42 obserwujących
238 notek
218k odsłon
  1872   0

Sekta Oziewicza

Tak. Tworzyliśmy coś w rodzaju sekty, grupki wyznawców wiedzy tajemnej. Uczniowie Oziewicza. Choć koniec końców, żadne z nas nie pisało u niego pracy magisterskiej. Tak wyszło.

A wracając do obu wspomnianych wykładowców – jakoś tak się stało, że w czasie studiów jeszcze kilka razy mogliśmy spotkać przy katedrze Oziewicza lub Jadczyka. I zawsze były to wartościowe wykłady, choć mocno różniły się w formie i treści. Dobra, to zabrzmiało wazeliniarsko.

Trudno, coraz łatwiej

Styl wykładów był trudny, bo Oziewicz nie uznawał kompromisów. Szczególnie zaś, jeśli chodziło o stosowane zapisy. Miało to swoje dobre i złe strony. Złe, bo trzeba było włożyć trochę pracy i „przetłumaczyć” sobie wzory z tablicy na wzory z podręczników. No i w trakcie tych prac okazywało się, że: Po pierwsze, na wykładzie nie ma żadnych herezji, tylko realna wiedza, być może ciut wyrafinowana. Po drugie, w różnych podręcznikach, autorzy stosują różne zapisy na to samo, więc i tak tłumaczenie by nas nie ominęło.

A jakie były dobre strony? Swoista jednoznaczność. U niego nie było funkcji bez dziedziny. Kilka razy zdarzyło mi się, że korzystając z wiedzy nabytej na wykładzie analizy, rozkminiałem sobie zapisy z innych dziedzin. Że ta literka oznacza operator, więc dziedzina to taki zbiór, a ten zapis tak naprawdę oznacza składanie odwzorowań itd. Lepiej mi się liczyło wyprowadzenia, jak rozumiałem strukturę matematyczną modelu. Może zresztą to też krzywda jaką nam zrobił Oziewicz? Bo jak nie dowiedziałem się, jak jest zdefiniowany operator, to nieprzyjemnie mi go było używać. A w późniejszym życiu natrafiłem na wiele operatorów, których nikt nie chciał definiować, widocznie wychodząc z założenia, że nie trzeba wiedzieć „co to jest”, a wystarczy „jak działa”.

Spektakle przy tablicy

Równie ważne jak treść, było jego osobiste zaangażowanie. Gdy w trakcie wykładu osiągany był jakiś istotny punkt, Oziewicz podnosił głos i dobitnie wskazywał na niego Zobaczcie! Wyszło tak jak w podręczniku! A trzeba powiedzieć, że pomimo postawy jak najbardziej wywrotowej, traktował jednak swoją wywrotowość z przymrużeniem oka.

Nic tak nie działa bardziej budująco na studenta, jak wykładowca, który szczerze angażuje się w to, co wykłada. Kiedy trzeba podnosi głos, kiedy trzeba obśmiewa niepoprawne (według niego) zapisy u „konkurencji”, a kiedy trzeba całą swoją postawą chce podkreślić dobitność i akuratność wypisywanego przez siebie materiału. Było to rzeczywiście mocno teatralne, kiedy umazany kredą podnosił triumfalnie palec do góry, by oznajmić skompletowanie kolejnego etapu przekazywania wiedzy. Ale przecież lubiliśmy go w takiej roli.

Do tego trzeba dodać charakterystyczne dziwnostki w zachowaniu, które jakoś zwiększały naszą sympatię. Oziewicz „lubił” przekręcać nazwiska, mówił „stała Planki”, „u Mauriny” (w sensie „w podręczniku Maurina”). Zresztą „plastyczne” podejście do języka polskiego, umieszczanie nietypowych, a nawet niepoprawnych, kwiatków językowych, nadawało kolorytu jego wystąpieniom.

Książki

Wśród wielu książek, jakie polecał nam bohater notki, były dwie wyjątkowe.

Pierwsza, najlepsza książka z fizyki na świecie, ale też niedobra – to „Elektrodynamika klasyczna” Ingardena i Jamiołkowskiego. Dlaczego najlepsza? Bo w sposób konsekwentny wykorzystała formalizm form różniczkowych, do opisu pól e-m. A dlaczego też niedobra? Oczywiście w oko kłuły współczynniki Lamego (fuj!). Niefajne też było potraktowanie czasu jako parametru dla przypadku trójwymiarowego. Ale być może „niedobroć” też jest potrzebna, bo Oziewicz nie zachwalał jednak „Fizyki matematycznej” Thirringa, gdzie obu grzechów już nie było.

Zresztą ukazanie się toruńskiej serii podręczników do fizyki teoretycznej pisanej pod przewodnictwem znanego fizyka R. Ingardena stanowiło kolejny dowód dla członków naszej sekty, że trzy semestry (czasami morderczej) pracy nie jest bezcelowe.

Drugą faworyzowaną książką, była pozycja Arnolda „Metody matematyczne mechaniki klasycznej”. To tam mieliśmy sięgać w przypadku pojawienia się wątpliwości. I o ile znane dyskusje Arnolda z boubrakistami mogą budzić pewne kontrowersje, to jego „Metody…” są pozycją obowiązkową w biblioteczce. Choćby do poczytania przed zaśnięciem :).

Koniec…

…laurki.

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie