zapis
Dość NIEwie nikt. Za dużo - tak wielu.
1 obserwujący
69 notek
13k odsłon
212 odsłon

Krzemieniec 1939

net  CHDKK
net CHDKK
Wykop Skomentuj4

Realny  okazał  się  jednak  dalszy  ciąg  exodusu:  Bukareszt  -   stolica  zaprzyjaźnionej Rumunii  -   i  alianci,  po  których  wczesnej  reakcji  spodziewano  się  tak  wiele!  A  więc-   kierunek:  Kuty.  Wczesne  przygotowania  do  opuszczenia  Krzemieńca  przerwał  alarm: groźba  odcięcia  od  granicy  z  Rumunią.  Do  Kut  dotarliśmy  15.09.  -   przydzielona  do lotników  «AVA»  znalazła  się  we  wczesnej  grupie  ewakuowanych.  Pospiesznie  opa­trzono  nas  paszportami  «kurierów  dyplomatycznych»,  wystawianymi  w  Krzemieńcu przez  Władysława  Skarżyńskiego,  zastępcę  naczelnika  wydziału,  z  fikcyjną  datą  i  miej­scem  wydania  «Warszawa,  dnia  13.09.1939»  i  ważnością  do  31.12.1939.  I  tak  jak głosił  «odpowiednie  władze  zagraniczne»  umożliwiły  mi  «swobodne  przejechanie» przez  Rumunię,  Jugosławię  i  Włochy  do  Paryża. 

W  pierwszym  tygodniu  listopada,  po zameldowaniu  się  w  Bibliotece  Polskiej  na  Wyspie  św.  Ludwika,  byłam  świadkiem przejęcia  przez  dyr.  Franciszka  Pułaskiego  cymeliów  z  Biblioteki  Narodowej,  przewo­żonych  dla  bezpieczeństwa  do  Kanady.Dzięki  osobistemu  zaangażowaniu  się  kuratora  Czarnockiego  w  losy  eksponatów  z  wy­stawy  Słowackiego,  najcenniejsze  przeniosłam  przy  jego  i  prof.  Franciszka  Mączaka pomocy  -   i  do  pomieszczeń  biurowych  liceum  i  bezpiecznej,  jak  się  okazało,  szafy («safesu»),  gdzie  przetrwały  do  jesieni  1943  r.,  co  wydaje  się  nieprawdopodobne-   o  czym  niżej.  Resztę  eksponatów,  w  tym  dużych  rozmiarów  plansze  i  zestawy  afi­szów,  programów,  fotografii  załadowaliśmy  do  dwu  skrzyń  wyłożonych  tkaninami  słu­żącymi  do  dekoracji  sal,  a  pochodzącymi  z  daru  zaprzyjaźnionej  tkalni  łódzkiej.  Sko­rzystałam  z  okazji,  by  dołączyć  do  eksponatów,  teczkę  z  moimi  osobistymi  rękopisami i  maszynopisem Życia   naukowego   dawnego   Liceum    Krzem ienieckiego  (obejmującego kilkaset  stron  na  cienkim  papierze)”21.

W  nocy  z  17  na  18  września  „naczelne  władze  Rzeczypospolitej  na  czele  z  prezy­dentem  RP  Ignacym  Mościckim,  premierem  gen.  Felicjanem  Sławojem  Składkowskim i  Naczelnym  Wodzem  marsz.  Edwardem  Smigłym-Rydzem22  opuszczają  kraj,  przez most  graniczny  w  Kutach  na  Czeremoszu,  udając  się  do  Czemiowiec,  już  na  teryto­rium  Rumunii,  gdzie  zostają  internowane”23.Kapitan  Zygmunt  Wasilewski  dwa  dni  później  opisał  przekroczenie  granicy  rumuń­skiej  przez  oddział  Wojska  Polskiego:  „Okropny  moment.  Nie  wiem,  czy  uda  mi  się kiedyś  wymazać  go  z  pamięci.  Wszyscy  mieliśmy  łzy  w  oczach.  Niektórzy  całowali biało-czerwoną  barierę,  inni  ziemię  lub  budkę  strażnika.  Kilku  żołnierzy  szlochało głośno,  kilku  modliło  się  klęcząc.  Każdy  prawie  zabierał  coś  na  pamiątkę.  Jeden  ze­skrobał  scyzorykiem  trochę  biało-czerwonej  farby  ze  słupa  granicznego,  drugi  -   zawi
wciąż  za  siebie,  przeszliśmy  granicę.  Bezpośrednio  po  tych  strasznych  chwilach  nastą­piło  nie  mniej  okropne  i  przygnębiające  rozbrojenie.  Byliśmy  upokorzeni.  Wstydzili­śmy  się.  Rumuńscy  żandarmi  kazali  nam  złożyć  broń  w  przydrożnym  rowie.  Podcho­dziliśmy  do  wskazanego  miejsca,  rzucając  na  stos  pistolety,  karabiny  i  bagnety.  Już chyba  zawsze  będę  słyszał  trzask  rzucanej  broni,  będzie  mnie  prześladował  jej  widok. Będę  pamiętał  twarze  żołnierzy.  Szczególnie  tych  kilkunastu,  którzy  karabinów  nie rzucili,  ale  złożyli  je  bardzo,  bardzo  delikatnie”24.


Halina  Czarnocka  wspominała  po  latach  dzień  17  września  1939  roku25.  „W  Krze­mieńcu  powtarzano  wiadomość,  że  zadzwoniono  z  pogranicza  ze  strażnicy  Korpusu Ochrony  Pogranicza  w  Dederkałach26  o  przekroczeniu  granicy  i  wejściu  Armii  Czer­wonej  na  teren  Polski.  Już  była  mowa  o  pierwszych  aresztowaniach  Polaków.  Starosta pytał  KOP,  w  jakim  charakterze,  po  co  weszli,  co  mówią,  o  co  chodzi.  Nic  nie  było wiadomo.  Po  prostu  dowiedzieliśmy  się,  że  weszli.  Ponieważ  Stefan  był  zaprzyjaźniony ze  starostą  krzemienieckim  Zaufallem,  ten  zadzwonił  do  nas  i  poinformował  o  sytu­acji.  Starosta  zapytał  męża:-   Panie  kuratorze,  co  pan  zamierza  robić?-   Ja  w  każdym  razie  zostaję”27.Janina  Sułkowska  (zamężna  Gładuń),  córka  sekretarza  Wydziału  Powiatowego  w  Krze­mieńcu  po  latach  wspominała,  że  jej  ojciec  „żył  ostatnie  2  tygodnie  w  ciągłym  pogo­towiu.  Telefony  budziły  go  o  różnych  porach  nocy.  Ubierał  się,  pędził  do  Starostwa lub  biura  Wydziału  Powiatowego.  Witał,  wyszukiwał  kwatery,  pomagał,  pakował,  żeg­nał.  Przez  Krzemieniec  przewaliło  się  tysiące  uchodźców.  (...)  W  domu  naszym  kwa­terowali  uciekinierzy.  Każdej  nocy  kto  inny  spał.  Gotować  trzeba  było,  szykować  po­siłki  na  wyrost,  na  zapas.  W  niedzielę  17  września  o  godz.  5  zadzwonił  w  ich  mie­szkaniu  telefon.  Sułkowski  podniósł  słuchawkę:-   Hallo  ...  słucham...  tak...  kiedy?  ...  gdzie?  ...  tak...  tak...

(  )

W  Krzemieńcu  było  już  NKWD  i  administracja  sowiecka.  Rosjanie  zostawili  w  spo­koju  naszych  żołnierzy,  ale  oficerów  i  podoficerów  konsekwentnie  wyłapywali  i  roz­brajali.  Kilku,  którzy  odmówili  oddania  broni,  zastrzelili  bez  pardonu.  Tak  było  wszę­dzie,  dlatego  wuj  Apolinarego  nazwał  nasz  dalszy  marsz  na  Lwów  porywaniem  się z  motyką  na  słońce  i  doradził  założenie  cywilnych  ubrań”34.Dni  od  17  do  20  września  upłynęły  w  mieście  spokojnie.  Jak  wspomina  Sławomir Mączak35,  rozeszła  się  pogłoska,  że  okoliczne  wsie  szykują  się  na  rabunek  w  mieście. Jego  ojciec  Franciszek  Mączak  wraz  ze  Stanisławem  Sheybalem  zorganizowali  mło­dzieżową  milicję.  Znowu  zaangażowano  harcerzy,  którym  wręczono  karabiny  (bez  na­boi,  o  czym  nikt  nie  wiedział)  ze  zbrojowni  Przysposobienia  Wojskowego.  I  właśnie oni  znowu  stali  na  rogatkach  i  tym  razem  pilnowali  wejścia  do  miasta.  Około  20 września  zgłosiła  się  do  pana  Mączaka  milicja  żydowska  z  żądaniem  oddania  karabi­nów.  Polecenie  wykonano.Już  wcześniej  tworzono  w  mieście  punkty  dożywiania.  Po  pierwszym  nalocie  ku­pcy  bardzo  się  bali,  pozamykali  swoje  sklepy  i  pochowali  się.  Trzeba  było  działać. Otworzono  więc  punkty  z  żywnością.  Liceum  dawało  to,  czym  dysponowało:  mleko, owoce,  jarzyny.Halina  Czarnocka  wspominała:  ,Jechałam  motocyklem  z  koszykiem  do  monopolu solnego  po  sól  i  widziałam,  jak  Żydzi  poustawiali  bramy  triumfalne36  ozdobione  czer­woną  szałwią,  witające  bolszewików.  Nie  chciałam  przejeżdżać  przez  tę  bramę  i  pole­ciłam  panu,  który  prowadził  motocykl:-   Nie  przejeżdżaj  tędy,  tylko  objedź  dookoła.  Nie  chcę  przejeżdżać  przez  bramę budowaną  dla  bolszewików37.Żydzi  oczekiwali.  Wydawało  mi  się,  że  Ukraińcy  także.  Myśleli,  że  będzie  jakaś zmiana,  ale  bardzo  szybko  się  rozczarowali.  Rosjanie  aresztowali  co  wybitniejszych działaczy  ukraińskich  tak  samo  jak  Polaków.Myśmy  tego  dnia  powrócili  z  solą  w  workach.Po  wkroczeniu  Sowietów  do  Krzemieńca  natychmiast  aresztowani  zostali:  starosta krzemieniecki  Jan  Zaufali,  burmistrz  m.  Krzemieńca  Jan  Beaupré,  prezes  Związku Osadników,  poseł  na  Sejm  Stanisław  Wnęk,  sędzia  grodzki  Sieniawski,  dowódca  kom-34 W rzesień  1939  na  K resach  w relacjach     s.  331.35  S.  Mączak,  relacja  ustna  z  17  IX  2007.36  Por.  Marian  Kowalewski,  dowódca  kompanii  KOP  „Białozórka”,  wspominał  podobną  bramę  18  IX 1939:  „W  Horyńce  ujrzeliśmy  triumfalną  bramę  na  powitanie  «wybawców».  Kolory  wstążeczek  czerwo­ne  i  niebiesko-żółte.  Kapitan  zaczął  robić  porządek.  Ludność  została  rozpędzona  i  ujęto  domniemaną sprawczynię  przyszłego  powitania  czerwonych..."  (zob. W rzesień  1939  na  K resach  w   relacjach...)-,  w  in­nej  relacji  mieszkaniec  Baranowicz  Henryk  Czarkowski  relacjonował:  „pewnego  razu  wieczorem  pode­szliśmy  pod  bramę  triumfalną,  którą  już  w  tym  czasie  wybudowano  na  cześć  wkraczającej  Armii  Czer­wonej.  Bram  takich  było  parę,  szczególnie  przy  wjazdach  do  miasta.  Były  to  konstrukcje  drewniane,  do­syć  wysokie,  przystrojone  jedliną,  różnobarwnymi  wstęgami,  na  niektórych  wisiały  portrety  Stalina,  inne wieńczyła  ogromna,  wycięta  z  czerwonego   szkła,  pięcioramienna  gwiazda”  -   relacja,  Archiwum Wschodnie,  sygn.  II/1260/2k.;  cyt.  za: 17  w rześnia  1939.   Spotkania  z   historią...,  s.  14.37  Cytowany  powyżej  Henryk  Czarkowski  nie  miał  takiego  szczęścia.  Podeszło  do  nich  dwóch  milicjantów. „Mało,  że  zaczęli  się  czepiać  -   kazali  nam  kilkakrotnie  zawracać,  a  za  każdym  razem  zdejmować  czap­ki.  Grozili  pobiciem  i  groźnie  kierowali  swoje  karabiny  w  naszą  stronę.  Byli  to  dwaj  młodzi  Żydkowie, po  cywilnemu,  ale  z  czerwonymi  opaskami.  (.••)  Wokół  nas  ni  psa  z  kulawą  nogą,  pustka,  nikt  nie  prze­chodził,  więc  tak  nas  przegnali  tam  i  z  powrotem  parę  razy.  My  czapkowaliśmy.  Na  koniec  kazali  iść precz”.  Ibidem.
214Mirosława Pałaszewskapanii  Korpusu  Obrony  Pogranicza  kpt.  Ludomir  Tarkowski,  sędzia  śledczy,  kierownik policji  śledczej  i  wielu  innych.  Władze  sowieckie  NKWD  i  powołana  z  komunistycz­nych  elementów  milicja  natychmiast  przystąpiła  do  opanowywania  wszystkich  urzę­dów,  instytucji,  szkół,  organizacji  społecznych  itd.Stefan  nie  zamierzał  wyjeżdżać  nigdzie.  Był  szefem  całego  zespołu  szkół,  które rozpoczynały  trochę  spóźniony  nowy  rok  szkolny.  Uważał,  że  jak  kapitan  okrętu,  musi na  tym  okręcie  pozostać.  Są  uczniowie,  nauczyciele.  Jak  kurator  w  takiej  sytuacji  mo­że  wyjeżdżać?  Niektórzy  uważali,  że  kurator  załamał  się  a ja  uważałam,  że  to  inni  się załamali.  Pewnie  by  żył,  gdyby  opuścił  Krzemieniec.  Ale  pozostał  na  stanowisku  do końca  i  zapłacił  za  to  życiem.Stefan  chodził  do  pracy.  Jako  kurator  miał  przygotować  otwarcie  nowego  roku szkolnego  w  Liceum  Krzemienieckim.  Uroczystość  zaplanowano  na  poniedziałek  25 września.  Zapytałam  go,  czy  mogę  przyjść  na  uroczystość.-   Naturalnie,  przyjdź  -   odpowiedział  Stefan.Sam  ubrał  się  w  czarny  płaszcz.  Udał  się  do  swojego  gabinetu  w  liceum,  a  stam­tąd  miał  przejście  od  razu  do  parku  licealnego  i  na  boiska  sportowe38,  gdzie  odbywa­ła  się  uroczystość.Z  naszego  ogródka  weszłam  przez  furtkę  na  boiska.  Zobaczyłam,  że  zebrały  się już  wszystkie  szkoły:  gimnazjum  przyrodnicze,  gimnazjum  humanistyczne,  gimnazjum spółdzielczości,  szkoła  ćwiczeń,  seminarium  nauczycielskie  czyli  pedagogium.  Wszyscy uczniowie  stali.  Dyrektorzy  mieli  ponure  miny,  stali  ze  spuszczonymi  głowami.  Cała młodzież  i  personel  nauczycielski  zgromadzeni  na  boisku  wysłuchiwali  pod  czerwony­mi  sztandarami  przemówień  politruków  i  różnych  nieznanych  w  Krzemieńcu  osobisto­ści  z  czerwonymi  opaskami  na  ramieniu.  Dwóch  pierwszych  przemówień  wysłuchałam na  początku  tej  «uroczystości»,  oczekując  na  przybycie  mego  męża,  który  miał  być obecny  jako  urzędujący  jeszcze,  aczkolwiek  z  ograniczonymi  już  kompetencjami  kura­tor  L.K.  Przemówienia  w  języku  polskim,  ukraińskim  i  rosyjskim  miały  charakter  po­lityczny  i  propagandowy,  szkalowały  Polskę,  rząd  i  wojsko,  rzucały  hasła  komunisty­czne,  zapowiadały  «opiekę»  Związku  Radzieckiego.Stanęłam  i  zaczęłam  szukać  wzrokiem  męża.  Nie  mogłam  go  znaleźć.  Zaczęłam się  niepokoić,  że  go  nie  ma.  Miał  przecież  być.  Wszyscy  dyrektorzy  są  a  kuratora  nie ma.  Nie  wytrzymałam  już  tego  przemówienia  i  czym  prędzej  pobiegłam  do  domu. Tam  była  mamusia  i  Lilka  Żórawska39.  Dzieci  były  na  otwarciu  roku  szkolnego.  Ha-38  Halina  Jacuńska-Ogrodzińska  jako  uczennica  była  wtedy  wraz  z  innymi  uczniami  na  boisku.  Po  latach wspominała:  „Uroczystość  otwarcia  nowego  roku  szkolnego  urządzono  na...  dolnym  boisku.  W   Liceum było  to  miejsce  przeznaczone  wyłącznie  do  imprez  sportowych.  Ten  «nietakt»  sprawił  nam  pewną  saty­sfakcję.  Głównym  punktem  programu  otwarcia  było  przemówienie  niejakiego  pułkownika  Zielińskiego. Był  to  wysoki,  całkiem  przystojny  blondyn  w  polskim  mundurze  pozbawionym  wszelkich  dystynkcji.  Z  za­pałem  przekonywał  nas  o  wielkim  szczęściu,  jakie  nas  spotkało:  oto  znaleźliśmy  się  w  granicach  Związ­ku  Socjalistycznych  Republik  Radzieckich  -   najwspanialszego  kraju  na  ziemi...  itp.  itp.  Później  ogłoszo­no,  że  następnego  dnia  mamy  przyjść  do  szkoły,  gdzie  na   razie  będzie  kontynuowany  dotychczasowypolski  program”, ,Ż y c i e  Krzemienieckie”,  2007  nr  1,  s.  48.39  Lilka  Żórawska  była  wychowanką  Liceum  Krzemienieckiego.  Jak  wspomina  Hanna  Zbirohowska-Kościa: „była  czynna  społecznie  i  w  teatrze  pod  dyrekcją  pani  Ruskowej.  Bardzo  popularna  wśród  młodzieży. Chyba  rok  przed  wojną  zapisała  się  na  psychologię  na  Uniwersytecie  Warszawskim  razem  z  Jagą  Falko­wską,  nauczycielką  fizyki  w  Liceum.  Bardzo  się  lubiły  i  rozumiały.  Latem  była  w  Krzemieńcu  i  gdy nasza  opiekunka  odeszła,  Lilka  zajęła  się nami.  Przyjaźniła  się  z  Moją  Mamą  i  nami.  Jej  mama  miesz­kała  w  Ostrogu.  Gdy  weszli  bolszewicy,    zaczęła  pracować w licealnej  bibliotece  i  była chyba  jedyną«pracującą»  w  naszej  «rodzinie»”,  list  z  14  V  2006.
Wrzesień 1939 w Krzemieńcu215nia  i  Bogdan  byli  wtedy  w  szkole  ćwiczeń.  Mieli  wrócić  do domu  na  śniadanie  czyteż  obiad,  już  nie  pamiętam.Mamusia  na  moje  pytanie,  czy  Stefan jest  w  domu  odpowiedziała,  że  nie  ma  go  tutaj.-   Przecież  poszedł  na  otwarcie.Pobiegłam  więc  do  intendentury.-   Gdzie  jest  mój  mąż?Każdy,  nawet  woźny,  mi  odpowiadał,  że  pan  kurator  poszedł  na  otwarcie.  Bardzo się  zaniepokoiłam.  Wybiegłam  za  mury  licealne.  Liceum  było  otoczone  ładnym  mu- rem  i  gdzieniegdzie  były  bramy.  Wyszłam  na  ulicę,  na  pl.  Czackiego  i  zobaczyłam, że  Stefan  stoi  otoczony  milicją.  Podeszłam  do  niego:-   Czy  przyjdziesz  do  domu  na  herbatę?Odpowiedział  mi:-   Wracaj  do  domu.  Zaczną  od  naszego  mieszkania.Znaczyło  to,  że  zaczną  rewizję.  Milicjanci  czekali  jeszcze  na  kogoś  ważnego.  Ode­szłam  więc.  Szłam  pomału  do  domu.  W  pewnym  momencie odwróciłam  się  i  zoba­czyłam,  że  prowadzą  męża.  Wprowadzili  go do  domu.  Dom  otoczyli.  Rewizji,  któratrwała  kilka  godzin,  dokonywał  komunista  Lura  Gurwic,  rodem  z  Krzemieńca  z  towa­rzyszami,  aresztowania  dokonał  naczelnik  milicji  komunista  Rajs.  Odbyło  się  to  w  ten sposób,  że  po  szczegółowej  rewizji  w  naszym  mieszkaniu  Rajs  i  jego  asysta  zabrali  męża jakoby  do  innych  budynków  licealnych  po  rewizji.  Już  wcześniej,  jak  tylko  dowiedzie­liśmy  się,  że  weszli  bolszewicy,  zniszczyliśmy  różne  rzeczy,  w  większości  paląc  je.W  przedpokoju  wisiała  lornetka,  którą  zostawił  oficer  polski,  który  przejeżdżał przez  Krzemieniec  w  drodze  do  Rumunii.  Oczywiście  zabrali  ją  od  razu.  Przeszukali biurka,  szafy.  Nic  nie  znaleźli,  ani  broni,  ani  pieniędzy.  Potem  wyprowadzili  Stefana. Chcieli,  by  ich  zaprowadził  tam,  gdzie  zamieszkał  minister  spraw  zagranicznych  Józef Beck.  Beck  wraz  z  żoną  przejeżdżał  we  wrześniu  przez  Krzemieniec.  Zamieszkali  w  któ­rymś  z  internatów.  Rosjanie  chcieli  jeszcze  zrewidować  to  pomieszczenie.  Beck  oczy­wiście  tam  nic  nie  zostawił.  Wiem,  że  Leon  Bielecki,  jeden  z  dyrektorów,  coś  prze­chowywał  w  Białokrynicy.  Już  nie  pamiętam,  czy  dostali  się  do  tego  pomieszczenia czy  też  nie.Potem  przyprowadzili  Stefana  na  krótko  do  domu.  Poprosił  o  herbatę.  Był  bardzo zmęczony  i  smutny.  Położył  się  na  tapczanie.  Oni  pilnowali  domu.  Po  chwili  go  wy­wołali.  Zauważyłam,  że  wtedy  Stefan  już  nie  włożył  czarnego  płaszcza,  tylko  wziął szarą  jesionkę.  W  holu  pożegnał  się  ze  mną  wzrokiem.  Patrzał  na  mnie  tak,  jakby chciał  mnie  pożegnać  -   bardzo  smutno  i  wymownie.  Ja  zostałam  w  domu.  Oni  go  wy­prowadzili  i  już  potem  nie  wrócił.Opowiadali  mi  świadkowie,  że  prowadzony  był  główną  ulicą  Krzemieńca  do  wię­zienia.  Jak  się  później  dowiedziałam  od  współwięźniów,  jednym  z  ważniejszych  oskar­żeń  była  praca  publicystyczna  mego  męża,  w  szczególności  liczne  jego  artykuły  w  mie­sięczniku  kulturalno-społecznym  «Życie  Krzemienieckie»  o  tematyce  ideologicznej, społecznej  i  kulturalnej.  Był  też  indagowany  w  czasie  śledztwa  o  sumy  pieniężne  Li­ceum  Krzemienieckiego  i  Komitetu  Pomocy  Uchodźcom  pośpiesznie  wypłacone  zaraz po  17.9.1939  pracownikom  L.K.  (3-miesięczna  gaża)  oraz  licznym  uchodźcom  z  Pol­ski  centralnej.  Inni  współwięźniowie  mówili  mi,  że  wytykano  mojemu  mężowi  zie­miańskie  pochodzenie,  antykomunistyczne  przekonania  a  nawet  działalność  społeczną jego  ojca”40.

__________________________________________________________

CAŁOŚĆ

http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Niepodleglosc_i_Pamiec/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2009-t16-n2_(30)/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2009-t16-n2_(30)-s201-220/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2009-t16-n2_(30)-s201-220.pdf

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura