127 obserwujących
809 notek
854k odsłony
  878   0

10.04.2011 WARSZAWA, KRAKÓW – PAMIĘĆ I OBURZENIE

W Portugalii wyszło na ulice kilkaset tysięcy ludzi, w Hiszpanii dziesiątki tysięcy studentów. Wcześniej wrzało w Anglii. Nasi rządzący boją się 10 kwietnia. Ludowa mądrość mówi, że boi się ten, kto ma coś za kołnierzem. Przecież prawdziwa cnota, krytyk się nie boi, czy to wykrzyczanych, czy wypisanych na transparentach. Hodowany w cieplarni. wychuchany rząd zdaje się udawać, że nie wie, iż w całym świecie demokratycznym istnieje coś takiego jak manifestacje antyrządowe. Ilu nas będzie w Warszawie 10.04.2011? Ilu by nie było, media podadzą liczbę podzieloną przez 10, tak jak to było podczas wizyt Jana Pawła II... 

W 1980r. Polaków ożywiała wewnętrzna siła i żądanie prawdy. Po „Tygodnik Solidarność” przed kioskami ustawiały się kolejki dłuższe niż za chlebem. Nie samym chlebem człowiek żyje... Dziś, 31 lat później, ówczesny redaktor naczelny Tygodnika Solidarność Tadeusz Mazowiecki, takich samych Polaków, tzn. ożywianych tym samym duchem – duchem niezgody na fałsz, kłamstwo, pozór i poniżenie – nazywa rokoszanami, elementem antyustrojowym. Wtedy mówiono, że Solidarnośc nie miała prawa powstać – a powstała. Jak już powstała – siłą faktów dokonanych – to mówiono, że nie ma prawa istnieć, a istniała (od sierpnia 80 do grudnia 81). Wówczas kres temu przebudzeniu społeczeństwa obywatelskiego położyły warunki, tzn.zlikwidowanie demokracji przez WRON. Dzisiaj mamy – w jak zdewastowanym stanie by nie były – mechanizmy demokratyczne. Tylko już od dawna nie ma w nich żadnych treści. I z tego to właśnie, na poły intuicyjnego rozpoznania, zrodziło się rok temu pojęcie SOLIDARNI 2010. Ta atrapa demokracji w której się poruszamy, aż prosi się, by ją wypełnić autentyczną treścią. Czym jest ta treść? Niczym wymyślnym... Rewolty, przewroty, bunty nie upominają się o jakieś wyszukane rzeczy, przeciwnie, ożywia je żądanie przywrócenia najoczywistszych reguł, praw i prawd o których w swej głupocie, ślepocie lub pazerności zapomnieli rządzący – kiedyś powiedziałoby się – rządzący z Bożego nadania, teraz można powiedzieć tylko – z woli ludu. Wolę ludu jednak łatwo oszukać, zwieść, uformować i wyprodukować. I wtedy można już na dobre przestać się z nią liczyć. Oczywiście tylko do czasu, ale o tymczasowości wszelkiego chapania, każdy pazerny zapomina... Wracając do tej treści z której opróżniono mechanizmy demokratyczne, najlepiej byłoby ją nazwać jakoś najprościej. Jest to najzwyklejsza chęć bycia traktowanym w swoim własnym domu, mieście i kraju - z atencją i poszanowaniem godności przez (wynajętych przez naród) tymczasowo zarządzających stróżów nocnych. Tylko tyle i aż tyle. 

„Polskie społeczeństwo nie stanie się nigdy gwarantem własności nabytej przez partyjnych urzędników w drodze rozszerzenia przywilejów i zalegalizowanej kradzieży. Gwarantem tak nabytej własności może być tylko rozbudowana policja i autorytarny lub oligarchiczny system rządzenia.”Tak pisał A.Gwiazda w 1989r. Jedni widzą konieczny obrót spraw już wtedy, gdy się one rodzą. Inni otwierają oczy po wielu latach a jeszcze inni nigdy... 

Godność i uczciwość są jak...matrioszki. Kryje się w nich wiele innych pojęć i wymogów – szacunek, wysłuchiwanie, nie posługiwanie się kłamstwem, poczucie odpowiedzialności (tej prawdziwej, a nie matrixowej czyli „politycznej”), wyobraźnia, wysiłek, skromność, pracowitość. Tylko tyle i aż tyle. Wymaganie by ci utrzymywani przez nas urzędnicy mieli na celu i pieczy dobro tych wszystkich domów – nie tylko tych z arkadami i basenami ale i tych czynszowych i socjalnych - i ich mieszkańców. Ba, nie tylko by pamiętali o każdym z tych domów i w każdej skali, ale by ich dobra bronili jak...niepodległości. Ale oni są sprytni i by zbyt nie zakłócać sobie wygodnej funkcji rodzielnictwa przywilejów dodatkowymi obowiązkami dbałości o...siłę i miejsce własnej ojczyzny wśród innych narodów, siłę zarówno duchową, intelektualną jak i materialną, więc by nie zajmować się tym, co jest bardzo męczące i czego zresztą raczej nie potrafią – kryją się za twierdzeniem, że...państwa narodowe znikną niedługo, że to przeżytek, że roztopią się i rozpłyną we większych wspólnotach. Owszem, rozpłynąć to się rozpłyną, ale nie państwa narodowe, tylko ci nieudaczni blagierzy wraz z kasą po tym, jak lud odwoła ich kartką wyborczą lub masowością wystąpień. Oczywiście pas transmisyjno-produkcyjny rządzących, czyli media, czyli podwarstwa społeczna „franków” (to od kredytów we frankach szwajcarskich) kupuje tę baśń o rozpływaniu się państw narodowych i sprzedaje nam ją przez ekrany LCD i głośniki HiFi. A tymczasem mądrzejsze wspólnoty innych krajów zdobywają kolejne przyczółki w nieustępliwej i twardej walce o pomyślność swoich społeczeństw. Jeśli coś jest tu naiwnym mesjanizmem, to na pewno nie głos Polaków, dopominających się od rządzących walki o rangę i pozycję Polski lecz jest takim mesjanizmem wiara w to, że w Monachium, Moskwie czy Brukseli ktokolwiek kiwnie palcem by wzmocnić nas względem nich. 

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale