39 obserwujących
725 notek
929k odsłon
3341 odsłon

Przeminęło z wiatrem do końca

Wykop Skomentuj32

Kiedy David O. Selznick przeczytał powieść Margaret Mitchell uderzył się z radości po udach twierdząc, że stworzy najwybitniejsze dzieło filmowe wszech czasów. Początkowo miał być to  remake  "Narodziny  narodu"  D.W. Griffitha (1915), ale przekonany co do wizji uparty David pojechał do Mitchell i za 50.000 dolarów kupił od niej prawa do sfilmowania nagrodzonej Pulitzerem powieści. Selznick miał już bowiem od połowy lat 30-tych własne studio filmowe funkcjonujące pod jego nazwiskiem, a wraz z nim nakręcone parę filmów, w tym jeden hit w/g powieści Marka Twaina pt. "Przygody Tomka Sawyera"  wyreżyserowany przez Michaela Curtiza (1938).

Kiedy Selznick spotkał się z Mitchell w celu nabycia praw do nakręcenia filmu poprosił także i oto aby  autorka przebywała na planie zdjęciowym i krytykowała wszystko co uzna za stosowne. Mitchell wywiązała się dość szybko z tego zadania, lecz spotkał ją zawód. Selznick nie miał zamiaru wcale jej słuchać, wobec czego obrażona, do końca zdjęć nie odezwała się ani słowem. 

Tymczasem prace nad filmem szły pełną parą niczym budowa "Titanica". Reżyserem wszystkiego został George Cukor. Napisania scenariusza podjął się mieszkający w  ‎Massachusetts dramaturg Sidney Howard. Scenarzysta  rozpisał jednak powieść na ponad pięciogodzinną projekcję. Selznick się wściekł i zaprosił Howarda do Hollywood. Scenarzysta niechętnie, bo niechętnie, ale udał się do miasta aniołów gdzie czekali go Selznick z Cukorem. Prace nad scenariuszem wbrew pozorom zwolniły jednak na tyle, że Selznick złapał to co spisali razem w trójkę pod pachę i wyjechał na Bermudy.  Tam scenariusz dokończył. Wrócił do Hollywood ponoć z czterema walizkami szkiców i zakomunikował Sidneyowi że wyciął sceny z Ku-Klux-Klanem "Mam nadzieję, że zgodzisz się ze mną na ten brak, który może wyjść na nieumyślną reklamę dla nietolerancji społeczeństwa w tych faszystowskich czasach".

Równolegle z pisaniem scenariusza rozpoczęto także poszukiwać odtwórców głównych ról. W roli Rhetta Selznick widział kilku aktorów: Ronalda Colmana,  Errola Flynna, Clarka Gable i Gary'ego Coopera. Colman okazał się totalnym nieporozumieniem. Flynn zajęty był akurat pracą nad "Przygodami Robin Hooda", zaś Cooper kategorycznie  odmówił zagrania w filmie Selznicka, a dowiedziawszy się dodatkowo, że na jego miejsce przymierzany jest Clark Gable (ten również się wahał)  dodał złośliwie, że liczy na to, iż tą rolą Gable się pogrąży.

Pogrążyłby się i owszem gdyby wziął wówczas udział w kiczu zwanym "Parnell". Gable jednak wybrał "Przeminęło z wiatrem"  a zgodził się ostatecznie wówczas kiedy Selznick podsunął mu pod nos zadatek, czek na sumę 50.000 tysięcy dolarów.

Suma ta pozwoliła Clarkowi opłacić rozwód  i wziąć kolejny ślub z blond Venus, aktorką Carole Lombard. Żeby było ciekawiej Clark Gable aby zagrać w "Przeminęło z wiatrem"  musiał mieć zgodę od swego pracodawcy, czyli Luisa B. Mayera, właściciela potężnej MGM, prywatnie... teścia  Davida O. Selznicka, który również ostrzył sobie zęby na realizację powieści.

Sęk w tym że zięć teścia ubiegł w planach, ale teść mimo to liczył na obfite zyski. 

Podpisano więc umowę, i tak 9 stycznia 1938 r. Selznick dostał Clarka Gable'a oraz 1 250 000 dolarów na koszty produkcji, w ​​zamian za udzielenie prawa do dystrybucji i 50% zysków, 15% udziałów Loew's Inc. jak również zobowiązanie do zapłaty Gable'owi tygodniowo 4 500 dolarów wynagrodzenia. Nikłe to były sumy, skoro już na początku wyświetlania go w kinach film zarobił niebotyczną jak na tamte czasy sumę 20 milionów dolarów.

Selznick jednak ostatecznie wypracował sobie na tym co zaplanował  4 000 000 dolarów. Niestety, kilka lat później odsprzedał swoje prawa do filmu Johnowi Hay Whitney'owi za  400 000 dolarów, aby zachować płynność swojej niezależnej firmy produkcyjnej. John Hay Whitney, który chyba nie wiedział bardzo co ma z tym fantem począć sprzedał  prawa do "Przeminęło z wiatrem"  z powrotem do MGM za 2 400 000 dolarów. W ten sposób Louis. B. Mayer dopiął swego.

Podobnie, choć nie do końca jak z Gable, było z Leslie Howardem wytypowanym do roli młodego Ashleya Wilkesa. Howard, który zmarł w kilka lat po nakręceniu "Przeminęło z wiatrem"  twierdził stanowczo, że jest do tej roli za stary, mocno się przy tym  opierając. Selznick jednak nie ustępował. Odpowiedniej wysokości czek, w tym prawo do produkcji "Intermezzo"  oraz wszechmocni charakteryzatorzy  uczynili, że Leslie ładnie odmłodniał, stąd twarz młodego Wilkesa na zawsze zostanie zapisana w naszej pamięci jako twarz Howarda.

Do roli Scarllet przymierzano również  wiele aktorek. Największe szanse miała początkowo Tallulah Bankhead oraz Judy Garland, która jednakże odpadła z wyścigu o rolę za sprawą "Czarnoksiężnika z Oz"  w reżyserii Victora Fleminga, a obok nich m.in. Paulette Goddard, Carole Lombard (protegowana Clarka Gable'a), Susan Hayward, Lana Turner, Barbara Stanwyck i Vivien Leigh, którą to Selznick poznał osobiście jeszcze przed zdjęciami próbnymi za sprawą rodzonego brat Myrona, który przedstawił mu Leigh słowami: "David, poznaj swoją Scarlett O'Hara".

Musiało być coś na rzeczy w tej historii, bo tylko Leigh i Goddard miały zdjęcia próbne w kolorze.

W roli Melanii Selznick widział wyłącznie Olivię de Havilland, ale ta należała do Wytwórni Warner Brothers, której to szef, Jack Warner niechętnie wypożyczał swoje gwiazdy innym.  Zgodził się dopiero za wstawiennictwem własnej żony, do której z prośbą o pomoc udała się potajemnie de Havilland.

Na początku roku 1939 produkcja mocno jednak okulała, gdyż George Cukor kręcił   w leniwym tempie co podnosiło znacznie koszty i tak już mocno naciągniętego łuku finansowego jakim była ekranizacja powieści Mitchell. Selznick zaczął więc zastawiać majątek, ale pierwsze co zrobił, to wywalił Cukora. Jego miejsce zajął wspomniany wyżej Victor Fleming, który zdążywszy  uporać się z "Czarnoksiężnikiem z Oz"  wszedł do studia i z mety odrzucił.... scenariusz "Przeminęło z wiatrem".

Prace nad filmem stanęły więc na ponad dwa tygodnie. W tym okresie nowy scenariusz w tempie ekspresowym na podstawie tego co wcześniej napisał Sidney Howard ogarniał teraz  Ben Hecht. Przez ten, i cały następny czas wyrzucony z pracy przez Selznicka Cukor pojawiał się jednak  w studio w weekendy gdzie udzielał prywatnych lekcji gry Vivien Leigh, która będąc aktorką teatralną źle sobie radziła przed kamerą paląc z nerwów po cztery paczki papierosów dziennie. Selznick poprosił  też Alfreda Hitchcocka o pomoc w scenie, w której kobiety czekały na mężczyzn z nalotu na Shantytown, a Melanie czyta "Davida Copperfielda". Hitchcock wydał precyzyjne wskazówki, łącznie z dokładnymi opisami ujęć jak to zwykł robić w czasie realizacji własnych filmów.

Ogólnie,  w realizacji przedsięwzięcia panował niezły chaos  wymuszony terminami, bo w pewnym momencie sceny kręciło aż pięć ekip jednocześnie. Mimo to efekt końcowy okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę dziesiątek. Osobiście  przyznam, że do tej pory nie wiem jaką techniką nakręcono wjazd kilkunastu karet w legendarną cienistą dębową alejęt, skoro dęby i okolica były...namalowane.

Obok tego wszystkiego  był również mini skandal dialogowy ze słynnym wyznaniem Rhetta, który mówi do Scarlett na pożegnanie: "Szczerze, moja droga, gówno mnie to obchodzi".

Zaś w dniu premiery w Atlancie ze względu na segregację rasową nie została zaproszona na nią czarnoskóra zdobywczyni Oscara za rolę drugoplanową w "Przeminęło z wiatrem"  Hattie McDaniel. 

Dlaczego tak się rozpisałem na temat tego filmu? Bo dwa miesiące temu, w Paryżu w wieku 104 lat zmarła zdobywczyni  dwóch Oscarów niezapomniana Melania z "Przeminęło z wiatrem" , czyli  Olivia de Havilland. Do końca sprawna intelektualnie i fizycznie. Na kilka miesięcy przed śmiercią jeździła rowerem

Teraz to już naprawdę "Przeminęło z wiatrem"...

Wykop Skomentuj32
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura