2 obserwujących
29 notek
13k odsłon
  374   2

Energetyka w drodze do polexitu?

Czy otrzeźwienie eurokratów może nastąpić tylko w przypadku jeśli brak energii elektrycznej miałby skutkować rzeczywistym i śmiertelnym zagrożeniem dla życia mieszkańców jakiegoś unijnego kraju? Takim zagrożeniem jakie opisał Marc Elsber w swoim bestselerze „Blackout? A może takim jakie obecnie rzeczywiście zagraża mieszkańcom Ukrainy?

Przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej żadnej dodatkowej wartość nie generuje.

Tym bardziej, że wobec szybszej , niż pierwotnie zakładano redukcji ilości dostępnych pozwoleń cześć środków polskich konsumentów CO2 ląduje w kieszeniach naszych bogatszych partnerów europejskich.

Poza bezpośrednimi stratami finansowymi związanymi z koniecznością importu pozwoleń szybszy, niż kiedykolwiek planowano, wzrost ich cen pogarsza rentowność posiadanych aktywów wytwórczych elektroenergetyki i ciepłownictwa opartych na wykorzystaniu węgla zagrażając ich funkcjonowaniu.

Krajowa energia elektryczna traci konkurencyjność wobec importu, ciepłownictwo węglowe objęte systemem ETS staje się zbyt drogie dla lokalnych odbiorców.

Jest oczywiste, że w perspektywie krótko- i średnioterminowej system handlu emisjami, z ostatnio dodanymi „dopalaczami” tylko pogarsza poziom bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Drugim, obok systemu ETS podstawowym składnikiem polityki energetycznej UE silnie wpływającym na kwestie bezpieczeństwa jest nakaz maksymalizacji wykorzystania energetyki odnawialnej.

Jego znaczenie z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego łatwiej ocenić w połączeniu z regulacjami rynkowymi i tymi dotyczącymi pomocy publicznej.

O ile wciąż jeszcze wszystkie opcje rozwoju energetyki odnawialnej są dostępne to jednak w kluczowej dla Unii perspektywie roku 2050 tylko elektryfikacja oparta na elektrowniach wiatrowych i fotowoltaice może dawać, co najmniej, złudzenie możliwości osiągniecia celów unijnych.

Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się, że energetyka wiatrowa może być rozsądnie rozwijana wyłącznie w pasie wzdłuż wybrzeży Atlantyku, gdy fotowoltaika powinna korzystać z warunków jakie panują na południu Europy, w basenie Morza Śródziemnego.

Okazuje się jednak, że pieniądze mogą niwelować wpływ warunków naturalnych.

Cóż z tego, że okolice Berlina to nie wybrzeże Szkocji, a Bawaria to nie Costa del Sol?

Mimo, że droższa od konkurentów ze Szkocji i Hiszpanii energia odnawialna może być produkowana gdziekolwiek jeśli tylko inwestorowi starczy pieniędzy i determinacji.

W rezultacie, przy wsparciu systemu ETS i rozwiązaniach prawnych, które pozwalając „bogatym” na wspieranie rozwoju OZE i wymagają jednocześnie otwarcia granic sąsiadów „tania” energia z importu dodatkowo wykańcza energetykę krajową. A stanie się to jeszcze bardziej widoczne od roku 2026, gdy wygaśnie nasza derogacja od obowiązku udostępniania 70% fizycznych zdolności wymiany transgranicznej dla potrzeb importu energii.

Nieuczciwa konkurencja?

Oczywiście, że nie! Przecież także Polsce nikt nie zabrania budować wiatraków i paneli. Wystarczy tylko odpowiednia doza determinacji … .

Przy pomocy zestawu instrumentów klimatyczno-pomocowo-rynkowych zostajemy zmuszeni do udziału w wyścigu, którego ostateczną stawką jest wspominane już kilka razy bezpieczeństwo energetyczne.

Nie mogąc rozwijać OZE w tempie bogatszych sąsiadów będziemy zmuszeni do importu ich dotowanej energii co dodatkowo zniszczy ekonomiczne podstawy posiadanego obecnie majątku wytwórczego zmniejszając czas wykorzystanie mocy zainstalowanej posiadanych jednostek wytwórczych.

Tania energia dobrze wygląda to jednak ta importowana niesie ze sobą koszty ukryte.

Pierwszym jest brak gwarancji, że ta tania energia (polski odbiorca nie ponosi wprost kosztów zagranicznych systemów wsparcia) pozostanie taka już po zdobyciu naszego rynku. Kłania się tutaj popularne powiedzenie o dostępności „darmowych obiadów”.

Drugim kosztem ukrytym jest brak zobowiązania eksportera do zapewnienia dostaw w sytuacjach ekstremalnych.

Co prawda istnieje unijna regulacja w tym zakresie (Rozporządzenie 2019/941 w sprawie gotowości na wypadek zagrożeń w sektorze energii elektrycznej), ale żaden powstały na jej podstawie krajowy plan zapewnienia bezpieczeństwa nie zawiera wiarygodnych narzędzi wsparcia np. w sytuacji fizycznego zagrożenia dla infrastruktury jak to ma dziś miejsce na Ukrainie. Ten brak dotyczy także planów naszych unijnych sąsiadów.

Ostatecznie pełna odpowiedzialność za bezpieczeństwo pozostaje po stronie kraju członkowskiego.

Gdy 1 lipca 2025, zgodnie z prawem unijnym, skończy się rynek mocy dla elektrowni i elektrociepłowni węglowych i nastąpią ich wyłączenia z przyczyn ekonomicznych, żadna regulacja unijna nie zabezpieczy nas przed tym, żeby „nie zobaczyć ciemności”.

Ale nie tylko zniknie energetyka węglowa.

O ile obecni posiadacze jednostek gazowych mogą się czuć bezpiecznie to jednak regulacje unijne zadbały o to, żeby na europejskim rynku energii nie pojawiła się dla nich konkurencja.

Unijna „soft power” przejawiła się tym razem w regulacjach dotyczących tzw zrównoważonych inwestycji.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale