121 obserwujących
636 notek
735k odsłon
260 odsłon

Żeby wszyscy!

Wykop Skomentuj2

image

WSTĘP 

    Istnieje starodawna przypowieść chińska pod tytułem „Dziadek Głupi przesunął góry”. Przypowieść ta opowiada o staruszku imieniem Dziadek Głupi z Północnych Gór, który żył w zamierzchłych czasach na północy Chin. Drogę z jego domu na południe przegradzały dwie duże góry — Tai-hangszan i Wangwuszan. Dziadek Głupi wraz ze swymi synami postanowił znieść te góry motykami. Inny starzec, imieniem Mądry Starzec wyśmiał ich i rzekł: „Co za głupota! Nigdy nie zdołacie zlikwidować dwóch tak dużych gór!” Dziadek Głupi mu odpowiedział: „Ja umrę — pozostaną moje dzieci, dzieci umrą — pozostaną wnuki, i tak bez końca będą następowały po sobie pokolenia za pokoleniami. Góry te są wysokie, lecz już nie mogą stać się wyższe; ile zetniemy, o tyle się one zmniejszą; czemuż to nie mielibyśmy ich znieść?” Dziadek Głupi obalił tymi słowy błędny argument Mądrego Starca i bez cienia wahania zaczął dzień po dniu ryć góry. Bóg wzruszył się tym i zesłał na ziemię dwóch swoich świętych, którzy te góry zabrali. A tym bogiem byli nasi obywatele. Ci z nich, którzy bardzo chcieli zacząć samodzielnie patrzeć, widzieć i myśleć.

Jeśli to się nie stanie, to losem Polski będzie powtarzająca się w nieskończoność scena z "Psiego serca" Bułhakowa, gdy to siedzący przy stole osobniik Szarikow podnosi się z kieliszkiem w ręku i wznosi toast: ŻEBY WSZYSCY!!!


GDZIE JESTEŚMY?

PORZUCONE DZIECI WE MGLE I RYCERZE BEZ ZBROI

W jakiej sytuacji znajdujemy się dzisiaj, my, państwo polskie, czy też elity wybrane przez nas lub samomianowane? Mówiąc potocznie: w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Każdy, kto przyczynia się do zakrywania faktycznego stanu rzeczy, lub tworzenia atrap zdrowia stanu państwa, jest tak samo winny, jak ci, którzy go celowo pogarszają w imię własnych interesów. Obronić się nawet daje teza, iż działania pozorujące są gorsze, gdyż tworzą ciągły stan halucynogenny trwale blokujący możliwość ujrzenia upadku od której przecież dopiero rozpocząć się może z niego podnoszenie.

Jako wspólnota, jako naród i państwo jesteśmy osieroceni, porzuceni, pozostawieni samym sobie przez naszych niemocnych koryfeuszy przez nas wybieranych. Od czasu do czasu słyszymy wprawdzie buńczuczne zapowiedzi o obronie Europy, relatynizacji, rechrystianizacji, ale są to slogany w dodatku często nawet na poziomie wiecowych wytycznych już fatalnie i błędnie sformułowane. Prezydent i premier kilka razy uraczyli nas wglądem w stan swojej świadomości mówiąc, że chodzi o powrót do korzeni Zachodu, korzeni konstytuujących Europę. Powtarzali slogan o troistym źródle Europy, jakim są grecka filozofia, rzymskie prawo i korzenie judeochrześcijańskie.

Dla każdej osoby myślącej oczywiste jest, że zwrot judeochrześcijańskie jest fałszywy, wyprowadzający maluczkich na manowce, wynikający z nadgorliwości partyjnej (przywódca partii w swym głównym, programowym dziele używał go dając upust swoim fascynacjom a zarazem i idiosynkrazjom). I nawet nie o „judeochrześcijaństwo”, o ten fałsz środowiskowy, lobbistyczny i dynastyczny mi chodzi, bo by go zneutralizować niewiele trzeba wysiłku. Zainteresowanie moje przykuwa drugi człon owego hasła: filozofia grecka. Dlaczego? Ano dlatego, iż w jej kręgu zrodziła się idea i pojęcie demokracji oraz w zasadzie cały korpus pozostałych pojęciowych narzędzi składających się na – nieobecną dzisiaj w Polsce – mądrą, odpowiedzialną i przyszłościową myśl polityczną.

Tak jak o Platonie w dziedzinie filozofii (nauce o pierwszych zasadach rzeczywistości, gnoseologii, psychologii) mówi się, że cała jej późniejsza historia jest jedynie dodaniem paru przypisów do niego, także samo jest z Arystotelesa kontynuacją Platona. Abstrahując od jego odkryć w innych dziedzinach, które nas tu nie zajmują, w samych tylko naukach politycznych, nauce o społeczeństwie i ustrojach społecznych oraz w ściśle, strukturalnie łączącej się z nimi etyce – jego dorobek jest tak przełomowy, że podobnie do dorobku Platona, dzisiejsi kontynuatorzy pracy na polu tych dziedzin korygują jedynie i poszerzają kanon ustaleń ponadczasowego geniusza ze Stagiry. Nie wszystkie jego dzieła się zachowały, z tych zachowanych nie wszystkie w stanie nieuszkodzonym, a w tych z kolei nie zawsze dla naszego obecnego aparatu pojęciowego wszystko jest jasne i zrozumiałe. XIX-wieczna praca myślowa niemieckiej filologii i hermeneutyki jednak lwią część dorobku tych geniuszów ludzkości wyeksplikowała z różnych niejednoznaczności. Niestety, skarb odzyskany, w początkach XX w. ponownie zaczął być zatapiany w morzu tendencyjnych „interpretacji” i środowiskowej felietonistyki pisanej górnolotnym stylem działającej na czytelnika przemocowo. Nie bez znaczenia był tu wpływ ruchów umysłowych skłaniających się ku socjalizmowi, materialistycznemu ujmowaniu rzeczywistości i dziejów. 

Sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła po II wojnie. Różnoracy uzurpatorzy na terenie filozofii i publicystyki kierujący się – zanim jeszcze Derrida ją ogłosił – zasadą, iż interpretacja jest wszystkim zaczęli perwersję interpretacyjną, często mniej lub bardziej jawnie inspirowaną neomarksizmem pochodnym od szkoły frankfurckiej. Znany z przełomu wieków materializm począł występować w masce humanitaryzmu (humanizmu) i opanowywać humanistyczne katedry uczelni najpierw Ameryki, później Europy. W przeszłości, gdy utrudniony był dostęp do źródłowych tekstów lub ich rozumienia zawsze pomocą przychodzili doksografowie greccy, Stobajos czy też bizantyjska Liber Suda. Gdy zaczęła się era oświeceniowych encyklopedystów, nauka, czy też wężej humanistyka, wyraźnie już zaczęła odgrywać wystawne i przekonujące (przekonujące w gorgiaszowym sensie przymuszającej, retorystycznej i sofistycznej mowy, przemowy zakrywającej sens i grającej na sympatiach i uczuciach słuchacza) przedstawienia w szatach takich a nie innych frakcji politycznych. Taka była cena za wtargnięcie stanów niższych, parających się handlem na teren boskiej Sofii. I od tej pory lepiej już nie było. Swoje zrobiło też wolnomularstwo.

Autorzy z tej sekty zwalczającej wszystkie inne sekty w imię życia publicznego bez sekciarstwa (copyright: Paul Hazard) wdarli się na miejsca zajmowane wcześniej bądź przez przedstawicieli wyższych stanów, bądź przez umysły będące w stanie zdobyć ogląd rzeczywistości apolityczny, apopulistyczny i pracować w dyscyplinie umysłowej wykluczającej tworzenie teorii dla uzasadnienia interesów własnych lub wspieranej koterii. Rewolucja intelektualna poprzedzała rewolucję francuską, lecz była to niestety rewolucja intelektualnych plebejuszów. Skutek tego jest taki, że dzisiaj chcąc docierać do korzeni obowiązujących dogmatów, przekonań, przesądów i idoli sciencji każdej - zaczynać musimy od zachwaszczonych tendencyjnym definiowaniem lub rozpuszczajacą wszelki sens nowomową encyklopedii, z których, żeby przybliżyć się do prawdy musimy wybierać minimum z dziesięć różnych tomiszcz i porównywać je ze sobą poszukując zagubionych ziaren jasnych i głębokich wglądów w istotę spraw ludzkich, które to wglądy chciała nam przekazać starożytność.

Wkładamy sobie w usta słowa prawo, filozofia, Rzym, Grecja, chrześcijaństwo, demokracja, polityka, lud, dobro, równość, wolność, tolerancja – obiecujemy na wiecach, że będziemy je wcielać, podług nich kształtować państwa i żywoty tych, którzy nas wybrali, a – Bogiem a prawdą – pojęcia nie mamy, co się kryje za tymi słowami użytecznymi dla zdobycia władzy i wywierania wrażenia na tłumach. Definiujemy je w zależności od potrzeb wiecowych i sondażowych. Pojęcia przelewają się jak ciało meduzy a o zwartych systemach pojęciowych nie ma nawet co marzyć.

Może nawet lepiej, gdy „pojęcia nie mamy” co znaczy to, co wypowiadamy. Gorzej jest, gdy mamy zakorzenione w swoich procesach myślowych rozumienie błędne, wypaczone, wykoślawione i fałszywe. Wtedy droga do istoty rzeczy jest dłuższa, a czasem i niemożliwa wcale, bo siła nawyków, baconowskich idoli rynku oraz psychologiczna atrakcyjność pojęć usprawiedliwiających nasze niemożności, obsesje, manie lub naszą małość – bywa przemożna. Dlatego najczęściej – w ścisłej kooperacji ze zdeprawowaną, błądzącą lub zagubioną nauką – pojęcia, wzniosłe słowa, niegdyś pełne treści, mocy i siły inspiratywnej, słowa, które powstały w wyniku pracy pokoleń – używamy jedynie w roli oręża swych prywatnych wojen. Profanując godność słowa, sensu i trwałego znaczenia.


NIEWIEDZA, POTOCZNE OPINIE, OGRANICZENIA CHARAKTEROLOGICZNE I GORSET IDEOLOGICZNY – GŁÓWNE ŹRÓDŁA NIEPRODUKTYWNOŚCI I ZGORSZENIA, JAKIE SIEJE DZISIEJSZA DEBATA POLITYCZNA

Cała przestrzeń publiczna, media, prasa i internet wypełniona jest pozorem rozmowy, pozorem dialogu, pozorem pracy myślowej. Siadają przy jednym stole dwie strony tej debaty i ten stół jest jedyną rzeczą, która ich łączy oraz język polski. Na głębszym poziomie mamy tu jednak dwa języki odrębne. Mogłoby się wydawać, że obserwujemy usiłowanie rozmowy Prawdy z Przebiegłością, rzetelności z przebiegłością, rozjaśniania z zaciemnianiem. Ale to złudzenie. Nawet zakładając, że jedna ze stron jest w posiadaniu prawdy, to nieudolna obrona prawdy w najlepszym wypadku działa tak samo jak nieudolny lub milczący obrońca w procesie sądowym, a w najczęstszych przypadkach skutkuje osłabieniem, rozmyciem i podważeniem samego istnienia prawdy, co skutkuje zgorszeniem społecznym tych, którzy to obserwują. Połowiczność oraz nieumiejętność rozróżnienia przyczyn od skutków w sferze pryncypiów jest najgorszym grzechem. Taka połowiczność „ubogacona” pewnymi partyjnymi tabu treściowymi daje w rezultacie j ę k.

Ktoś widzi, lub udaje, że widzi destrukcję i zło określonych działań inicjowanych przez apaństwowy plebs i gdy dostaje głos wie, że musi zgodnie z obraną przez partię linią programową – zaoponować, ale pojęcia nie ma, jak się do tego zabrać. Efektem tego jest jęk słowny i wielomowny. Zgorszenie publiczności murowane, gdyż widzi ona rwących się do bitwy z gołym przyrodzeniem, bez broni – po chwili oddających całe pole walki dzikim najeźdźcom jakiejś obcej, nieznanej kultury. Widz czuje się gorzej, niż przed debatą. Gorzej, niż wtedy, gdy w ogóle by się nie wzburzał i nie interesował całym tym pozornym sporem.

Trudno o większy i bardziej skuteczny rozkład zdolności racjonalnych w społeczeństwie, niż raczenie go nie kończącymi się codziennymi debatami, w których bezradnie jęczący przekrzykuje się z sofistą. Traci na tym prawda, która sobie gdzieś egzystuje poza sceną, poza ekranem, ale nieudolnie powoływana do istnienia w oczach widza – umiera. Traci na tym też państwo, dobro państwa, gdyż z powodu braku diagnozy nie rodzi się jakikolwiek projekt zapobieżenia postępującej dewastacji wspólnego dobra jakim jest sprawne i mocne państwo. Wszystko jest tak zorganizowane, by nie zrodziło się pytanie, kto jest odpowiedzialny za rozsiewanie tej ogólnospołecznej niemocy. Kurtyna zapada zanim ktokolwiek zapyta o to, kto jest winny temu, że sprawy odbudowy państwa biorą w swoje ręce ci, którzy nie chcą, nie mogą i mają zakazane faktycznie zacząć je realizować. Czasem ci imposybilni i nieudolni zdążą na koniec krzyknąć, że cała wina jest po stronie tych drugich, tych dewastatorów, p o n i e w a ż   nie pozwalają na to. To tak jakby lekarz przyszedłszy do chorego usiadł przy łóżku, spojrzał na niego, pobiadolił, pokiwał głową, wstał i mówiąc na pożegnanie, że winna jest choroba – wyszedł do domu spiesząc się na obiad.

Nawet gdyby ci pozorujący w debacie, że posiadają prawdę – posiadali ją, to gdy to posiadanie będzie na poziomie zbyt ogólnym („ogólnikowym”) i gdy będzie uniemożliwione lub zablokowane przez ich osobowe cechy charakterologiczne (ustrojowe), to do realizacji słusznych poglądów nigdy nie dojdzie. Deklaratywny poziom ogólnikowy w zagadnieniach państwowych pozbawiony znajomości sztuki oraz metodologii zamienia rządzenie w wygłaszanie budujących, życzeniowych felietonów i frazesów. Niezdolność do poradzenia sobie ze środowiskami antypaństwowymi zamienia się zaś w nawoływanie do zgody i jedności w przerwach między pseudopojęciową i słowną przepychanką, co może indukować u bardzo licznych członków zdezorientowanego społeczeństwa tendencje do utraty spójności i granic osobowości, transytywizmu oraz kierować wyższe funkcje myślowe w stronę myślenia pierwotnego. Chora na niemoc i na ambiwalencje władza patologizuje naród. Likwiduje właśnie te cechy osobowości, których państwo najbardziej potrzebuje w momencie odradzania się. Z tego punktu widzenia nie ma gorszej okupacji i zaborów niż te, które może zgotować swoim obywatelom błądząca władza obdarzona zaufaniem i blokująca zaistnienie i pojawienie się środowisk faktycznie propaństwowych. Nie zrobią ci tego obcy, co mogą ci zrobić swoi. Niektórzy ujmują to inaczej i twierdzą, że to, jak ktoś działa mówi o tym, czy należy do obcych, czy do swoich.

Ci, którzy sprawują władzę odpowiedzialni są nie tylko za stan i poziom świadomości społecznej. Według najtęższych myślicieli oni są – poza prymarnym i oczywistym doskonaleniem państwa - odpowiedzialni także za doskonalenie tych obywateli. Dlatego wina władzy gorszącej tych, których dano jej pod pieczę spektaklami niemożności i rejterady – jest niezmierzona. W zasadzie trudno sobie w stanie pokoju, nie wojny, wyobrazić gorsze władanie. Jest to tylko stopień niżej od zdrady interesów wspólnoty, ale – bądź co bądź - niebezpiecznie blisko. A może należy przestać się dziwić temu stanowi rzeczy? Może nasze wzburzenie jest w stanie umniejszyć zwykła logika? Bo przecież – zgodnie z nią – jakże może budować demokrację ktoś, kto nie wie, na czym ona polega i tworzyć zdrowe i silne państwo, jeśli nie wie, na jakich zasadach ma się ono opierać ani jaka jest struktura jego – by tak rzec – podzespołów oraz jakie zabiegi uzdrowicielskie i w jaki sposób, jakimi metodami należy przedsięwziąć? Jednym słowem: brak lub fałszywość idei i definicji wspólnoty państwowej, dobra państwa, zagrożeń skrytych w samym centrum demokracji oraz tego, na czym polega wolność, sprawiedliwość i równość – by poprzestać na „niezbędniku” kompetentnego i chcącego wcielać w życie swoje kompetencje demokratycznego władcy – uniemożliwia jakąkolwiek skuteczną pracę państwową. I wtedy cała przyszłość państwa i narodu leży w rękach tych, którzy to widzą i wyciągają z tego rozeznania konsekwencje dla szybszej realizacji swoich, prywatnych interesów. Trudniej jest zrzucić z aktorów kostium, niż przepędzić ze sceny rabusiów.

Stojący na czele państwa zaprowadzają lub podtrzymują w nim bałagan i powolny rozkład według jednego i tylko jednego powodu, jakim jest ich wewnętrzny bałagan. Tak mówi w swej ponadczasowej mądrości Arystoteles. Nawet gdyby posiadali właściwe pojęcia rzeczy, spraw i działań, których wymaga państwo – ich wewnętrzne polis, ich wewnętrzny ustrój uniemożliwiałby powodzenie ich zamierzeń kierujących i odbudowujących zewnętrzne polis, zewnętrzny ustrój. Nie jest ważne co kto głosi, jakie idee wyznaje, bo w wielości, którą jest charakter i los danego człowieka są przemożne przyczyny, które najwznioślejszą ideę przemieniają w jej przeciwieństwo. A czego dopiero możemy się spodziewać, gdy i charakter wypaczający każdą ideę i idee, które „bierze na warsztat” są zdeformowane oraz sprzeczne w sobie? Tym bardziej więc przestrzeń publiczna potrzebuje naświetlenia właściwego sensu idei, które niewłaściwie rozumiane przez niewłaściwych ludzi sterują państwową nawą. Odrębnym przypadkiem jest ten, gdy zachodzi nie to, że władza w sposób niezamierzony, z powodu ignorancji posiada zdeformowane i wypaczone pojęcia, lecz że posiada pojęcia fałszywe, ujęte w zwarty system fałszu i broni go przed jakąkolwiek weryfikacją traktując jako prawdy objawione. W każdym jednak wypadku – nawet tym najtrudniejszym do terapii - naświetlenie i uporządkowanie pojęć pierwotnych jest niezbędne.

image

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale