75 obserwujących
1264 notki
951k odsłon
466 odsłon

Niech weźmie swój krzyż... i idzie za mną

Wykop Skomentuj14

Krzywdzą nas ludzie, krzywdzą nas zdarzenia i okoliczności, może nade wszystko krzywdzimy się sami, swoją głupotą, złem, które popełniamy lub czynimy innym i sobie. Może największym naszym katem dla siebie stajemy się my sami, a nasze myśli, złe, agresywne wobec świata i nas, stają się też jakąś częścią krzyża, którego doświadczamy.

Więc "Niech weźmie swój krzyż" znaczyłoby, zaakceptuj. Zaakceptuj wszystko, co ci się stało. Nic, co zrobiłeś i tobie zrobiono, nic co miało miejsce w twoim życiu, nie powinno w nim - "nie być". Zupełnie odwrotnie, wszystkie twoje błędy, całe zło jakiego doświadczyłeś i doświadczasz - powinno być. Jest nieodłączną i niezbywalną częścią twojego życia, bo... było albo aktualnie jest. Akceptacja tego, wzięcie swojego krzyża, oznacza więc odrzucenie wszystkich tych scenariuszy: "Jak bym postąpił w życiu, gdybym wiedział? Jak pokierowałbym swoim życiem?"

To absurdy. "Niech weźmie swój krzyż" - oznacza, że twoje życie jest dokładnie takie, jakie powinno być. Ten cały ból i cierpienie, które chciałbyś z niego wyrzucić, te wszystkie pomyłki i zło, których byłeś, a może jesteś,  autorem, to wszystko miało w twoim życiu być. Nic, nigdy innego. Dlaczego? Bo tak właśnie było. Bo to "krzyż".

"Niech weźmie swój krzyż" - oznacza także rezygnację z oskarżania siebie o samooskarżanie. Rezygnację z karania samego siebie, za błędy, z oskarżania i potępiania samego siebie za - przecież tak wiele rzeczy. A tak byliśmy uczeni - tego potępiania siebie. Oznacza akceptację przeszłości i teraźniejszości bez zachowania odrobiny tego zdradliwego: "powinno być inaczej". Nie. Nie powinno. To tylko twoja uzurpacja, wola.

Ale co z przyszłością? Czy mamy nadal biernie znosić cierpienie albo ból, który nam zadają? Czy mamy je znosić w imię świętych zasad wiary, głoszonych nam przez "świętych mężów"? Czy "brać swój krzyż" oznacza pasywność w obliczu krzywdy i bólu? Czy to jest droga do świętości, czy może całkiem przeciwnie, to droga na manowce, gdzie światła prawie nie ma, hula wiatr, a kolce ostrokrzewu ranią przy każdym ruchu?

Wydaje się, że nie. Że znoszenie cierpienia, poniżania i zła, dla samego znoszenia, nie jest wartością. Że nic dobrego z tego, dla człowieka nie wynika. Że przeciwnie. Tępieje człowiek w takim posłuszeństwie. Wykrzywia własne człowieczeństwo. Więdnie w nim to, co wielkie, a zostaje tępa gorycz i chęć potępienia innych i siebie, albo znowu kamienne przekonanie, że jakimś cudem ta bierność w obliczu krzywdy jest zasługą najwyższą naszą, więc wszyscy, co wątpią w tę "świętą naukę" - na pohybel im.

Więc nie jest dobrze cierpieć ani znosić ból. To nie jest cel ani przeznaczenie człowieka. Pan Jezus wyraźnie i dobitnie to ukazywał, bo gdy spotykał cierpiących, to zamiast ich zachęcać do wytrwałego utkwienia w bólu - uzdrawiał ich ciała i umysły. Cierpiącym Marii i Marcie przywrócił do życia brata - Łazarza. Sam nawet stojąc przed jego grobem - zapłakał. Bo nie przyszedł ludziom przynieść bierne wepchniecie ich w ból, przyszedł ich wyzwolić. I dlatego też, gdy nie mieli co jeść, to ich nakarmił. Gdzie się nie obejrzymy, cierpienie i ból łagodził, i to jest jakaś wskazówka, która podpowiada, że znoszenie bólu samo w sobie, wyrażające się pasywnością wobec rzeczywistości, nie jest niczym dobrym, zupełnie odwrotnie.

A jednak cierpienia uniknąć nie możemy i musimy je zaakceptować wg Jezusa, bo jednak: "Niech weźmie swój krzyż". Skąd się bierze to cierpienie, ten krzyż, który jednak zaakceptować będziemy musieli? Otóż bierze się ono z dwóch źródeł. Pierwsze to, to, o którym mowa była do tej pory. Mimo całych naszych wysiłków, by zbędnego bólu nie doświadczać, by unikać, omijać, likwidować cierpienie wyrażające się w nieskończonej liczbie możliwych form, krzyż i tak się pojawi. Nie unikniemy wszystkiego. W różnym zakresie ból - będzie nam dany.

Bo nas napadną. Bo nas oplują, okradną, oszukają, poniżą, pobiją. Bo sami znów głupio pobłądzimy. Bo wrócimy do zgubnych nawyków, uzależnień, zwyczajów czy zachowań. Bo wprowadzą coś, co nas podłamie i ugnie. Bo wypadek itd. Więc życie mimo naszego w nim "lawirowania" i tak przyniesie nam w przyszłości ból. I gdy się to stanie, wypada nie mieć o to pretensji. Nie potępiać za mocno - a może wcale? - siebie i innych, i samego życia. Wypada to zaakceptować, mówiąc - takie jest życie, nie udało się mi tego ciepienia uniknąć, więc jest ono częścią życia, która miała w nim być. Jest... krzyżem, który biorę, z całą świadomością.

Ale jest drugie źródło cierpienia w przyszłości... przed nami. Takie cierpienie i ból, którego nie unikniemy, jeśli. Jeśli spróbujemy, jeśli zdecydujemy się pełnić naszą "misję". Co jest naszą misją? Co było misją Jezusa? Jego misją było ofiarowanie swojego życia za i dla ludzi. Jeśli chciał swoją misję wykonać, nie mógł cierpienia uniknąć, musiał "przyjąć krzyż". To była cena. Cena za dobro, które chciał/musiał wykonać.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo