2 obserwujących
108 notek
8494 odsłony
174 odsłony

Pan kolega rak (8)

Wykop Skomentuj3

W drugim tygodniu, w środę pani doktor zdjęła mi część szwów. Ku swemu zachwytowi, w piątek wyjęła resztę nitek. Było tak dobrze, że niemalże wyjęła mi sondę pokarmową. Nawet zrobiła próbę wody ( szczelność szwów). Też było dobrze!

Ale nagle się przeraziła ( tak mi się wydaje), że jest za szybko. Skończyło się na tym, że kazała mi w niedzielę zacząć pić płyny. Zaplanowała na poniedziałek wyjęcie sondy i ... wypis! Był piątek. Wiedziałem już, że dojadę do mety.

Na początku drugiego tygodnia pojawili się nowi pacjenci. Jeden miał mieć coś robione laserem. W poniedziałek przyszedł, we wtorek zabieg. W środę wyszedł na własne życzenie.

Razem z nim pojawił się Penetrator. Starszy gościu, chyba po siedemdziesiątce. Chodził, rozglądając się w koło. Jak coś znalazł, podchodził, poprawiał co tam trzeba i szedł dalej rozglądając się... Normalnie wyglądał jak robot z bajki rysunkowej.

Tez poszedł na laser. Wrócił zakrwawiony, otoczony pielęgniarkami. Bardzo zdenerwowanymi. Przyszła nawet lekarka, jeszcze w stroju chirurgicznym. Penetrator powyrywał wszystkie rurki i wenflony, które miał na sobie.... Odesłali go na pooperacyjną, żeby się uspokoił. Wrócił na sale wieczorem. Tłumaczył, że on tak zawsze po narkozie... Wyszedł następnego dnia rano.

Trzeci był facet do kontrolnej operacji. Miał astmę, cukrzycę i chyba tez usuniętą krtań. Charczał, pocił się. W nocy miał atak duszności. Na szcżęście tej nocy spałem jak zabity.

Z Olkiem zawarliśmy bliższą znajomość.Moja Żona jeżdziła parę razy z jego dziewczynami. A my... Trochę "gadaliśmy" długopisami. Trochę musiałem go pocieszać. Nie był w dobrym stanie psychicznie. Widziałem, że potrzebuje wsparcia. Chyba mu trochę pomogłem.

W niedzielę zacząłem pic soki. Ostrożnie, żeby nie przesadzić. Olek, jak zobaczył co robię, tez łyknął jakiegoś soku. I jemu podobno to zaszkodziło. Nie wziął pod uwagę ,że miał kilka dni opóżnienia.

W poniedziałek ( czternaście dni po zabiegu) pani doktor wyciągnęła mi sondę. Potem nawet ostatni szef.... I bardzo, bardzo nalegała, żebym został do jutra. Bo może przyjdą wyniki badań histopatologicznych.

Wydaje mi się, że bała się wypuścić mnie zbyt wcześnie. Prawdopodobnie mają normatyw dwóch tygodni po zabiegu. I ani dnia wcześniej! Może się mylę...

Wyniki oczywiście nie przyszły. We wtorek dwunastego czerwca dostałem wypis! Pani Marcysia - zabiegowa - udzieliła nam instruktażu na temat rurki tracheotomicznej. Przy okazji wkurzyła się, gdy pokazałem jej błędy w ściądze, która mi dała dzień wcześniej. To było ksero z jakiejś książki. Tylko, że nie tych stron co trzeba...

Ostatniego dnia pobytu, gdy juz byłem na walizkach, a Żona jechała busem, nagle pojawił się... ksiądz. Przyszedł z wiatykiem. Oczywiście przyjąłem komunie i błogosławieństwo. Klamra zapięta. Przed zabiegiem przecież też były odwiedziny księdza... Chyba Ktoś się tym przynajmniej interesuje.

Do domu pojechaliśmy taksówka. Autobusami chyba nie dałbym rady.

Jestem już cztery dni w domu. Powoli dochodzę do siebie. Żona nie pozwala mi nic robić. Dużo śpię. Chyba odsypiam pobyt w szpitalu. I jem ile się da. Musze odrobić te kilogramy, które straciłem w czasie choroby.

Czekam na wyniki histopatologi. Potem , być może, radioterapia. Ale to już instytut onkologii. A potem może powrót do pracy. Wcześniej renta...

***

Napisałem to rok temu. Zaraz po operacji. Teraz jestem w domu. W Instytucie Onkologii przebadali mnie dosyć szczegółowo. Najpierw jeden pan doktor ( jeszcze przed badaniem) wyliczył mi bodaj pięć warunków potwierdzających nowotwora. I zaraz potem dodał, że ja nie spełniam żadnego z nich! Rutynowo musieli jeszcze tylko sprawdzić czyli przebadać próbki pobrane w czasie zabiegu. Już wcześniej przebadane dla potrzeb szpitala. Ale dobra, niech badają...

Wreszcie przyszedł dzień prawdy. Znowu pojechaliśmy do Instytutu, tym razem na konsylium. Był to zespół kilku lekarzy, doktorów i chyba docentów. Szefem był profesor. Się czułem jak przed jakimś sądem. Profesor wygłosił krótka mowę. Coś tam o istocie choroby, sposobach leczenia itp. Na koniec, głosem pełnym skruchy, jakby przepraszał, powiedział:

- Dla nas, onkologicznie, jest pan zdrowy. Ja nie widzę potrzeby jakiejkolwiek ingerencji.

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem w pierwszej chwili czy mu wybaczyć... Ale on tak nalegał, niemal ze łzami w oczach przepraszał, że... wybaczyłem mu! Powiedziałem (ukłon) dziękuję i wyszedłem.

Kurde, jestem czysty! Mam was gdzieś! Jadę na piwo! - nie będę ukrywał, że był to jeden z najlepszych dni w moim życiu. A w ostatnim czasie najlepszy...

Potem załatwiłem rentę. Czekam na na sprzęt do mówienia... Pewnie kiedyś wrócę do jakiejś pracy. I pojedziemy dalej. Do emerytury... A potem jeszcze dalej... No chyba żeby...


Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości