30 obserwujących
228 notek
835k odsłon
2837 odsłon

Dlaczego lemingi ciągną nas w przepaść?

Wykop Skomentuj58

 Utrzymujące się poparcie dla Platformy Obywatelskiej świadczy o tym, że jako naród zatraciliśmy instynkt samozachowawczy. Duża część obywateli wciąż chce głosować na partię, która nawet nie udaje, że jest w stanie sprostać obowiązkowi, dla którego państwo jako takie w ogóle istnieje. Dlaczego lemingi ciągną nas w przepaść?

            Fenomen Platformy jest imponujący, ale w sumie dość oczywisty. Mogła ona całkowicie sprzeniewierzyć się swoim liberalnym hasłom gospodarczym (m.in. podwyżka VAT). Mogła bez specjalnych konsekwencji przepychać reformy bardzo niepopularne społecznie (m.in. zwiększenie wieku emerytalnego). Mogła bez szwanku wyjść z afery hazardowej, w swojej istocie podobnej do afery Rywina (podejrzane majstrowanie przy ustawach), po której SLD się do tej pory nie pozbierało. Mogła w końcu przetrzymać aferę Amber Gold, mimo że całkiem nieepizodycznie przewinął się w niej syn premiera, a i rola samego Tuska w kwestii wiedzy czy też niewiedzy o tej piramidzie finansowej pozostaje niejasna do dziś. A mogła Platforma to wszystko przede wszystkim dlatego, iż jako ostatni gwarant pookrągłostołowych porządków dysponuje nieporównywalną do żadnych innych rządów osłoną medialną, a także dlatego, że PIS się intelektualnie wyjałowił, na placu boju zostawiając Hofmanów i Błaszczaków, którym dobrze jest, jak jest.
            Nie wydaje się  być specjalnie śmiałą teza, że bez nieustającego wsparcia medialnego na każdym odcinku, rząd Tuska upadłby już dawno temu  pod ciężarem własnej nieudolności. Nie upadł, ponieważ wszystkie telewizje o ogólnokrajowym zasięgu, lansujące wspólny przekaz o konieczności takiego czy innego działania, w takiej czy innej kwestii, bez trudu wyrobią w masowym odbiorcy takie przekonanie, jakiego akurat wymaga mądrość etapu.
Nie należałby mieć nawet do tego masowego odbiorcy pretensji, gdyby nie fakt, że za rządów Platformy miały miejsce trzy wydarzenia,  których znaczenie ma obowiązek zrozumieć każdy, kto uważa siebie za obywatela. Chronologicznie, są to: katastrofa „posmoleńska”, afera taśmowa i ostatni wyskok Sikorskiego („Radekgate”).
Te trzy, z pozoru różne i niekoniecznie powiązane sprawy są kluczowe dla wypadków w Polsce, ponieważ mają jeden wspólny mianownik: uderzają w fundamentalną funkcję, dla jakiej istnieje państwo- zapewnienie bezpieczeństwa.
Katastrofa posmoleńska
Katastrofa Smoleńska była traumą dla całego narodu. Można by powiedzieć, że już wtedy każdy odpowiedzialny premier  podałby rząd do dymisji w sytuacji, w której zawodzą wszelkie procedury, za które ów rząd był odpowiedzialny, w wyniku czego w katastrofie lotniczej ginie prezydent i 95 przedstawicieli elit, wśród nich najwyżsi rangą wojskowi, politycy i urzędnicy. Ale z tego oskarżenia Tuska łatwo można wybronić. Wtedy wszystko wskazywało przecież na katastrofę spowodowaną mgłą, błędy pilotów, potencjalną presję, wywieranie której przypisywano Lechowi Kaczyńskiemu. Jednak wydarzenia, które miały miejsce później, proces wyjaśniania przyczyn katastrofy, określany przez prawicowych komentatorów politycznych „katastrofą posmoleńską”, to już nie była trauma, to było upokorzenie.
Niewyjaśniona do tej pory zgoda na badanie katastrofy na podstawie oddającej śledztwo Rosjanom konwencji chicagowskiej, brak wraku, oryginałów czarnych skrzynek, kłamstwa obecnej premier Kopacz o „ziemi przekopanej na metr w głąb” i udziale polskich patomorfologów w sekcjach zwłok, mylenie ciał, rosyjskie wymysły o pijanym gen. Błasiku w kokpicie, kilka mocno podejrzanych samobójstw, a w końcu szalejące „z niewyjaśnionych przyczyn” wskaźniki TNT. Wszystko to razem sprowadza się do jednego, pewnego wniosku: nawet, jeżeli to nie był zamach, to Putin nam wszystkim pokazał, że mógł go zrobić i, że nawet, jak go zrobił, to my nie możemy nic. Rząd, który podchodzi do takiej sytuacji z dezynwolturą godną zaśpiewu „Polacy, nic się nie stało”, jak mantrę powtarzając, że wszystko zostało wyjaśnione, jasno komunikuje społeczeństwu, że nie jest w stanie utrzymać w narodzie jako takiego komfortu bezpieczeństwa i, że kwestię tego bezpieczeństwa po prostu lekceważy.  
Afera taśmowa
Afera taśmowa odsłoniła tak zwane kulisy władzy, obnażyła nikczemności i polityczne kombinatorstwo na granicy prawa. W tym sensie nie była szczególnie różna od innych dużych afer III RP, z wyjątkiem faktu, że mieliśmy możliwość obcowania z podsłuchami, więc żałośnie niskiego poziomu intelektualno-moralnego jej uczestników nie dało się przykryć. W kraju demokratycznie dojrzałym zakończyłaby się pewnie pogonieniem odpowiadającej za nią formacji na cztery wiatry, u nas jednak front medialny, wspierający zagadującego konferencje prasowe Tuska, zdołał rozmyć istotę niekonstytucyjnego układu Belki z Sienkiewiczem tak, że przeciętny widz wieczornych programów informacyjnych miał pełne prawo rozumieć z tej afery dokładnie zero.
Jednak afera taśmowa miała jeszcze jedną, wydaje się, że pomijaną, mimo swojej ogromnej wagi, istotę. Mieliśmy bowiem do czynienia z sytuacją, w której ktoś, nie wiadomo kto, nagrał kogoś, nie wiadomo kogo, mówiącego coś, nie wiadomo co. Dochodziły do opinii publicznej przecieki o możliwych uczestnikach podejrzanych rozmów, panowało jednak ogólne przekonanie, że jest to kolejny element załatwiania jakichś „dealów” na szczytach władzy. I co? I nic. Akceptowaliśmy fakt, że praktycznie każdy minister, nie wyłączając premiera, mógł być szantażowany, czyli, że cały rząd mógł być potencjalnie zmuszany do działania wbrew polskiej racji stanu. W kraju demokratycznie dojrzałym już cień podejrzenia, że ważny polityk może być sterowany w prywatnym interesie jakichś podejrzanych typów, skutkowałby usunięciem delikwenta bez oglądania się na kwestię winy czy niewinności tylko i wyłącznie z uwagi na możliwość wymuszania na nim decyzji. U nas rząd trwał. Ludzie mieli prawo nie rozumieć mechanizmów emitowania obligacji, nie mieli jednak prawa nie widzieć, że brak dymisji rządu w kontekście afery taśmowej czynił kwestię bezpieczeństwa państwa iluzoryczną.   
„Radekgate”
Na tym tle wyskok Sikorskiego z deklaracją, że Putin proponował nam rozbiór Ukrainy, stanowi dopełnienie ogólnego obrazu beznadziei. Oto marszałek sejmu może otwartym tekstem przyznać, że cała nasza polityka wschodnia była rozkosznie prowadzona w kierunku sprzecznym, niż wymagała tego sprawa narodowego bezpieczeństwa, rozumianego w kontekście Rosji Putina całkiem dosłownie, jako brak okupacyjnej armii w Warszawie. No bo jak inaczej można zsyntetyzować gadanie Sikorskiego? Skoro Putin mówił o rozbiorze, to się trzeba było zbroić, alarmować sojuszników, działać. I pod żadnym pozorem nie oddawać śledztwa smoleńskiego. Zamiast politycznego wstrząsu mamy za to w III RP marszałka, który wychodzi na konferencję i mówi, że zapomniał czegoś, co nie miało miejsca. Po kilku dniach Donald Tusk majestatycznie materializuje się na fotelu zachwyconego Żakowskiego w TOK FM, zamykając sprawę, bo przecież marszałek wyjaśnił już, co trzeba. Jak to się w internetach pisze, EOT.
Umysłowość leminga
PO ma 30%, PIS mniej więcej tyle samo. Można wytykać PIS-owi wiele błędów, punktujących przyczyny, dla których im „nie rośnie”. Nie można jednak nie zauważyć, że w tym samym czasie Platformie nie spada. A to oznacza, że jest wciąż ogromna rzesza wyborców, którzy albo nie potrafią, albo nie chcą reagować, kiedy bezpieczeństwo państwa, a więc także ich, tego państwa obywateli, rozkłada się w postępie geometrycznym.
Głębsza, psychologiczna przyczyna, dla której lemingi pozwalają Platformie ciągnąć kraj w przepaść i która jednocześnie sprawia, że tak łatwo jest trafić mediom głównego nurtu ze swoją „wizją świata”, wynikać może z fundamentu, na jakim ulokowane zostało poparcie dla PO. Fundamentem tym jest opisywany wielokrotnie „przemysł pogardy”, czyli zmasowana kampania negatywna, której celem było zohydzenie braci Kaczyńskich nie na poziomie polityczno-intelektualnym, ale czysto ludzkim. Że mali, że parskają, że seplenią, że Borubar, że kartofle, że obciach, że Lech alkoholik, że z matką, że z kotem, że zakompleksieni, że pierwsza dama brzydka, że zawistni, mściwi i ponurzy. Wiadomo, że żaden pozytywny przekaz nigdy nie zadziała tak silnie, jak propaganda negatywna, a trzeba przyznać, że braciom Kaczyńskim zafundowano ją w wymiarze totalnym. Jednak człowiek, który się takiej kampanii podda, podpisuje cyrograf z własnym sumieniem, polegający na tym, że, gdyby chciał się z nienawidzenia Kaczyńskich wycofać, musiałby przed samym sobą przyznać, że dał się zmanipulować, a jego obsesyjna niechęć wcale nie wynika z nieprzeciętnego poziomu intelektualnego, jaki reprezentuje jako mieszkaniec miasteczka Wilanów. I, że prawda może wyglądać zupełnie inaczej, że może okazać się, że to on, elita tego kraju, jest idiotą. Na tak odważną autorefleksję, nawet w obliczu nieodpartych argumentów, stać niewielu. Dlatego wyborca o umysłowości leminga łyknie każdy pretekst, żeby móc chociaż jeszcze jeden raz zagłosować na Platformę i zmierzać w przepaść dalej. Nawet, jeżeli ten pretekst jest tak niestrawny, jak Ewa Kopacz.
Wykop Skomentuj58
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale