2 obserwujących
57 notek
36k odsłon
120 odsłon

Podstawy infoanarchizmu

Wykop Skomentuj3

Infoanarchizm zawiera postulat zniesienia tak zwanej: „własności intelektualnej,” nie stanowiącej w rzeczywistości żadnej konkretnej własności, przy czym będącej bezsensownym tworem antyrynkowym, za czym przemawia wiele racjonalnych argumentów, przedstawionych między innymi przez amerykańskiego prawnika i anarchokapitalistę, Stephana Kinsellę w jego około 60-stronicowej pracy pt. „Przeciwko własności intelektualnej” (ang. „Against intellectual property”). Oto niektóre spośród nich:

1. Każdy patent na wyłączność czy też prawa autorskie zaburzają naturalną rynkową konkurencyjność i prostotę przepływu informacji, powstrzymują innowacyjność, blokując drogę wielu zagranicznym, a nawet rodzimym firmom tworząc szkodliwe, tymczasowe quazi-monopole, znacznie osłabiające jakość sprzedawanych towarów i usług, utrudniające bądź uniemożliwiające inspirowanie się na mocy prawa cytatu, tworzenie pastiszów lub swobodnych wariacji i parodii.

2. Jeżeli dani artyści udostępniają swoje utwory do previewu (ang. zapowiedzi albumu, próbki testowej) na strony z plikami, takie jak na przykład: zippyshare, soundcloud, bandcamp, i-tunes, itp., mają przy tym pełną świadomość konsekwencji takich działań i biorą za nie odpowiedzialność. Jest bowiem na nich opcja pobrania ich: „share” (ang. podziel się), lub: „download” (ang. pobierz), poza tym stworzono w tym celu wiele programów lub sieci p2p: „peer to peer” (ang. rówieśnik do rówieśnika), zapewniające wszystkim hostom (ang. gospodarzom) równe uprawnienia, do pobrania za darmo, a opcja pobrania i konwersji jest dostępna także online poprzez liczne oprogramowanie. Znaczy to nie mniej, nie więcej tyle, że sami wyrażają na to zgodę mniej lub bardziej świadomie. Wydając np: nową płytę liczą się z możliwością potencjalnej duplikacji i powielenia treści na niej zawartych na osobistych odbiornikach (komputery stacjonarne, dyski zewnętrzne, pendrive’y, laptopy, smartfony, tablety, notebooki, itp). Duże wytwórnie zazwyczaj wliczają sobie piractwo w koszta produkcji nie przejmując się zbytnio faktem, że ktoś ośmielił się nie uszanować pracy danych artystów.

3. Coś, co raz zostało opublikowane, upublicznione idzie w sieć, eter i rozchodzi się w przestrzeni niczym jakiś przezroczysty gaz w powietrzu albo echo i możemy wówczas szukać wiatru w polu. Fala dźwiękowa, film, tekst pisany czy też mówiony jest czymś ze swej natury niematerialnym, niepoliczalnym, wręcz abstrakcyjnym, nie możemy tego dotknąć, złapać, zatrzymać, itp. Nie można tego posiadać w sposób czysto namacalny. Nie podlega więc świętemu prawu własności i nie kwalifikuje się do ekonomicznej kategorii dobra rzadkiego, liczebnie ograniczonego, dlatego nie może zaistnieć o nie żaden konflikt, ponieważ jego swobodne powielanie nie uszczupla ogólnej zamożności niczyich zasobów i nie zubaża zasobności konta pierwotnego właściciela lub autora, nie jesteśmy go więc w stanie okraść w żaden sposób. Odpowiednie, przeznaczone do ich przechowywania nośniki, również są ruchome, więc mogą być używane w różnych przeznaczonych do tego odbiornikach i tam także kopiowane, przenoszone edytowane lub zapisywane wedle naszej woli. Nie ma więc najmniejszej różnicy gdzie możemy to odtworzyć lub wyświetlić. Słowa nie mogą mieć właściciela, bo równie dobrze każdy człowiek na globie ziemskim wcześniej lub później może wypowiedzieć dokładnie te same w podobnej konfiguracji. Trudno jednak dochodzić tutaj swoich praw, bo niby jak wyegzekwujemy własność czegoś takiego jak: „pomysł?” Nie zajrzymy ludziom do wnętrza mózgoczaszek i nie stwierdzimy, że w umyśle danego człowieka zapoczątkowała się i powstała taka myśl, podpisana konkretną datą. Co jeśli w sądzie 10 osób stwierdzi, że: „byli pierwsi?” Jak udowodnić kto ma rację? Zwykła przyzwoitość rzecz jasna nakazywałaby podpisywać wykorzystywane w swoich pracach cytaty, przepisane co do słowa jednakże nie stanowią one materialnego zasobu autora i niemożliwym jest zmierzenie szkody czy uszczerbku na całokształcie dorobku jaki mu w ten sposób wyrządzamy. Nic właściwie na tym nie traci. W słuszną wątpliwość możemy poddać jedynie ile warte było wynalezienie jakiegoś rozwiązania, które swój początek miało w danym zbiorze słów i ile czasu zajęło autorowi ich wymyślenie. Nadal jednak nie ma on na nie monopolu i nie jest twórcą języka czy dialektu, mogącym zastrzec sobie prawa do wykorzystywania słów w pewnej formie lub układzie. Nie musimy mieć pojęcia, że ktoś powiedział to samo przed nami. Wyłączność na ideę, lub pomysł jest niemożliwa. Tak jak wiele jest pisarzy, poetów, muzyków, reżyserów, filozofów, developerów gier video i wynalazców, tak liczebna jest plejada rozwiązań i takie prawdopodobieństwo, że ktoś wpadnie na dokładnie identyczny. Idąc tym tropem musielibyśmy się cofnąć do czasów starożytnych Greków (albo i jeszcze wcześniejszych np. Sumerów z Mezopotamii), odbierając intelektualne zasługi dla budowania nowożytnej filozofii wszystkim ich następcom i kontynuatorom, których pracę moglibyśmy uznać za rozwinięcie lub plagiat (sic!) myśli swoich poprzedników. Aforyzm jest formą zwięzłą i ryzyko nawet niezamierzonego plagiatu jest co najmniej znaczące. Trudno w tym przypadku dociec swoich racji, bo niby na jakiej podstawie? Nie ma żadnego dowodu na to, że dana osoba wykorzystywała ten konkretny tekst, zawarty w tej konkretnej pracy akurat tego konkretnego autora. Nie możemy z góry założyć, że samodzielnie nie byłby w stanie tego wykoncypować i ułożyć podobnych szyków zdaniowych, niezależnie od obecnego stanu i zasobów jego wiedzy. Jednakże podszywanie się pod autora stanowi już formę przestępstwa, uzurpacji i kradzieży wizerunku, tożsamości wraz z całym jego dorobkiem i powinno podlegać surowym karom.

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Technologie