0 obserwujących
12 notek
3749 odsłon
  120   2

Zgubna idea egalitaryzmu

Słuchałem przedwczoraj fragmentów debaty sejmowej na temat modyfikacji sytemu edukacji i prawa oświatowego. Zarówno ze strony rządowej jak i opozycyjnej padało jak zwykle mnóstwo zupełnie nielogicznych, wręcz kabaretowych pomysłów. Opozycja nie może przełknąć zmian proponowanych przez PIS, które nasilą kontrolę kuratorów nad szkołami, zarówno pod względem dydaktycznym jak i administracyjnym. PIS z kolei trzyma się swojej linii ideologicznej i nie ma zamiaru opozycji wysłuchiwać.

Jest oczywistym, że cała ta sejmowa dyskusja nie dotykała istoty problemu związanego z powszechna edukacją.  Całe oburzenie i propozycje zmian można sobie spokojnie odłożyć na bok, dopóki nie nastąpi chęć zmiany, która byłaby zasadnicza dla systemu edukacji - to znaczy odebranie Państwu i rządowi monopolu na proces edukacji dzieci i młodzieży. Dopóki to nie nastąpi, to wszelkie opowieści na temat "decentralizacji", "oddania decyzji edukacyjnych w ręce rodziców" i tym podobne można między bajki włożyć. Dzisiaj zmiany  w tym scentralizowanym systemie robi PIS, a jutro zmiany będzie robić PO, jeżeli dojdzie do władzy. Jedni będą wprowadzać swoją listę lektur i 10 godzin religii, a drudzy swoją (oczywiście lepszą) listę i zamiast 10 godzin religii - 10 godzin wychowania obywatelskiego.
Tylko rzeczywista rezygnacja z monopolu Państwa kontrolowania edukacji może przynieść zasadnicze zmiany. Ale do tego w demokracji liberalnej nigdy nie dojdzie, bowiem Państwo straciłoby kontrole nad "swoim" społeczeństwem. I gwarantuję, że w takim podejściu do (nie)zmian  zgodni będą zarówno PIS, PO jak i Lewica.

W debacie zwracało uwagę powtarzanie przez wszystkie przypadki sformułowania: "nasze dzieci" - musimy dbać o "nasze dzieci", "nasze dzieci" są dobrem narodu i tym podobne. Zwłaszcza posłanki Lewicy, z posłanką Nowacką na czele, swoimi płomiennymi mowami przekonywały, że Państwo robi zbyt mało "dla naszych dzieci" - pozwala na nierówności, zezwala na różnice w poziomie wykształcenia, nie dba o egalitarne zasady edukacji, przeznacza za mało pieniędzy na posiłki w szkołach, a przecież dzieci nie mogą przebywać w szkołach głodne ( nikt nie zgłosił wątpliwości, że jednak szkoły to nie restauracje i bardziej należałoby się zająć programem edukacyjnym niz zawartością menu w stołówkach szkolnych).
Co chwile Lewica wyrzucała z siebie słowa o "egalitaryzmie", zacieraniu różnic i równaniu poziomów (nie wyjaśniano - w górę czy w dół).

Debata sejmowa na temat edukacji idealnie wpisuje się w to, co obserwujemy obecnie w demoliberalnej Europie. Ostatnie kilkadziesiąt lat to nieustanny atak lewicy na podstawowe zasady, które decydowały o postępie naszej cywilizacji. Jednym z przykładów jest powtarzane jak mantra żądanie równości, czyli egalitaryzmu. Nie jest moim celem tutaj analizowanie wszystkich teorii egalitaryzmu, które lewicowi myśliciele wyrzucili z siebie w ostatnich latach. Widać jednak jak na dłoni, że lewica prezentuje coraz bardziej radykalne - przez to wręcz szokujące - żądania totalnego egalitaryzmu dotyczącego wszystkich sfer życia.
Prawica zawsze kierowała się zdrowym rozsądkiem i wskazywała na równość szans, konkurencję i wolność jako fundamenty budowy społeczeństwa i gospodarki wolnego rynku. Dla współczesnej lewicy takie podejście jest niewystarczające, a na pomysły oparcia stosunków społecznych na wolności, zdrowej konkurencji i przede wszystkim  równości szans lewica reaguje nieskrywaną agresją.
Egalitarne pomysły współczesnej lewicy obejmują już wszystkie dziedziny życia:od równości politycznej i równości płci, aż po równość sposobu życia, rozrywki, upodobań, konsumpcji.
Tak totalitarne zapędy mogą zostać zrealizowane tylko wtedy, gdy procesy społeczne podda się całkowitej kontroli Państwa i Rządu, gdy wyeliminuje się wpływ rodziny i tradycyjnych metod wychowawczych, a wolność i konkurencja znikną całkowicie. Lewica powołuje się tutaj na klasyczne prace Rawlsa i jego zasadę sprawiedliwości  oraz Dworkina i jego zasadę równej troski.

Co więcej, najbardziej radykalne wersje egalitaryzmu utrzymują, że równość szans to za mało, ponieważ nawet w swojej silniejszej, Rawlowskiej wersji, nadal pozwala ona, aby perspektywy życiowe człowieka były determinowane dodatkowo przez jego talent i zdolności.
A przecież to, że ktoś takie zdolności i talent posiada a ktoś inny ich nie ma, to jest to rażąca niesprawiedliwość!

Lewica nie może strawić, że nie jest w stanie kontrolować takich czynników mających wpływ na różnice społeczne i indywidualne jak np. talent, geny, inteligencja czy nawet zwykłe zrządzenie losu. Na razie, jak widzimy na co dzień,  neomarksiści przystąpili z atakiem na "płeć biologiczną" i wynikające z niej nierówności.
Współcześni neomarksiści, ale i neoliberałowie, jak Ronald Dworkin, lansują nieco zakamuflowane teorie egalitaryzmu i proponują równość dostępu do zasobów jako lepszą alternatywą dla jedynie równości dobrobytu. Z tego punktu widzenia ludzie są równi, kiedy mają dostęp do zasobów o równej wartości, które mogą następnie wykorzystać w dowolny sposób, w jaki dyktują ich preferencje. Dworkin proponuje urządzenie czegoś na kształt wyceny (aukcji) jako sposób określenia, kiedy zasoby zewnętrzne są równomiernie rozłożone. Większą trudność sprawia mu zajmowanie się zasobami wewnętrznymi czyli np. talentami i zdolnościami, które decydują o tym, co ludzie mogą zrobić z otrzymanymi zasobami zewnętrznymi. Powstaje jednak przypuszczenie, że ci bardziej utalentowani wykorzystają te otrzymane zasoby zewnętrzne znacznie lepiej niż, powiedzmy, "mniej utalentowani". Doprowadziłoby to znowu do nierówności. W lewicowych głowach powstają więc pytania jak można osiągnąć równość bez zmuszania wysoce utalentowanych jednostek do wykorzystywania ich talentów w sposób, który może im się bardzo nie podobać – tak zwane „niewolnictwo utalentowanych”.

Celem polityki społecznej, według lewicy, powinno być uczynienie każdego obywatela tak samo zamożnym materialnie jak każdy inny, z wyjątkiem sytuacji, w których ludzie mogą być osobiście odpowiedzialni za posiadanie mniejszej ilości majątku - a więc lewica jeszcze łaskawie nie żąda, aby ludzie, którzy przegrają część swojego majątku np. z powodu hazardu, powinni  otrzymać z tego tytułu rekompensatę.......(ale wszystko przed nami)

Lewica nabiera także chęci na kontrolowanie czegoś, co nazywamy "szczęściem" i "pechem". Pojęcie te  zostały ściśle powiązane z teoriami określanymi się jako "egalitaryzm szczęścia" (Arneson,; Cohen,). Standardowym sformułowaniem tej doktryny jest to, że człowiek nie powinien być w gorszej sytuacji niż ktokolwiek inny z powodu pecha czy nieszczęścia. Tym samym nierówności z tego wynikające, na które człowiek nie miał wpływu poprzez własne decyzje, należy uznać za niesprawiedliwe - należy je więc wyrównywać! ..... Łatwo się domyślić, kto miałby te nierówności wyrównywać.

Jak pisał Gomez Davila:  „zarówno w społeczeństwie, jak i w duszy, kiedy znikają hierarchie, rządzą instynkty”. Jeżeli nie przeciwstawimy się egalitarnym zapędom Nowej Lewicy, to obudzimy się w społeczeństwie totalnie kontrolowanym przez wąską grupę ideologicznych tyranów, w systemie, przy którym nawet komunizm okaże się być całkiem łagodnym pomysłem.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale