zapis
Dość NIEwie nikt. Za dużo - tak wielu.
1 obserwujący
77 notek
15k odsłon
218 odsłon

Krzemieniec 1939

net  CHDKK
net CHDKK
Wykop Skomentuj4

 Pożegnanie

Stanisław Baliński

        Żegnaj, blasku różowy gasnących wieczorów,
        I ty, gwiazdo, co błyszczysz w natchnionym sonecie,
        I ty, serce, co kochasz z własnego wyboru,
        Przez co ci każdy człowiek ojczyzną był w świecie.

        Żegnaj zadumo mędrca, co wśród nocy ciemnej
        Pochylałaś się w oknie, gdzie kwitnęły róże,
        I szukałaś w obręczach swej wiedzy tajemnej,
        Jak nam przedłużyć życie o jedną noc dłużej.

        Żegnaj, blada melodio minionego wieku,
        Co opiewałaś wolność i miłość narodów,
        I płynąc przez gwar miasta i ciszą ogrodów,
        Szukałaś, niestrudzona, prawdy o człowieku.

        Schylamy się nad wami, jak nad pięknościami,
        Które po to wzniesiono, by je strącić potem,
        I po to nazywano chmurą i pieśniami,
        By je zmieszać z cierpieniem i zadeptać z błotem.

        Lecz kto się raz potęgą natchnienia napoił,
        A teraz musi liczyć porażki i rany,
        Ten należy do słabych i niepokonanych,
        I więcej się ciemności i ciszy nie boi.

        Bo ciemność go nie zdradzi, a cisza wysłucha,
        Pójdą z nim razem ścieżką nieśmiertelnych braci,
        I oddadzą mu kiedyś, gdy minie noc głucha,
        To wszystko, za czym tęsknił, to wszystko, co stracił.

        Na horyzoncie nocy szumią czarne drzewa,
        Którym wbito w korzenie ciernie nienawiści,
        Cień umarłych przyjaciół żegna cię i śpiewa

_________________________________________________________________

Mirosława Pałaszewska
Wrzesień 1939 w Krzemieńcu

Niepodległość i Pamięć 16/2 (30), 201-220

Opuściła  stolicę  7  września  1939  roku  razem  z  mężem Ludomirem  Danilewiczem,  który  miał  powiązania  z  produkującą  tajne  maszyny  szyfro­we  „polską  Enigmę”  -   Wytwórnią  Radiotechniczną  „AVA”.  Oto  jej  relacja  z  tamtych dni  napisana  w  czerwcu  1999  r.  w  Feijó  pod  Lizboną  w  Portugalii.

„Niewiele  pamiętam  z  drogi  do  Łucka.  (...).  Przez  Lublin  przejeżdżałam  w  przed­dzień  nalotu,  którego  ofiarą  był  poeta,  Józef  Czechowicz.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy, że  był  to  etap  pożegnalnej,  ostatecznej  podróży  -   etap  zamykający  warszawski  roz­dział  biografii.  Pozostało  wrażenie  letargicznego  półsnu  i  śledzenia  przez  tylne  okien­ko  samochodu  sylwety  Ludomira  pochylonego  nad  kierownicą  motocykla  i  wyprzedza­nia  konnych  pojazdów  wszelkiego  autoramentu.  Jacyś  chłopi  nakarmili  nas  kwaśnym mlekiem  odmawiając  przyjęcia  zapłaty,  towarzyszka  podróży  okryła,  śpiącą,  ciepłym płaszczem,  który  często  później  zastępował  koce,  bo  na  nie  zabrakło  miejsca  w  prze­ładowanym  zapasami  benzyny  samochodzie.  Ocknęłam  się  po  drugiej  makabrycznej nocy  w  Łucku,  gdzie  panował  nieopisany  chaos,  nastrój  przerażenia,  połączonego  z  ogłu­pieniem.  Rząd  przenosi  się  właśnie  tu  z  pierwotnego  błyskawicznego  postoju  w  Brze­ściu,  a  MSZ  (a  więc  i  my)  do  Krzemieńca. 

Do  «mojego»  Krzemieńca  -   i  likwidują­cej  się  wystawy.  Automatycznie  przeniósł  się  tam  «punkt  kontaktowy».Gdy  tam  dotarliśmy,  z  trudem  poznawałam,  gdzie  jestem:  wrażenie  odpustu  czy jarmarku  albo  opuszczającej  hurmem  teatr  publiczności.  Przed  nami  dobrnęli  tam  róż­nojęzyczni  członkowie  korpusu  dyplomatycznego  z  rodzinami,  pytający  o  dostęp  do telefonów,  pocztę:  «Gdzie  jesteśmy?»  -   «W  Krzemieńcu»  -   «Nie.  Tu  miał  być  Łuck», -   «Gdzie  apteka?»,  «Jaki  dzień  tygodnia?»,  «Czy  radio  Warszawa  działa?»  -   I  pytanie najczęstsze  «Gdzie  można  się  czegoś  dowiedzieć?»  -   «Oczywiście  w  Liceum».  A  tam wszystkowiedzący  kurator  Czarnocki,  fenomenalną  pamięcią  ogarniający,  gdzie,  kie­dy  i  u  kogo  ulokował  poszczególnych  ambasadorów,  posłów  i  MSZ-owskich  dygnita­rzy.  Wie,  gdzie  zaparkowane  są  ich  wozy  i  jaka  jest  sytuacja  z  benzyną,  której  zapa­sy  topnieją  z  godziny  na  godzinę.  Poszukujących  się  wzajemnie  dyplomatów  powierza opiece  szkrabów,  na  migi  kierujących,  gdzie  należy.  Tak  zapamiętałam  Sławusia  Mą­czaka  i  później  znanego  aktora  Władka  Sheybala. 

Z  godziny  na  godzinę  ujawniają  się rozmiary  bezradności,  nieprzygotowania,  zaskoczeń,  prowizoryczność  pomieszczeń. Przy  najlepszej  woli  i  bezradnych  usiłowaniach  krzemieńczan.  Dziś  powiedzielibyśmy: brak  infrastruktury.Ze  znanych  mi  opisów  sytuacji  najlepiej  wprowadzają  w  sedno  wydarzeń  pospiesz­ne  zapiski  Ludwika  Łubieńskiego,  sekretarza  min.  Becka,  towarzyszącego  mu  w  ob­łędnej  wędrówce  przez  Brześć,  Kowel,  Łuck  -   i  wreszcie  Krzemieniec  (10.09),  adres ostatnich  katastrofalnych  wypowiedzi  ministra,  którego  twarz,  w  dramatycznym  skur­czu  mówiła  więcej  niż  słowa  o  grozie  sytuacji. 

Symbolem  jej,  najwymowniejszym, jest  utrwalony  przez  Łubieńskiego  opis  wypadu  Becka  do  Ołyki,  powrót  przez  pola  do Krzemieńca,  wszystkie  mosty  i  mostki  pilnowane  przez  chłopów  z  widłami.A  ja  byłam  tu  właśnie,  w  Krzemieńcu,  na  pewien  sposób,  «u  siebie»,  wśród  przy­jaciół,  którzy  zapewnili  dach  nad  głową  nie  tylko  mnie,  ale  i  ekipie  «AVY».  Z  miej­sca  wyruszyłam  do  Liceum,  gdzie  rozpoczęto  już  przekazywanie  sal  wystawowych kwatermistrzom  MSZ-etu,  obejmującym  je  na  pomieszczenia  biur  -   a  na  tymczasowe legowiska;  pierwsze  wrażenie:  pozsuwane  ekrany  ze  szkicami  scenograficznymi  Drabi­ka  -   i  łóżka  polowe,  na  których  układano  eleganckie  przeładowane  walizki  ich  obe­cnych  okupantów.  Przez  dwa  dni,  11  i  12  września  pod  okiem  kuratora  Czarnockiego, a  przy  pomocy  bibliotekarza  Mieczysława  Zadróżnego  opróżniam  gabloty,  segreguję eksponaty  według  ich  proweniencji,  owijam  w  co  się  da,  nawet  dekoracyjne  tkaniny
rezerwując  bibułki  i  watę  na  opakowanie  najcenniejszych  rękopisów  i  pamiątek. 
Nie obeszło  się  bez  incydentów:  poganiano  mnie,  by  szybciej  zwalniać  sale;  od  «szparga­łów»,  a  zirytowaną  żonę  jednego  z  urzędników  MSZ-etu  do  pasji  doprowadziło  to,  że tracę  czas  na  wkładanie  do  kopert  i  teczek  jakichś  „papierzysk”  i  broszur.  A  były nimi,  istotnie  prezentujące  się  ubożuchno  pierwodruki  utworów  Słowackiego!  Takie, jakich  doszukali  się  żandarmi  carscy  u  Salomei  Becu,  oskarżonej  o  współpracę  z  Ko­narskim,  a  przechowującej  je  jak  świętości.  (...)

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura