy”. Spytałam, kto tak ocenia moje kwalifikacje i z kim mnie porównywano, zwłaszcza że w „Dzienniku Gazecie Prawnej” na etacie pracuje zaledwie garstka dziennikarzy. Większość z ekipy, która tworzyła „Dziennik” zwolniono, a teksty piszą w ich miejsce nowi, ale już tylko za wierszówkę.

Usłyszałaś odpowiedź na swoje pytanie?

Redaktor naczelna odparła, że nie może powiedzieć, kto i dlaczego mnie tak ocenił. Usłyszałam, że dowiem się, jak podam ich do sądu. Nie miałam wyjścia - podałam.

Masz jakiekolwiek szanse z takim gigantem, jak „Dziennik Gazeta Prawna”?

Nie mam pojęcia, prawnicy mówią, że spore. Zresztą cóż mogłam zrobić, skoro to jedyna możliwość, abym się dowiedziała po 20 latach pracy, dlaczego jestem kiepska i marna? Żeby było jasne – uważam, że każdy pracodawca może sobie dobierać taki zespół, jaki chce. Mnie bardziej chodzi o formę. Mogłam oczywiście podkulić ogon i odejść za porozumieniem stron, ale ja bardzo nie lubię takich szantaży.

Ale nadal nie odpowiedziałaś, dlaczego gazeta nie pochwaliła się nagrodą swej dziennikarki. Już wiedzieli, że Cię wyrzucą?

Tak sądzę, wcześniej drastycznie obniżyli mi pensję, zapewne, aby płacić niższą odprawę. Trudno byłoby im chwalić mnie za pierwszą nagrodę, a potem wyrzucać. Może to nie był najbardziej prestiżowy konkurs świata, ale zawsze coś – dostałam laptop wart 5 tys. zł, no i pokonałam dziennikarzy, którzy zajmują się tą tematyka od lat i pracują w dużo bardziej prestiżowych tytułach. Ja pisałam o tym ledwie od roku, co zresztą okazało się niesamowitym doświadczeniem. Szefowie powiedzieli mi: opisuj nowy biznes w Polsce, na czym polega, jak wygląda, kto go zakłada, jak w praktyce wygląda słynna polska przedsiębiorczość. Była to dla mnie zupełnie nowa materia, ale okazała się strzałem w dziesiątkę. Bardzo to polubiłam. Wynajdowałam nowe polskie firmy, które osiągają niesamowite sukcesy, niektóre na skalę światową, pokonują nawet IBM. Spotkałam dziesiątki ludzi, zwykle kilkanaście lat młodszych ode mnie, przebojowych, kreatywnych i niesamowicie odważnych. Byłam pod takim wrażeniem, że pomyślałam: „Jezu, co ja przez całe życie robiłam, plącząc się po Sejmie i jego okolicach?”.

Zajmując się dziennikarstwem politycznym i śledczym nie miałaś poczucia wpływu na rzeczywistość?

Bardzo szybko zrozumiałam, że świat przedsiębiorców i polityków to dwie zupełnie nieprzystające do siebie rzeczywistości, na korzyść tych pierwszych oczywiście. Pisałam na przykład o 23-letniej dziewczynie, która postanowiła wprowadzić na światowy rynek nową markę oprawek okularów. Ona projektuje, a w małym zakładzie pod Londynem te oprawki są ręcznie robione. Pojechała na targi do Paryża, rozesłała wieści o swych oprawkach po modowych światowych portalach. I świat się tym zachwycił, dziś jej oprawki sprzedają się nawet na rynku japońskim. A ona sama raz w tygodniu idzie na pocztę i śle w świat te drogie, pięknie opakowane oprawki, bo równocześnie prowadzi sklep internetowy. Wszystko sama – dwudziestoparolatka! Albo firma młodych informatyków z Gdyni. Tworzą najlepszy na świecie syntezatory mowy, które czytają brytyjskim niewidomym gazety, a u nas słychać je na stacjach metra. Są lepsi od światowych potentatów, wygrywają z nimi konkursy. Wiosną otworzyli przedstawicielstwo w Stanach. Odlot. Co tydzień opisywałam takie historie. Trzy z nich zgłosiłam do konkursu.

Opublikowano: 11.07.2012 10:01.
Autor: SDP
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @autorytetopożeracz...
  • @anyab >>Pełną odpowiedzialność za użycie tych słów w tekście >Trotyl na wraku tupolewa<...
  • @anyab Ale nie wycofał się z tego, że ktoś inny napisał tytuł, tylko z oskarżenia Talagi....

Tematy w dziale