13 obserwujących
166 notek
33k odsłony
48 odsłon

Z notatnika chorążego Kulbaki - pisane podczas powstania warszawskiego

Wykop Skomentuj1

Apokalipsis cum figurus     I

Onanizuj się chłopcze, tu nie ma twej niani
W ruinach twego domu fosforyt paruje
To co widzisz w około, to tylko omamy
Jakiś felczer rodzącej krocze opatruje

Już trzecią dobę ryje we flakach, jak świnia
 Zawija rany, szyje, posypuje proszkiem
Traktuj to, jako rodzaj koszmarnego kina
Właśnie poszedł się przespać z świeżym truposzkiem

Katecheta zwariował, z kurwami barłoży
Zamtuz niemiecki, ale z czysto polskim syfem
Ujada, w koloratce, jak pies na obroży
Na francuskich jebaków z wielkopańskim szychem

Jakbyś chodził po linie, ugina się ziemia
Ulica się kołysze, jak statek pijany
Zgwałcona pielęgniarka złapała szerszenia
I przykłada go sobie na srom rozerwany

Jakiś Niemiaszek między jej nogami
Goły jak noworodek ubabrany juchą
Spija z niej spermę chciwymi wargami
I ssie palec u nogi pijany siwuchą

Koledzy z Hitlerjugend odeszli rabować
A on się trzęsie w amoralnym szoku
Jakby chciał się z powrotem do macicy schować
Szukając ocalenia w rozerwanym kroku
 
Porzucając kamratów z pancernej dywizji
Którzy jak stado wilków w wariackim szale
Pobiegli szukać złotych wojennych prowizji
Sreber, futer, zegarków, ubabranych w kale

Kałmuk przymierza kontusz, wyloty zarzuca
Jak szewc cholewy buta, przyszywając dratwą
Dziurę w mosznie na jajach młodego Kuruca
A służąca im obu obciąga fellatio

Twój porucznik gdzieś zniknął, zasypany gruzem
Nie płacz, nie ma lepszego nic na ukojenie
Został jedynie kapral, nosi kciuki luzem
Niż masturbacja i męskie golenie

Skoro nasze kobiety żałują nam szpary
W kontredansach przesądu, w obliczu pożogi
Nasze myśli w obłędzie pełzną jak homary
Żeby im opleść dupy i wleźć między nogi

Ale nie proś je więcej o śmierdzącą dziurę
Bo przecież już nadchodzi ze Wschodu nawała
Lepiej włóż go w sterczącą z wodociągu rurę
Która weźmie je wszystkie na swojego wała

Dają chętnie zwycięzcom za obce waluty
Dlatego że są silni, a my bardzo bladzi
Więc dają temu, kto im twardziej wsadzi
Kupując dziwkom francuskie półbuty

Zbrojne hufy niebiańskie sprowadził Anhelli    
Miecz egzorcyzmów śwista w ręku księdza Jacka
Obwieszeni w szkaplerze młodziankowie w bieli
Nawet murzyn nas broni, podobny do gacka

Walczą przeczyste duchy w dymach nad stolicą
Archanioły zmagają latające gady
Biją mocno w szatana, wraz z czystą dziewicą
Lecz wracają do nieba, bo nie dają rady

Bo anioł nie potrafi wypierdolić z piata
Tylko  dobrem zwycięża szatańskie mamidła
A każde zbrojne starcie z panem tego świata
Przypłaca krwawym guzem i złamaniem skrzydła

Jakiś serafin wszedł do grupy „Żywiciela”
A potem gdy się bili, zaplątał się w kupę
Ogrów, którym chciał służyć nauką Zbawiciela
Ale go przegonili i kopnęli w dupę

Trudno wymagać od natur subtelnych
żeby sobie brudziły ręce w ludzkim łajnie
kiedy się palą wśród ogni piekielnych
pełne smrodliwych gnojów Augiasza stajnie

Od przodu barykady zaczyna się wygon
Tatarskie dymy z ognisk, idą sinym słupkiem
A obok niego stoi krwawy Strzygoń
I nabija falkonet noworodka trupkiem

Nagle matka się budzi w pierzynach pod mostem
Goła, zrywa się z krzykiem i leci po szablę
Gdyż jej się śniło, że się pieści z chwostem
„Dlaczego bijesz konia, ty ułański diable ?!”

Krzyczy do Józia, co mu na reducie
Urwało właśnie chuja, już leży na noszach
Jakieś oko wybite dynda się na drucie
I śmieje się, jak stworek Hieronima Boscha   

podniósł je z gnoju i włożył do dziury
w dupie, by lepiej widzieć wyroki Syjonu
wiszące nad Warszawą z promienistej chmury
że Lechici już nigdy nie będą mieć domu

Że ten bój jest ostatni. Przyjdzie nowe plemię
Które ukochał Jahwe wśród judejskich dolin
I osiądzie nad Wisłą izraelski szlemień 
Pieniądzem  zdobywając ukochaną Polin

Obtarł oko z godnością, oprószone gruzem
Obrażony na wszechświat syczących palników
Podparł skrwawioną ręką czoło z wielkim guzem
I wpatruje się tępo w balet nieboszczyków

Spoważniał – ujrzał z boku skrzydlatego konia
Wokoło kwitnie leśmianowska łąka
I dobry Pan Bóg chodzi w postaci Strzygonia
A w słońcu się wygrzewa żebracza biedronka

Naraz gdzieś blisko słychać szczekot pistoletów
To pewnie ciotka doi wciąż stracha na wróble
Nerwy już idą ku mnie w prefiksie szkieletów
Co się dupczą w tej chwili na śmietniku w pudle

Krew się wylewa z żyły na soczystą zieleń
Strzelec czeka w dąbrowie na rumianą młódkę
I z kamienia na kamień przeskakuje jeleń
I cisza, jak w kostnicy zamkniętej na kłódkę

Wyrysowane wszystko stoi ostrą kreską
Barykada, mój ojciec, jego ruska kurwa 
Wszystko to przesłonięte od wychodka deską
Bo ktoś z ikonostasu carskie wrota urwał 

Niemcy podeszli blisko, co za miłosierdzie
A tu ojciec z tą kurwą ślub biorą w kościele
Czarny laufer kolanem miażdży mi osierdzie
Jakbyś rozmazał świeżą akwarelę
 
Słowa nieznane, obce, padają jak strzały
Ale nie robią krzywdy – erynie łaskawsze
Aporie eleackie  łąkę rozmywały
I wszystko się stało nieważne na zawsze

Na koniec, podkreśl jeszcze, że na tym obrazku
Jak pola Starzewskiego, wszystko równoważne
W Komendzie Głównej „Bora” wisi ktoś na pasku
A poza tym, nieważne,  już wszystko nieważne

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale