Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
10 obserwujących
24 notki
43k odsłony
1393 odsłony

Baranie oko

Nad zalewem toktogulskim, Krzysztof Hoffmann
Nad zalewem toktogulskim, Krzysztof Hoffmann
Wykop Skomentuj9

- Mołodiec. - powtarza Karim kiedy zostajemy sami. - Nienawidzę tego świństwa. - mruczy - barbarzyństwo i ciemnota. Jutro wybierzemy się na cmentarz. Potakuję chociaż nie do końca już kojarzę o co chodzi.

Nurgazemu za to foch bez śladu minął. Wraca jak tornado z żeberkami i lepioszką i kolejną flaszką sprytnej wody. Góry szumią nad Dżalalabadem ciepłym wiatrem. W naszych górach to kłopoty – gdy się rodzi halny lepiej nie wychodzić z domu. Tutaj jest inaczej, ciepły wiatr zwiastuje powodzenie. Allach jest zajęty więc możemy pić do rana. Gdy będziemy kończyć, blady świt oświetli nasze drogi. W dalszym ciągu nie spaliśmy więc jest wtorek, a nie środa. Zdążyliśmy. Chwała Najwyższemu.

- Wyśpij się, zabiorę cię na cmentarz. - mruczy Karim. – Jutro, po dwunastej. Może i po trzeciej, może też i później. Tam Polaki, twoje, te co szukasz. - Mruży nagle oczy i strzepuje z nich opary sprytnej wody. - O dwunastej. Bądź gotowy, przyjdę.

- O dwunastej. - odpowiadam. Ponad zasiekami i tą sztuczną, rysowaną przez Stalina od linijki kreską, która dzieli dwa plemiona, wstaje nowy dzień.

***

Na cmentarz wchodzimy po cichu, ukradkiem, jeden za drugim po rozchwianych schodkach - zupełnie jakby było coś złego w odwiedzaniu cmentarzy. Cóż to zresztą za cmentarz – ledwo mizerny wzgórek, usypany naprędce z okolicznej ziemi, ogrodzony w najlepszym, poradzieckim stylu i przyozdobiony topornym, betonowym monumentem z dziwnie wykręconym orłem. Patrząc z dala nigdy byś nie powiedział, że ten marny spłachetek ziemi, wystający nieco ponad okoliczne chałupy, przypominające zresztą najpodlejsze slumsy a nie miejsca do zwykłego życia (godny nie chce przejść przez gardło), to ostatni ziemski przystanek blisko setki tych, którzy szli ale nie doszli. Zresztą cały ten cmentarz to lipa : nie ma tu żadnych grobów ani szczątków, są tablice i pomniczki. Groby były wokół, wszędzie ale teraz stoją tam stodoły i chałupy, środkiem zaś majestatycznie płynie ściek. A pod spodem, pod zmarzniętą ziemią zardzewiałe medaliki i ryngrafy, rogatywki i guziki … chociaż raczej chyba jednak grube, niewygodne lecz wyględne battle dressy z szamerunkiem - to opakowanie dla szkieletów, tyrających przy wyrębie lasu albo gdzieś w kopalni jeszcze chwilę czy dwie temu. Dla tej taniej a w zasadzie bezkosztowej siły mięśni, dostarczonej w czeluść Związku z dawnych polskich Kresów w czterech wielkich deportacjach lat czterdziestych. Tych szkieletów, co dotarły - nie wiadomo gdzie znajdując siły - aż pod ostre nawet w zimie słońce Turkiestanu. Wita nas więc feeria barw, refleksów i półcieni, nieprawdopodobne, pozbawione nawet śladu chmury i wiszące tuż nad ziemią szafirowe niebo i potężna ekspozycja kołder, koców, zasłon i obrusów, schnąca błyskawicznie na marcowym słońcu : mimo, że tu wszędzie leży jeszcze gruba warstwa śniegu, nawet w cieniu jest gorąco tak jak w Polsce w maju. Skrzypi brama, którą Karim pokonuje za pomocą scyzoryka (oraz paru zakazanych przekleństw), powiewają razem z wiatrem kolorowe kołdry i obicia krzeseł, może i pieluchy nawet. Z dala słychać wypełnioną aż po brzegi krowę, która desperacko woła o ratunek i krzyk brudnych dzieci. Karim, dumny ze złodziejskiej sztuczki, bierze rolę gospodarza : Witaj, przyjacielu, masz już to, czego szukałeś. Pokazałem ci to ja, twój cicerone i opiekun w jednym, Karim z którym piłeś wodę, twój kirgiski brat (aczkolwiek z uzbeckimi korzeniami), druh, przyjaciel, łajdak... Nie chce słyszeć, że już wcześniej odwiedziłem cmentarz, zaś jedyną zmianą są te kołdry, te przeklęte kołdry, które nie dość, że furkoczą na popołudniowym wietrze to wydają dodatkowo dziwny, nie do końca miły zapach. Bez wątpienia wcale nikt ich nie prał – nawilżone tylko jakimś specyfikiem, wietrzą się po zimie.

Dżalalabad w Kirgistanie… Tuż za rogiem jest granica i pradawne, święte miasto Osz, dalej Uzbekistan i Fergana, jeszcze dalej zaś na północ – wolność. Za plecami góry, które mają w nazwie spokój. Ten niebiański. To Tien-Szan, gdzie ziemia obmacuje niebo bez większego skrępowania. Tędy również kiedyś przeszła Polska, zatrzymując się na chwilę. Dla niektórych była to ostatnia chwila i zostali. Tu, w Dżalalabadzie, mieście wcale nie tak podłym, gdzie na głównym placu w dalszym ciągu straszy srebrny Lenin, każdej wiosny pracowicie oczyszczany z tego, co gołąbki mu podarowały zimą. W mieście, w którym nie istnieje żaden przemysł ale jest lotnisko zaś niedobór wrażeń estetycznych rekompensowany jest przez wszechobecne góry. Bo to brzydkie miasto lecz z fototapetą w tle.

- Paszoł won. – oznajmia Karim. Prysły moje rozważania i oglądam się zdziwiony, jednak to nie do mnie. W furtce stoi mały, śniady i potwornie brudny chłopiec – jedną rączkę ma w kieszeni, w drugiej trzyma coś co zdaje się być dużą, nieforemną kostką cukru; liże to zapamiętale i z tak wielkim smakiem, że domyślam się lokalnej i pierwotnej formy chupa-chupsa. Patrzy przy tym na nas bystro i ciekawie – cały ten obecny tutaj wszędzie turkus nieba, kolorowe kołdry i posępna szarość betonowych grobów schodzą w jedno w jego ciemnych oczach. Zanim jednak zdołam coś powiedzieć znowu się odzywa Karim.

Wykop Skomentuj9
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości