14 obserwujących
140 notek
328k odsłon
1271 odsłon

Ludzie Dobrej Roboty

Ludzie Dobrej Roboty
Ludzie Dobrej Roboty
Wykop Skomentuj3

[Uwaga, w bieżącej lokalizacji tekst obejmuje więcej, niż jedną stronę]

To był zimny pochmurny dzień. 25 marca. Warmia i Mazury. Na tych polach żyznych i przepięknych łąkach zaspami zalegał śnieg. Po lasach ledwie dał się słyszeć nieśmiały jeszcze świegot ptaków.

Drogą krajową, kiepsko utrzymaną i kłopotliwą latem, a teraz tym bardziej uciążliwą, pędził z maksymalną dopuszczalną prędkością skromny automobil dyspozycyjny. Za kierownicą siedział doświadczony szofer, z nim można było swobodnie lawirować. Na tylnym siedzeniu nerwowo przekładał papiery Towarzysz Marcin. Co ja im powiem, co ja im powiem – rozpaczliwie bił się z myślami. Ale muszę. Nie mogę zawieść.

- Zdążymy, towarzyszu szoferze?
- Spokojna głowa, Towarzyszu Marcinie. Zdążymy i to na czas!

Na miejscu czekał skromny poczet, miejscowy sekretarz Towarzysz Maciej, kilka góralek w strojach ludowych, dzierżących bukiety kwiatów, pyzaty kancelista przebrany za rybaka. Trzymał oburącz masywny okrągły bochen z usytuowaną w jego centrum miseczką soli. Grupka dzieci w podekscytowaniu machała chorągiewkami Organizacji. Rolę orkiestry pełnił zespół ślubny „Bogdan Band”. Mieli odegrać hymn „Oko Lasa”.

Auto dynamicznie wjechało na plac i zatrzymało się gwałtownie tuż przed oczekującymi. Szofer wypadł jak oparzony i zgodnie z procedurami Organizacji doskoczył, aby otworzyć drzwi Towarzyszowi Marcinowi. Gdy tylko wychynął z nich czubeczek buta, „Bogdan Band” zaczął grać. Towarzysz wysiadł i skierował się w stronę zabudowań.

- Towarzyszu! Witamy na gościnnej ziemi warmińsko-mazur... – kancelista rybak drobiąc, wysunął przed siebie chleb i sól.
- Nie teraz! – szorstko uciął Marcin (po imieniu zwracali się do niego współpracownicy z najściślejszego zaufanego kręgu, znali się od lat, jeszcze z Hiszpanii). – Prowadźcie do hali – Marcin surowo spojrzał na Towarzysza Macieja. Byli rzecz jasna na ty, ale przecież nie przy ludziach.

W hali na pośpiesznie zorganizowanych krzesłach siedziała ponad setka osób. Kilku inżynierów, kierownicy odcinków i brygadziści. Był to aktyw kierowniczy Warmińsko – Mazurskiego Frontu Pracy Kolektywnej. WMFPK, który łącznie liczył 600 ludzi. Twardych, odważnych, ale zawsze pogodnych i ufnych w mądrość Organizacji.

Mroczną przestrzeń hali przeszył nagle jaskrawy snop światła. Wszedł Marcin, a trzy kroki za nim, należycie pochylony, Maciej.

Zebrani zerwali się z miejsc i bili gromkie brawa, skandując Mar-cin! Mar-cin! Marcin stanął za mównicą. Odczekał pięć minut. Nie chciał obrazić aktywu, zabraniając mu wyrażania entuzjazmu. Wreszcie władczym gestem uciszył wiwatujących. Kilkaset bystrych oczu jak na komendę skupiło się na jego wargach. Co nam przekaże? Jakie doniosłe wieści z Centrali? Ogłosi sukces? Udzieli zbiorowej reprymendy? Przez kilka nieznośnie długich minut ciągnęło się skrajne napięcie. Oni skoncentrowani, a On pod chłodną maską charyzmatycznego przywódcy, ogarnięty gorączką starganych nerwów. Wreszcie poczuł się gotowy.

- Towarzysze – zawiesił głos. – Towarzysze – nadal, mimo przekonania, że już wie co powiedzieć, zmagał się z psychicznym oporem. – Przed nami wielkie zadanie. Zadanie, które wielu uznałoby za niewykonalne, ale wiem, że WY podołacie, że nie zawiedziecie! Każdy inny mógłby stchórzyć, powiedzieć wybaczcie towarzyszu, ale to mnie przerasta. Każdy inny tak, ale nie WY.

Zebrani byli tak zaintrygowani tymi słowami, że zapomnieli o obowiązkowych brawach. Przemowa Marcina całkowicie ich zaskoczyła. Nigdy nie zwracał się do nich w ten sposób. Czuli, że sprawa jest nadzwyczajna, że będą musieli wytężyć wszystkie siły. Ale co? Ale jak? Oczywiście, że da się radę, tylko niech już będzie jasne, jakie zadanie stawia im Organizacja.

Marcin przemawiał dwie i pół godziny. Szczegółowo przedstawił im zakres robót. Wiedział, że to może zniechęcić najdzielniejszych, że niejeden z tych, którzy zawsze bez zbędnych pytań wykonywali wszystko, co każe Organizacja, tym razem może nabrać wątpliwości. Dlatego co kilka zdań przywoływał cytaty słynnych działaczy, nie bał się używać mowy ciała, modulował głos iście po aktorsku. Mama będzie dumna, pomyślał w pewnym momencie, starając się spojrzeć na siebie zewnętrznym okiem.

- I na to wszystko, towarzysze, mamy miesiąc – zakończył.

Zapadła cisza. Cisza tak głucha, jak magazynier Stefan z Centralnej Składnicy Zaświadczeń. Cisza przytłaczająca. Posępna, niemal kapitulancka. Minuty przeciągały się w kwadranse. Nagle po godzinie gdzieś na końcu sali zabrzmiał szept: - O kurwa...

Zgromadzeni buchnęli gromkim śmiechem. Swojskim, robociarskim, tym nieugiętym śmiechem, który nie zna żadnych przeszkód. Kryzys został przełamany! Rozległy się owacje, na stojąco skandowano Mar-cin! Mar-cin! Tym razem Marcin pozwolił klaskać długo. Był im to winien...

Zobacz galerię zdjęć:

Podziękowania dla Kolasy i Kuszilka
Podziękowania dla Kolasy i Kuszilka Z wdzięczności za podziękowania - degradacja komandanta oddziału. Świadek Marcin Kolasa - czarny pas w transparentności. Marcin - trudne decyzje... Leniwiec Marcin. Puchar dla Marcina. Prawo nie zna ceny... Czujność ponad wszystko! +4 zdjęcia +5 zdjęć
Źródła i wizualizacje
Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości