0 obserwujących
5 notek
2110 odsłon
  1353   1

Zlikwidować „prawo (do) jazdy”

Wydaje się, że są sprawy ważniejsze niż zajmowanie się pomysłem likwidacji „prawa (do) jazdy”. Ale w rzeczywistości właśnie przykład problemu „prawa (do) jazdy” pokazuje, na jakim fundamencie budowana jest rzeczywistość, w której żyjemy.

Jeśli ktoś sądzi, że powrót Myszki Miki i Psa Pluto do polskiej polityki jest ważniejszy, albo że wybory RPO to sprawa życia i śmierci, to się myli (a tak przy okazji: fakt że potrzebne jest istnienie instytucji rzecznika praw obywatelskich, rzecznika małych i średnich przedsiębiorców, konsumentów, etc. oznacza, że „wymiar sprawiedliwości” rzeczywiście nie działa).

„Prawo (do) jazdy”, „prawo do zgromadzeń”, „prawo do wyrażania opinii”, i wile, wiele innych. Dzięki jakiemuś certyfikatowi uzyskujemy dodatkowe „prawa”, zakres „wolności” się zwiększa. Oznacza to de facto, że bez takich glejtów nie możemy korzystać z pełni „praw”, nie korzystamy z wolności, bo jest ona reglamentowana. A skoro jest reglamentowana, to jej nie ma. Bo wolność „do” nie jest wolnością.

Co to jest „prawo (do) jazdy”? Jest to dokument potwierdzający, że jego posiadacz zdał egzamin teoretyczny i praktyczny, zapłacił kasę i może poruszać się po drogach jakimś rodzajem pojazdu mechanicznego. Hm… Ale czy osoba, która właśnie odebrała „prawo (do) jazdy” potrafi bezpiecznie poruszać się po drogach? Statystyki pokazują, że im krótszy staż „za kółkiem” tym większe prawdopodobieństwo spowodowania wypadku. Potrzeba lat i tysięcy przejechanych kilometrów by móc powiedzieć, że się ma jakie takie doświadczenie i raczej potrafi się jeździć. Trzeba nawinąć kilometry w dzień i w nocy, latem i zimą, na suchej, mokrej i śliskiej nawierzchni, w mieście i na trasie. Doświadczenie i umiejętności przychodzą z czasem.

A co będzie, gdy posiadacz jakiejś kategorii „prawa (do) jazdy” zapragnie zdobyć „prawo (do) jazdy” kolejnej kategorii? Oczywiście, musi zdać egzaminy: teoretyczny i praktyczny. A co się stanie, jeśli nie zda „teorii”? Nic! Nie zdał egzaminu teoretycznego i już. Nie będzie więc jeździł wymarzonym motocyklem, albo ciężarówką, ale swoim dwudziestoletnim Będziesz-Miał-Wydatki wciąż może śmigać. Choć właśnie okazało się, że nie zna przepisów, to nikt nie może mu nic zrobić. „Prawa nabyte”…

Chore, totalny idiotyzm – albo należy zrezygnować z egzaminu teoretycznego dla osób, które już posiadają „prawo (do) jazdy” jakiejś kategorii, albo odbierać „prawo (do) jazdy”, jeśli ktoś nie zdał owego egzaminu.

I tu dochodzimy do sedna:

„PRAWO (DO) JAZDY” NALEŻY ZLIKWIDOWAĆ!

Ok, wiem, to może niektórych szokować – zlikwidować „prawo (do) jazdy”? Posłużmy się – sądzę, że uprawnioną - analogią z prawa wyborczego. Otóż…

Otóż każdy kto ukończył określoną liczbę lat uzyskuje („z automatu”) czynne oraz bierne prawo wyborcze. Tylko sprawcy niektórych przestępstw muszą się liczyć z tym, że oprócz czasowej izolacji na koszt podatników, utracą również część swoich praw wyborczych. A chyba każdy przyzna, że skutki durnowatego wyboru posła/ senatora są zdecydowanie poważniejsze niż spowodowania wypadku z ofiarami śmiertelnymi. Przecież nawet największa katastrofa w ruchu lądowym to pikuś przy szalejącej inflacji, bankructwie państwa, zaoranej służbie zdrowia, niewydolnym i skorumpowanym wymiarze sprawiedliwości, nieistnieniu armii. A takie bywają skutki durnowatych wyborów dokonywanych przez obywateli. Przykładów znajdzie się sporo, daleko (np. Argentyna, Wenezuela) i blisko (Polska).

Czy istnieje jakikolwiek egzamin, który należy zdać by poprzez kartę wyborczą decydować o polityce zagranicznej, stopach procentowych, wymiarze sprawiedliwości, obronności? Bo przecież o tym właśnie decydują wybrańcy obywateli wybierając rząd i najważniejszych urzędników w państwie.

Nie, oczywiście nie istnieje żaden egzamin, który należy zdać by posiąść „prawo do wybierania”. Oraz - nie, nikt nie postuluje, by ludzi sprawdzać na okoliczność „obywatelskości”.

Jakiś czas temu (było to dość dawno) znalazłem informację:

W Paryżu wybrano taksówkarza roku. Okazało się, że wożący ludzi przez kilkadziesiąt lat taksówkarz… nigdy nie miał prawa jazdy!

Można? Można!

Problemem nie jest posiadanie jakiegoś „certyfikatu”, ale umiejętność korzystania z praw (inaczej – z wolności). A więc i tak jak w przypadku niektórych przestępców, którym odbiera się prawa wyborcze, tak samo spowodowanie tragicznego zdarzenia drogowego powinno skutkować odebraniem „prawa” do poruszania się po drogach. Również rowerem.

Przypominam – człowiek bez prawa jazdy może wsiąść na rower i spokojnie śmigać po prawie wszystkich drogach. Nikt nie sprawdzi, czy zna reguły.

Ja wiem – mrzonką jest oczekiwanie, że będzie normalnie, ale… Kropla drąży skałę i może kiedyś zdarzy się, że większość zacznie myśleć jak ludzie WOLNI.


Lubię to! Skomentuj33 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka