Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
14 obserwujących
40 notek
65k odsłon
  259   2

Dziura po Imperium czyli Ruscy wymierają - cz. II

Kosów Huculski, 2000. Fot YanH
Kosów Huculski, 2000. Fot YanH
1999/2000 - na przełomie złego i dobrego wieku

I bywają czasem straszne … Dziury, dziury a dla mocnych wrażeń, dla odmiany - dziury. Większość dróg to jedna wielka dziura, zakamuflowana i ukryta przed ciekawskim wzrokiem przez zużyty asfalt. Dziury są dosłownie wszędzie – czy to jest krajowa, czy lokalna czy też międzynarodowa – imię jej brzmi: dziura. Są niegroźne, są też i śmiertelne. W te ostatnie, zwłaszcza na prowincji, wtyka się cokolwiek, co wystaje i ostrzega innych : raz samotny patyk, gałąź z liśćmi, miotłę, czasem nawet stertę gruzu … Po dwóch latach pracy uważałem, że widziałem tutaj absolutnie wszystko i że nie zaskoczy mnie już żaden pomysłowy „znak drogowy” ani nic innego. Byłem zatem głupi jak but z lewej nogi – tylko ktoś, kto ledwie liznął doświadczenia na szeroko pojmowanym wschodzie, może uznać, że już nic go tutaj nie zaskoczy. Raz spotkałem na swej drodze wielką, dwumetrową wyrwę, którą jakiś pomysłowy szofer postanowił zabezpieczyć tym, co aktualnie miał pod ręką. W środku dziury, na badylu, powiewały sobie smętnie wielkie, czarne, mocno już znoszone i nieświeże stringi. Trzeba przyznać, że robiły tam robotę – zwalniał absolutnie każdy, chcąc zobaczyć to kuriozum i tym samym w porę mógł ominąć wielką dziurę. Innym razem minął mnie drewniany autobus gdzieś na wiejskiej drodze. Zbudowany na podwoziu czegoś, może ciężarówki, może czołgu, miał równiutko i fachowo zbitą z desek karoserię - całość wyglądała dość solidnie, w środku zaś podróżowali - pewnie na drewnianych ławkach - jacyś ludzie. Zresztą takie samoróbki były wtedy dość powszechne - człowiek szybko się oswajał z widokami kabin wołg, do których ktoś przyspawał tylną część transita albo mini ciężarówek poskładanych z łady, później czegoś w środku a na końcu paki od polskiego poloneza. W każdym razie od tych majtek dumnie dyndających na zachodnim wietrze nad wetkniętym w dziurę w drodze kijem, nigdy więcej nie twierdziłem, że już zobaczyłem wszystko.

Były także inne niespodzianki. Czasem droga nagle i znienacka się kończyła. Jedziesz po asfalcie, eleganckim i zadbanym, ciesząc się niewielką liczbą zaliczonych do tej pory dziur, których większości, zwłaszcza tych niewielkich, absolutnie nie da się uniknąć – wyskakują tuż przed tobą nie pozostawiając pola do manewru i już wiesz, że w ciągu paru sekund będzie głośne „bum” a świat się z lekka zakołysze. Znaków ani drogowskazów nie ma wcale bo je ponoć wyniesiono na lokalne złomowiska aby dostać parę groszy, nawigacja póki co raczkuje, mapa zaś wskazuje ci, że przez kolejnych dziewięćdziesiąt kilometrów nic się nie powinno tutaj zdarzyć niespodziewanego. A tu nagle niespodzianka. Asfalt kończy się bez uprzedzenia i lądujesz w czarnej lub brązowej, czasem też pylistej brei, klnąc na cały głos, kichając, kaszląc i zastanawiając się, czy uda ci się z tego wybrnąć. Jeśli tak – niedługo czeka cię kolejna niespodzianka. Kilkadziesiąt metrów dalej wraca asfalt. Czasem jest z dziurami, czasem nawet bez.

Takie nagłe przerwy spotykałem w wielu miejscach w Ukrainie. Tajna droga? Brak funduszy? Ktoś połasił się na asfalt? Tylko po co? Rzecz wyjaśnił mi dopiero Aleks, mój towarzysz drogi po upadłych republikach Związku Sowieckiego, nieskończone źródło żartów, powiedzonek i chodząca wikipedia czasów słusznie już minionych (tak przynajmniej wtedy mi się wydawało) .

Otóż homo sovieticus miał ograniczony zakres poruszania się po własnym kraju, już nie wspominając nawet o obywatelu obcym, a więc potencjalnym i prawdopodobnym szpionie. Komunikacyjne szlaki państwa sowieckiego należało pokonywać w ściśle określonym szyku i w poszanowaniu obowiązujących zasad, wszystko zaś musiało być odnotowane, przekazane do centrali, po czym zarchiwizowane. Przemieszczanie się z obłaści do obłaści (województwa) było zaś podróżą na poważnie, należało zatem jej dokonać szlakiem wytyczonym oraz zatwierdzonym przez do tego celu powołane władze. Na granicach tych województw stał zazwyczaj szlaban i milicjant. Szlaban, w dzień najczęściej podniesiony (lecz nie zawsze), nocą był spuszczony i zamknięty. Miał uniemożliwić przemieszczanie się po Związku elementów wrogich i niepewnych zaś milicjant – po sprawdzeniu dokumentów podróżnika oraz upewnieniu się, co do intencji – szlaban ów podnosił. Albo nie i wszczynał alarm. Często też bywało tak, że funkcjonariusz, zainkasowawszy wcześniej godną wziatkę, szedł na długie siku w krzaki zaś radziecki obywatel osobiście szarpał się z żelastwem, które stało mu na drodze. Jeśli zdążył podnieść szlaban przed powrotem milicjanta – jechał dalej, jeśli nie, znaczyło to, że straszny z niego frajer. Wziatka naturalnie wtedy przepadała.

Znikający nagle i pojawiający się za kilkadziesiąt metrów asfalt był więc czymś co pozostało po minionym życiu i systemie. Tutaj się kończyła obłaść, tu – na stałe – był zamontowany szlaban z milicjantem. Tutaj zaczynała się niczyja ziemia, której koniec widać było kilkadziesiąt metrów dalej, w położonym po sąsiedzku województwie. Tam też stał czerwono – biały szlaban z nieodłącznym milicjantem. Pomysł prosty czy wręcz prymitywny, lecz – jak opowiadał Aleks – ponoć sprawdzał się dokładnie tak, jak chciała tego władza.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale