2 obserwujących
54 notki
36k odsłon
183 odsłony

Dlaczego nie warto brać udziału w wyborach parlamentarnych?

Wykop Skomentuj1

Jeżeli ktokolwiek na poważnie ostrzy sobie zęby na jakichś: „wolnościowych posłów” to muszę was poważnie zmartwić. Jedna jaskółka wiosny nie czyni i prędko zostanie przekrzyczana w gąszczu gardłujących dziesiątek pozostałych parlamentarzystów (których w sejmie zasiada 460, a 5 procent progu wyborczego gwarantuje wprowadzenie tam maksymalnie kilkunastu), nie mając nawet znikomego wpływu na większościowe wyniki głosowań nad szkodliwymi ustawami i podpisywane akty prawne. Wiara w konia trojańskiego, który inwigiluje system od środka trwa od wielu lat z równie dziecięcą naiwnością. To jakby wierzyć, że oddziały Sonderkommando mogą przejąć kontrolę nad die Schutzstaffel der NSDAP w ramach zarządu obozu koncentracyjnego, jeśli tylko się odpowiednio zorganizują i mocno uwierzą w zwycięstwo. Trudno o bardziej naiwne myślenie. Wypowiedzenie kilku prostych słów z mównicy sejmowej nie równa się jakiejś wielkiej, marketingowej niespodziance, która doprowadziłaby do triumfu idei wolnościowych. To nawet nie jest wielka reklama, bo prędko by ją przesłoniły kolejne tematy zastępcze.

Wykorzystywanie metod politycznych, czyli posługiwanie się aparatem państwa do osiągania celów przymusem instytucjonalnym jest nieetyczne pod względem wolnościowym. Wolności nie nadaje się bowiem ani nie narzuca w żaden sposób, ponieważ jest prawem naturalnym, obiektywnym, przyrodzonym od najmłodszych lat życia, od samego poczęcia w łonie matki i nie wychodzi ona ani z lufy karabinu ani papierka rządowej ustawy lub dekretu. Wiara, że drapieżny wilk (czyli państwo) po całych wiekach polowań, jeśliby go odpowiednio ugłaskać i oswoić, nagle usiądzie potulnie obok stada owiec (czyli obywateli) i zacznie je chronić przed zewnętrznymi niebezpieczeństwami i przestanie spożywać ich mięso (czyli grabić ze świadczeń podatkowych), przechodząc na wegetarianizm (czyli paradygmat liberalny) to utopijna mrzonka garstki niedojrzałych fantastów.

Polityka jest zarzewiem zła, wynaturzonej zgnilizny i paszczą lwa, która demoralizuje do szpiku kości każdego kto zacznie aktywnie partycypować w jej strukturach, nieuchronnie skłaniając do atrakcyjnej korupcji, defraudacji i pasożytniczej egzystencji na cudzy koszt, choćby początkowo był bardzo szlachetną i uczciwą jednostką. Zmiana zestawu prosiaków przy korycie nie zmienia jego cuchnącej zawartości, tam nadal znajdują się ekskrementy. Od jednej bakterii we wspomnianej wyżej paszczy nie nastąpi próchnica uzębienia i szczęki: „potulnego kociaka” nadal mogą się zaciskać do woli na karkach niewolników, eufemistycznie i dla niepoznaki nazywanych obywatelami. Próby wewnętrznych reform muszą zakończyć się niepowodzeniem.

Wyzwalać powinniśmy się wyłącznie oddolnie i dobrowolnie poprzez pracę u podstaw między innymi w środowiskach masowych mediów (w tym między wieloma innymi tych społecznościowych, ale także klasycznych jak rozgłośnie radiowe i telewizyjne), na katedrach akademickich, w sferach pop kulturowych np. literaturze pokroju beletrystyki, muzyce, filmach fabularnych, grach video, spektaklach teatralnych lub operowych, w ramach organizacji trzeciego sektora i pożytku publicznego, w akcjach charytatywnych, podczas transmisji na żywo, w happeningach itp., nie zaś odgórnie w budynku sejmu. Tam się nie zaczyna wolność tylko permanentne zniewolenie umysłów. Wolność musi przenikać do mas ludzkich i stawać się popularna i „fajna” dla postronnych obserwatorów, dla szarych Januszy Kowalskich zamiast być kojarzona z rywalizacją politycznych aparatczyków i klakierów o stołki rządowe, co na wstępie zohydza cały zamysł.

Zanim w ogóle pomyśli się o rozwiązaniach politycznych, jeśli już uzna się je za konieczne, należy zasiać ziarno nowej mentalności, postarać się ją stopniowo przeobrażać i zmieniać poprzez długofalową, wytężoną edukację i kontr-kulturę oraz aktywizm na wielu frontach. Kluczowym jest powołanie do życia pewnych elit, które poprowadzą taki ruch na swoich sztandarach i tchną w niego pierwiastek charyzmy, na co potrzeba nawet do kilku pokoleń, więcej pozytywizmu, a nie pojedynczego, romantycznego zrywu. Ta jesień zbyt prędko nie nastąpi. Na dzień dzisiejszy taka inicjatywa jest pozbawiona głębszego sensu i wręcz niemożliwa, bo nie istnieje nawet znikome zaplecze merytoryczne, struktury terenowe ani elektorat.

Wolnościowy polityk to moim zdaniem oksymoron, semantyczna zabawa podobnego kalibru jak prosty zakręt, ciepły lód czy też zimny ogień albo wprost kwadratura koła. Gdyby głosowanie mogło cokolwiek zmienić już dawno zostałoby systemowo zdelegalizowane i zakazane. Przeciwstawna postawa tzn. zaufanie do mocy sprawczej ustawodawców, pozwalających łaskawie wypełnić kwitek po upadku na kolana przy urnie raz na cztery lata, by wymodlić nową formułę opresji wraz z nazwiskiem pasterza stada potulnego bydła, jest zarzewiem mentalności niewolniczej, totalnie poddańczej, naiwnej niczym dzieci błądzące we mgle po omacku. W związku z tym tzw. cisza wyborcza powinna stać się wiekuista. Możliwość zmiany wystroju własnej klatki i poszerzenia jej wybiegu albo zmiany stopu metalu, z którego zbudowany jest łańcuch na szyi lub pręty krat, to żadna wolność tylko jej tani substytut. Drogi garnitur i śnieżnobiały kołnierzyk nie uczynią żadnego człowieka lepszym, mądrzejszym, uczciwszym, bardziej kompetentnym itp., więc nie powinny stawiać go na pozycji uprzywilejowanej względem innych ludzi. Polityk to taki sam człowiek zbudowany z tej samej materii, z krwi i kości jak my wszyscy, żaden bożek, który jest uprawniony by nami rządzić.

Farsa wyborcza to jedynie konserwacja systemu i bierna legitymizacja wiecznie nienasyconego aparatu Lewiatana i kontr-produktywna gra na zasadach demokratycznych narzuconych przez naszych antagonistów, prowadząca do przedwczesnej kapitulacji rozumu. Na przestrzeni ostatnich kilku stuleci usiłowano ograniczyć władzę na co najmniej kilka sposobów od monteskiuszowskiego trójpodziału władz na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, przez pusty świstek ustawy zasadniczej (czyli konstytucji) w ramach kontraktualizmu, która jest jedynie unilateralnym (czyli jednostronnym) dokumentem, którego żaden z obywateli nie podpisywał i do którego władza się ewidentnie nie stosuje, pochodzący od liberalnej koncepcji: „umowy społecznej” (którą ja wolę nazywać antyspołeczną), przez partiokrację po demoliberalną kadencyjność wyłaniania władz w pięcioprzymiotnikowych wyborach, które nie są ani tajne, ani równe ani proporcjonalne itp., więc to bujda na resorach. Żaden z tych sposobów nie ograniczył państwa i nie powstrzymał jego dalszej ekspansji.

Tymczasem to powstrzymanie się od głosowania zmienia wszystko i wywiera znaczący wpływ na układ sił. Jest równoznaczne z głosowaniem nogami przeciwko wszystkim naraz, z tzw. obywatelskim nieposłuszeństwem, z pokazaniem każdej partii z osobna jaka by ona nie była, środkowego palca, z odrzuceniem każdego kandydata i powiedzeniem „wszyscy won!” jak niegdyś słusznie namawiał znany podróżnik i dziennikarz Wojciech Cejrowski. Czemu mamy głosować na siłę, tryhardować wbrew swoim przekonaniom i interesom? Działać irracjonalnie na własną szkodę pomimo nieufności, tylko dlatego że odczuwamy jakiś imperatyw wewnętrzny, jakąś wyższą potrzebę czy konieczność spełnienia: „obywatelskiego obowiązku” czymkolwiek by on nie był, wpojonego przez propagandę państwową i masowe media, które pozostawiają poczucie gorszości i niespełnienia w przypadku zaniechania wyboru? Im jest przecież na rękę, kiedy legitymizujemy ich rządy i za pomocą umieszczenia papierka z nazwiskiem kandydata w urnie pokazujemy, że wyrażamy zgodę na to, by ktoś nami rządził i kierował poczynaniami.

Wyobraźcie sobie co by było, gdyby wszyscy tak czysto hipotetycznie powstrzymali się od głosu. To państwo zbudowane wyłącznie z dykty, taniego paździerza i tektury musiałoby ogłosić kapitulację i z dnia na dzień runąć w posadach, nikt (poza krewnymi i znajomymi królika, którzy razem nie spełniliby minimalnych kryteriów ilościowych) by go nie wspierał, nikt by nie darzył zaufaniem i sympatią, dlatego musiałoby się poddać i wycofać do defensywy, straciłoby społeczną legitymację i o to właśnie chodzi, by ich wyrzucić na bruk i podziękować serdecznie za dotychczasową „pracę”, bo nikt ich dłużej nie potrzebuje. Finalnie wyrządzają nam więcej szkody niż pożytku. Im mniej osób idzie na wybory, tym mniejsza frekwencja, a to wyraźny sygnał alarmowy dla wyłanianych reprezentantów. Zapali im się wewnątrz czaszki czerwona lampka. Im mniej osób ich popiera tym mniej mają społecznej aprobaty swoich poronionych pomysłów i szkodliwych projektów ustaw, tym bardziej są zaniepokojeni i zmartwieni swoją sytuacją i jej niestabilnością. Muszą zdawać sobie sprawę, że nie są mile widziani, że obywatele pałają wobec nich nieufnością i dezaprobatą, że ich stołki są zagrożone czy to rychłą wizją rewolucyjnego przewrotu czy ewolucyjnymi zmianami koniunkturalnymi. Zaczną się wówczas obawiać, czy robią coś nie tak, czy muszą zmienić strategię marketingową i czy na światło dzienne nie wyjdą ich liczne machlojki, dlatego zaczną uważać na każde słowo, gest i działanie będąc na celowniku wnikliwych krytyków uważnie patrzących im na ręce.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka