18 obserwujących
171 notek
484k odsłony
  247   0

Polska to nie Afganistan

W sierpniu 2021 roku Stany Zjednoczone Ameryki po dwóch dekadach obecności, wycofały się z Afganistanu. Wraz z ich odejściem runął miraż odradzającej się afgańskiej państwowości, lgnącej do Zachodu i jego kultury. Ofensywa talibów sprawiła, że afgański konglomerat klanowo-plemienny błyskawicznie powrócił do swej pierwotnej konsystencji, od stuleci nie dającej się ujarzmić wszelkiej maści kolonizatorom.

Przez dwadzieścia lat część Afgańczyków rozsmakowała się jednak w zachodnich wartościach. Maszynki do golenia, Internet, odsłonięte powaby wyemancypowanych niewiast, lunaparki, lodziarnie, wolność słowa. Rejterada amerykańskich wojsk, to dla tych ludzi niewyobrażalna tragedia. Nieliczni zdołali się ewakuować, korzystając ze statusu sojuszniczych współpracowników. Większość utknęła w talibańskim nowym świecie, co jest równoznaczne z bolesnym wybudzeniem się na powrót w epoce kamiennej.

Po odejściu Amerykanów okazało się, że afgańska armia nie chce walczyć. Miliardy dolarów poszły w niwecz. Szkolenie, infrastruktura, sprzęt. Wszystko to na marne. Autorytet USA legł w gruzach i upłynie wiele ponurych lat, zanim zdoła się z nich podźwignąć.

Niektórzy komentatorzy łatwo porównują tę sytuację do upadku Południowego Wietnamu. Podobieństw między tymi sytuacjami, czyli katastrofą wietnamską i afgańską, jest ledwie kilka. Mianowicie oba państwa upadły pod naporem najeźdźców mówiących tym samym językiem, co obrońcy i nastąpiło to w bezpośredniej konsekwencji odstąpienia Stanów Zjednoczonych od swoich sojuszniczych deklaracji. Armie obu państw były także komfortowo wyekwipowane i uzbrojone po zęby. Podobnie dołujące są też fotografie, na których spanikowani uciekinierzy walczą o miejsce w amerykańskich śmigłowcach, startujących z dachów ambasad.

Więcej jest różnic. W przeciwieństwie do afgańskiej, południowowietnamska armia chciała walczyć i była zmotywowana, aby czynić to samodzielnie. Szkopuł w tym, że Amerykanie zorganizowali ją na wzór zachodni i przygotowali do działań w trybie „wojny bogatego człowieka”. Najpierw do walki kieruje się tony rakiet, bomb i amunicji wszelkich kalibrów, potem ciężki sprzęt, a jeśli zostanie coś jeszcze do roboty, dopiero wtedy wyruszają piechurzy. USA wycofały się w 1973 roku i Wietnam Południowy prawie natychmiast został zaatakowany przez północnego sąsiada. Inwazję odparto. Następnej jednak już nie. Na wyniku ostatecznej konfrontacji zaważyły dwa czynniki. W mniejszym stopniu – błędy w strategicznym rozmieszczeniu wojsk Południowego Wietnamu. Kluczowe znaczenie miało jednak to, że wkrótce po wyjściu z regionu, Amerykanie przerwali dostawy do porzuconego sojusznika. Wbrew uroczystym deklaracjom. Zdominowany przez „siły postępowe” Senat zadecydował, że USA nie mają już nic wspólnego z tamtą sprawą. Góry sprzętu znieruchomiały z powodu braku materiałów eksploatacyjnych, a spora część uzbrojenia zamilkła z powodu braku amunicji. Własnego przemysłu Południowy Wietnam nie posiadał, więc finalny werdykt był już tylko kwestią czasu. Komuniści, szczodrze doposażeni przez towarzyszy z Moskwy, w 1975 roku opanowali cały półwysep.

Podnoszą się głosy, z dziwnie znajomym wschodnim akcentem, że sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest wart tyle, co papier, na którym go podpisano. Państwo, które powierzyło swoje bezpieczeństwo takiemu chimerycznemu opiekunowi, jest skazane na klęskę, bo w obliczu realnej agresji, będzie musiało walczyć w osamotnieniu.

Wszystko zależy od tego, jakie znaczenie przywiązuje się do sojuszy. Jeśli kierownictwo państwa kieruje się przekonaniem, że własna armia jest niepotrzebna, bo wszystkie zadania obronne weźmie na swe barki taka potężna Ameryka, to w zasadzie jest koniec dyskusji. Taką postawę prezentował rząd PO. Wojsko Polskie zredukowano do rozmiarów jakiegoś stowarzyszenia rekonstrukcji militarnej. Sojusznicy mieli być nie oprócz rodzimej armii, ale zamiast niej. Mieli być jej zamiennikiem, zamiast uzupełnieniem w sytuacji kryzysu.

Nowa władza ma inne podejście. Polski potencjał obronny jest sukcesywnie wzmacniany. Przybywa żołnierzy i nowoczesnego sprzętu. Nie tak szybko, jak by się chciało, ale konsekwentnie i nieprzerwanie. Armia jest świetnie wyszkolona, swobodnie operuje standardami sojuszniczymi i ma niezachwiane morale. Ponadto nasz kraj dysponuje pokaźnym przemysłem, zdolnym dostarczyć co trzeba, aby bojowe żelastwo latało, pływało, jeździło i strzelało. Scenariusz wietnamski nam nie grozi.

Nie grozi nam też scenariusz afgański. Wiadomo, że w pojedynkę drugiego Cudu Nad Wisłą Rosjanom nie sprawimy, ale Polska, póki co, jeszcze na swoim terytorium gości spore siły sojusznicze, nie tylko amerykańskie. Wartości cywilizacji zachodniej, to nie jest jakaś nowinka, tylko rdzeń naszej tożsamości kulturowej. Polska opiera się nie na plemionach i klanach, ani na landach, tylko na solidnej strukturze unitarnej. Wiarołomni sojusznicy już nam się kiedyś przytrafili, nigdy nie można być stuprocentowo pewnym, że nie dojdzie do powtórki. Sojusze stanowią istotne dopełnienie polityki obronnej, ale jej nie zastąpią. Armia państwa, które jest tego świadome, nie znieruchomieje ze zgrzytem rdzewiejących przekładni i godnie stawi czoła najeźdźcy.

Dodatek - najwspanialsza atrapa na świecie

W styczniu 2017 roku do Polski przybyły pierwsze amerykańskie jednostki w ramach operacji wzmacniania natowskiej Wschodniej Flanki. Atmosfera, w jakiej odbywało się powitanie zamorskich sojuszników wzbudziła mój intelektualny sprzeciw. Dałem mu wyraz w tekście pod tytułem „Najwspanialsza atrapa na świecie”. Można powiedzieć, że po kabulskim finale jego wymowa zyskała na wyrazistości.

Zapraszam do lektury: Najwspanialsza atrapa na świecie

[]

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale