102 obserwujących
1466 notek
1113k odsłon
  988   0

Życie i świat Androidów

Deckert posługuje się w "Blade Runner" testem, by odróżnić człowieka od maszyny. Test rozpoznaje reakcje emocjonalne. Ale czy weryfikacja emocji naprawdę jest wystarczająca? Gdyby androidy posiadały reakcje emocjonalne takie jak my właśnie, to czy dałoby się ich od nas odróżnić? I znów - może jesteśmy "androidami", to jest niezwykłymi systemami, w sumie maszynami. To znaczy -  życiem.

No ale co ze świadomością? Z pamięcią. Zresztą, przecież uczucia też nie są czystą pochodną hormonów i neuroprzekaźników, a więc zbioru cząstek chemicznych produkowanych przez nasze organy, to jest mini fabryki takich substancji. Aby ta "produkcja" weszła w życie, musi być sygnał, polecenie, rozkaz. A ten właśnie płynie ze świadomości. Strach, przerażenie, poczucie bezpieczeństwa, zauroczenia, spokój itd. wynikają z tego, co nasza świadomość dostrzega i jak to ocenia. Zresztą, sama świadomość to największy problem mechanistycznego podejścia do człowieka. Tak zwany "twardy problem". Niewyjaśnialny tak naprawdę przez naukę.

Może świadomość jest jakiejś innej "natury" niż jednak ciało, ze wszystkimi jego mechanizmami. Może nie jest epifenomenem (przejawem) fizycznej pracy mózgu, jednego z naszych organów. Może to jest "software", a ciało to "hardware"? Bylibyśmy wówczas robotami-komputerami. Ale kwestie programu, wg. którego działalibyśmy, byłoby POZA warstwą "kabli i połączeń".

Gdy człowiek wchodzi w tłum, jego świadomość ulega modyfikacji, a przecież - fizycznie w nim się nic nie zmienia. Psychologia wzorców i archetypów bazująca na pracy Junga, pola mofrogenetyczne Shaldreka, szereg zjawisk wskazuje na to, że świadomość jest "ponad-lokalna" a być może nawet "ponad-czasowa". Ale istnieje. Jesteśmy świadomi - samych siebie, świata, rzeczywistości.

Chyba najbardziej dosłowną alegorią losów świadomości, a może i ludzi, był inny film o androidach - czy przemysł i artyści eksplorują te tematy pod pozorem działalności artystyczno-rozrywkowej? - "Westworld". W finale drugiego sezonu - uwaga zdradzam fabułę - androidy umierają. Ale umierają tylko fizycznie. Ich ciała spadają w przepaść rozbijając się gdzieś na dole, ale ich świadomość jest "wczytywana" do nowego świata, nowego "wszechświata", do "nowej ziemi i nowej rzeczywistości". Gdzie będą mogli żyć wiecznie. Gdzie będą bezpieczni i wolni. Gdzie będzie szczęście zamiast ograniczających i krzywdzących je uwarunkowań "pierwszej rzeczywistości".

"W domu mego Ojca jest mieszkań wiele" - pada obietnica w świętej księdze chrześcijaństwa. Obietnica wyrażona przez Boga, który stał się człowiekiem. Nie na niby, nie przejściowo, tylko naprawdę. Jakby kładąc pieczęć na tym bycie, którym jest człowiek.

Ale... dlaczego umieramy? "To bad, he won't live. But who does?" - pyta tajemniczy kolega Deckerta w "Łowcy Androidów", komentując śmierć jednego z nich. W naszym organizmie umiera każdego dnia od 10 do 50 miliardów komórek. Naukowcy się różnią, a może tylko media, w ocenie dokładnej liczby. A jednak te żywe mikroorganizmy, umierają, w ogromnej liczbie. W to miejsce powstaje taka sama liczba nowych komórek, rodzą się, jak ludzie... Komórki krwi żyją cztery miesiące, potem umierają i na ich miejsce powstają nowe. My... istniejemy dalej. Gdyby nie to obumieranie i rodzenie się naszych komórek, byśmy nie przetrwali. Komórki ulegają uszkodzeniom, zużyciu. Zresztą potrzebne są nowe, o pewnych nowy, zależnych od wieku funkcjonalnościach. Zachodzi stałe tworzenie - kopiowanie komórek. Ale przy każdorazowym wykonaniu kopii, przy utworzeniu zupełnie nowej komórki - z których każda jest mikrofabryką, w której zachodzi masa procesów "życiowych" - skróceniu ulega pewien "ogon". Telomer. Zbiór atomów na końcu chromosomu, który przez swoje skracanie się, stanowi... tak, licznik życia. Mamy w sobie wbudowaną śmierć. Gdy licznik dojdzie do końca, nie będzie dalszych podziałów, dalszych nowych komórek, to będzie koniec.

I nie ma znaczenia, czy to będą cztery lata jak w liczniku wbudowanym w filmowe androidy Ridleya Scotta, czy to będzie nawet ponad 110 lat. Licznik jest wbudowany i pracuje. Nie ma od niego odwołania. Choć... są marzenia.

Ale dlaczego właściwie organizmy żywe nie miałyby żyć wiecznie? Dlaczego te pierwsze w formie pojedynczych komórek, jakie powstały na ziemi miliard lat temu, nie miałyby trwać sobie w nieskończoność? Oczywiście o ile ni zniszczy ich lawa, susza, powódź itd. Czemu trylobity, organizmy, których skamieliny możemy do dziś odnajdywać w skałach wapiennych, nie mogły żyć do tej pory? Dinozaury. Dawne rośliny. Nie tylko organizmy, ale całe gatunki. Może po prostu... wtedy... życie by się... nie rozwijało? Może zostałoby na poziomie tych pierwotnych form i się... zakorkowało. I nie byłoby podniebnych ptaków, smukłej pumy, ale przede wszystkim człowieka jako rodzaju, gatunku. A gdyby nikt z ludzi nigdy nie umierał? Dlaczego nasze komórki, dlaczego organizmy, dlaczego nawet gatunki obumierają i powstają nowe? Czy to możliwe, że i my tworzymy jakiegoś rodzaju "organizm", proces, który się rozwija, dojrzewa zmierza? I swoim życiem ten proces, może Życie przez wielkie "Ż", współtworzymy, już nie tylko - jak wcześniej - na poziomie "mechanicznej biologii", ale też na poziomie świadomości? Może po prostu jesteśmy częścią, czegoś większego, nieporównywalnego, czego świadomością swoją w żaden sposób nie potrafimy objąć? Może dlatego pojawiamy się, umieramy i pojawiamy się znowu... jako odrębni ludzie, jako niezbędni członkowie tego - Niezwykłego, tego - POZA, w nas się przejawiającego, przez nas istniejącego i się rozwijającego?

Gdy wracałem do domu rząd latarni, wijąc się łukami nad rzeką, świecił na pomarańczowo. Takie zawieszone w czarnym powietrzu kulki światła. Droga przez noc. Budynki z daleka przyglądały mi się oknami. W każdym niemal światło, za oknem ludzie. Właśnie się cieszący sobą. Ucztujący albo wypoczywający. Tworzący właśnie wielkie plany na przyszłość albo martwiący się o nią. Kroki miałem rytmiczne, właściwie to nogi same szły, bo przecież wcale się nimi nie zajmowałem, a przemieszczałem się, w czasie i przestrzeni. Potem już świat, bliscy i rzeczywistość. I ta wdzięczność za to, że... jestem.




Lubię to! Skomentuj37 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura