2 obserwujących
233 notki
17k odsłon
61 odsłon

B.91 Zapiski wartownika - 28 kwietnia cd

Wykop Skomentuj

W połowie kwietnia dostałem informację, że Andrzej jedzie do Niemiec na robotę. I dlatego Teresa przyjedzie pilnować mu chaty. Wiedziałem, że muszę atakować!

To było piątego maja. Osobowy z Katowic przyjechał po siedemnastej. Pojechałem tam pożyczonym od Taty polonezem. Zgarnąłem Tereskę z postoju taksówek. Była zaskoczona i chyba onieśmielona. Ja zresztą też. Pojechaliśmy na Bema. Z mieszkania zabraliśmy psa Dingo i poszliśmy z nim na Psie Górki. Było raczej spokojnie. Może po za spotkaniem z jakimś pijaczkiem. Przeciął naszą drogę i coś tam pomruczał. Pokazał dwa kamienie, które miał w rękach i oddalił się w sobie znanym kierunku. Może to miało być jakieś ostrzeżenie? Ale przed czym?

Nie będę teraz odtwarzał przebiegu naszych wspólnych majowych wakacji, bo nie jestem nawet w stanie. W każdym razie dni maja poświęciliśmy na wspólne spacery. Po kilka godzin dziennie. Spróbuję jednak podać kilka szczegółów.

29. kwietnia wtorek

W słoneczną niedzielę szóstego maja spotkaliśmy się koło południa na Zagórskiej. Ponieważ szykowała coś na obiad, poszedłem do kościoła świętego Maksymiliana na mszę. Na obiad były wątróbki. Zadziałała zasada " przez żołądek do serca". Do dziś nie jadłem lepiej zrobionych wątróbek. Moje uczucia do Tereski wrosły o kolejne kilka procent.

Potem poszliśmy na spacer. Oficjalnie wyprowadziliśmy psa. Póżniej zostawiliśmy Dinga w domu, a sami ruszyliśmy na przechadzkę w stronę Mójczy. Gdzieś na trasie spotkaliśmy Zdziśka - falowca z wojska. Kosił na swoim placu trawę. Oczywiście kosą, bo nie było wtedy kosiarek. Zresztą jemu było to chyba obojętne. Wyglądał jakby miał przynajmniej kilka piw na sumieniu. Miał tylko jakiś błysk w ledwo widzących oczach. Nie wdawałem się z nim w dyskusję. Bo nie było z kim. Ani o czym.

Przez kilkanaście następnych dni, dzień miałem podzielony na dwie części: praca i Tereska. Byliśmy w Ameliówce, na Telegrafie, na Bukówce. Samochodem wybraliśmy się do Chęcin. Zaliczyliśmy także kilka innych miejsc. W drugą niedzielę musiałem być jeszcze na komunii małego Jarka. Ale po obiedzie i odsiedzeniu swego przy stole poleciałem do "narzeczonej ".

Siedemnaście mgnień wiosny minęło szybciej niż znany serial i trzeba było wrócić do szarej rzeczywistości.

Ostatniego wieczoru, prawie na do widzenia, dała mi różaniec. Mam go do dzisiaj. Powiem jeszcze, że dzięki spacerom z Tereską nawróciłem się. Zresztą nie miałem innego wyjścia. Nie pamiętam od którego spotkania zaczęliśmy odmawiać po jednej części różańca. I to był chyba jakiś przełom w moim życiu. A właściwie to drugi etap. Bo pierwszy to były modlitwy o żonę pod koniec poprzedniego roku. Modlitwy, które zostały wysłuchane, bo żonę poznałem jeszcze w Sylwestra, czyli przed końcem roku. A o to prosiłem.

Potem zaczął mi się lekko szalony czas. Zacząłem od znalezienia sobie łańcuszka z medalikiem. Znalazłem jeden w pudełku, w którym Mama trzymała swoje "zabawki". Potem na początku czerwca, w ostatnich dniach okresu wielkanocnego, pojechałem do Częstochowy, na Jasną Górę. Z dworca kolejowego do świątyni dotarłem zakosami, klucząc po bocznych uliczkach. I pokonałem drogę ze dwa albo i trzy razy dłuższą niż powinienem. Na Wałach przygotowałem się do spowiedzi. Przystąpiłem do niej w Wieczerniku. Spowiadał mnie jakiś staruszek, który chyba dwa razy przysnął na kilka chwil. A może mi się zdawało...

Póżniej, jak już wracałem do domu, doszedłem do wniosku, że moje życie i wiara jest podobna do tej mojej drogi z dworca na Jasną Górę. Niby wiem gdzie mam iść, ale zawsze gdzieś skręcę na jakieś manowce. Potem wracam i znowu gdzieś odbiję. Jakby nie można było prosto, według drogowskazów.  (cdn)


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura