2 obserwujących
111 notek
8697 odsłon
60 odsłon

A.10 Początek czegoś - prawo jazdy

Wykop Skomentuj

Przyszła moja kolej. Wsiadłem do samochodu. Pasy, odpalam. Miałem w głowie słowa Michała o egzaminatorach. Że trzeba przy nich dokładnie sprawdzać sytuację na skrzyżowaniach. Łeb w szybę i patrz w lewo i w prawo! Oczywiście mowa o przedniej szybie.

Z parkingu wąską uliczka , potem w prawo w główna. Tu trochę mnie wyniosło. Skręt skończyłem prawie na lewym pasie. Zakląłem w duchu i pomyślałem " skoncentruj się, bo nie dojedziesz do końca". Na szczęście zaskoczyło. W czasie tej jazdy czułem się jak przed ekranem komputera. Tyle, że zamiast klawiatury i dzojstika była kierownica, Ale była koncentracja! Kilka skrzyżowań, jakieś światła, nawrót na wysepce i zjazd na parking. Egzaminator ozięble rzucił " zaliczył pan'. Podziękowałem i wysiadłem. Poszedłem do autokaru. Jedyne co umiałem zrobić to podnieść wskazujący palec prawej ręki do góry. Byłem wykończony. W autobusie walnąłem się na siedzenie. Moje nogi zwisały na przejście. Ręce na na boki. Leżałem tak chyba z pół godziny.

Zaczęło do mnie docierać, że jest po wszystkim. Mam to po co tu przyjechałem! Niedaleko siedziała pani Basia. Ona była załamana. Jej nie pomogły tabletki. Nawet mąż, który po nią przyjechał z Chorzowa samochodem. Nie wiem na ile skutecznie usiłowałem ja pocieszyć.

Z naszej ósemki zdały cztery osoby. Z dwudziestu pięciu tego dnia zdało osiem! Odsiew podejrzanie duży. No ale niektórym nie bardzo zależało. A kilka osób po prostu zjadły nerwy. Zycie...

Po kolacji Zeflik zorganizował w naszym pokoju imprezę. Nie byłem zainteresowany. Na te noc przeniosłem się do innego pokoju. To znaczy zamieniłem się z jednym z uczestników balangi. Zasnąłem bez problemów.

Po śniadaniu wróciłem do pokoju. Nikogo nie zastałem. W pokoju totalny bałagan. W łazience potop, lustro rozbite , zasłona prysznica urwana. Spakowałem plecak. Byłem gotowy do powrotu.

Przed wyjazdem dostałem papiery: świadectwo ukończenia kursu i te najważniejsze: potwierdzenie zdania egzaminu!

Autobus do Gdańska był około jedenastej, więc dałem się namówić na pożegnalne piwo. Czy nawet na dwa. Staliśmy przed jakimś sklepem GS-u. Było nas tam chyba z sześciu. Jeden z nich- brodaty, średniego wzrostu Waldek, proponował mi, żebym za niego zdawał! Sam nie mógł. Był przepity i zmęczony. Wcześniej dał się poznać jako mistrz kontaktów powiedzmy męsko- damskich. Toteż nie bardzo był przygotowany do egzaminów. Oczywiście wszyscy pozostali potraktowaliśmy tę propozycję jako żart.

Już miałem opuścić towarzystwo, gdy na drodze pojawił się bardzo ciekawy obiekt. Furmanka. Niby nic specjalnego, bo wtedy był to dosyć powszechny środek transportu. Zwłaszcza na wsiach. Powoził chudy wożnica w dżinsach i flanelowej koszuli. Wóz ciągnął przyczepiony do dyszla koń. Równie chudy jak wożnica. Gdy podjechali pod sklep, chłop wypluł peta, zaciągnął lejce i zawołał: Stój szalona!

Koń obejrzał się z wyrzutem w oczach. Gdyby nie ta zawrotna prędkość, wóz zatrzymałby się z piskiem opon. A tak słychać było tylko nasz wybuch śmiechu.

Do domu wróciłem póżnym wieczorem. Po drodze zjadłem w Gdyni obiad opodal skweru Kościuszki i Daru Pomorza. Potem pociągiem. Przesiadka na Centralnym w Warszawie. Na jednym z peronów policja upychała do pociągu kibiców Wisły Kraków. Kibice Legii bacznie przyglądali się tej akcji. Dobrze, że nie chcieli sprawdzić biletów gościom.

Chyba następnego dnia Jarek zrobił mi zdjęcie do prawa jazdy. W piwnicy zabawił się w fotografa. Fotkę dołączyłem do papierów na prawko. Nigdy nie miałem gorszego zdjęcia w dokumentach. Papiery złożyłem w odpowiednim urzędzie i po tygodniu miałem wymarzony dokumencik.    (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura