2 obserwujących
57 notek
36k odsłon
103 odsłony

Tragedia wspólnego pastwiska

Wykop Skomentuj

Nieograniczony dostęp do ograniczonych dóbr publicznych np. pastwiska prowadzi do ich wyeksploatowania, wówczas indywidualny zysk jednego z uczestników społeczności prowadzi do strat dla całości. Zbyt duża liczba użytkowników dobra wspólnego może doprowadzić do zniszczenia tego dobra, które nie jest w tym przypadku sumą wkładów indywidualnych.

Zastanówmy się więc przez chwilę do kogo właściwie należą dobra natury publicznej? Czy są nasze prywatne lub wspólne, każdego z osobna po trochu? Nie, o ile nie zgłosimy do nich praw własności na piśmie, albo zachowanych dokumentów, potwierdzających posiadanie ich przez naszych dalekich przodków lub ich autentycznego testamentu, gdzie zapisali, że ofiarują nam je w spadku po swojej śmierci. Nie każdy potomek właściciela nadal dziś żyje lub w ogóle przyszedł na świat, bo warto mieć na uwadze, że wielu odeszło bezdzietnie, nie każdy kawałek ziemi miał niegdyś właściciela i nie zawsze możliwym jest udowodnienie prawa do własności po latach lub wiekach niebytu w dokumentacji. Nie ma więc zgody na rozparcelowanie i rozdawnictwo terenów wedle uznania wszystkim podatnikom wedle komunistycznego hasła: „każdemu według potrzeb”.

Czy te wszystkie drogi i chodniki należą do firm budowlanych, które je wzniosły lub ułożyły? Również nie, bo nie wykonywały tych projektów dla siebie, z myślą o sobie i za własne pieniądze, jak również nie nabyły nigdzie praw do wyłącznego korzystania z nich. A może do państwa? Kolejny raz odpowiadam nie, bowiem jest ono wyłącznie ich tymczasowym i samozwańczym nadzorcą, dozorcą, zarządcą uzurpatorskim i przymusowym, którego należy bezzwłocznie zastąpić bardziej adekwatnym substytutem prywatnym, nie zaś posiadaczem i właścicielem. Nie ma do nich żadnych praw, a weszło w ich domniemane „posiadanie” nielegalnie, poprzez grabież lub kolektywizację, które nie miały nigdy wiele wspólnego z pierwotnym zawłaszczeniem.

Tzw.: „przestrzeń publiczna” to przestrzeń niczyja (łac. terra nullius). Nie posiada na dzień dzisiejszy żadnego właściciela, dopóki ten się po nią nie zgłosi podpierając się w miarę sensownym uzasadnieniem. Państwo obwołało się jej prawowitym właścicielem przez zbrojny podbój w trakcie dawnych konfliktów, przymusowych wysiedleń i wywłaszczeń albo innego rodzaju jawną grabież terytoriów, stanowiących pierwotnie własność mieszkających na nich, wolnych zbiorowości ludzkich, które po latach powinny zostać ponownie określone, restytuowane i przekazane w użytkowanie ich potomkom, mającym pierwszeństwo na drodze prawa krwi.

Złodziej (niezależnie od tego jaką w danej chwili pełni rolę, czy jest czegoś opiekunem, prywatnym nadzorcą, strażnikiem namaszczonym przez społeczeństwo, działającym niejako w imieniu obywateli, itp.), jest nieprawomocny i nie ma prawa faktycznie decydować o własności, w której posiadanie nieuczciwie wszedł (najczęściej przy użyciu przemocy) i utrzymuje ją za pomocą regularnego ograbiania innych rzekomo: „współwłaścicieli” czy akcjonariuszy obowiązkowymi, odgórnie narzuconymi świadczeniami podatkowymi w formie haraczu między innymi za usługi ochronne i trybutu na swoją cześć. Nie występuje w roli mandatariusza ani przedstawiciela niepisanej, demokratycznej woli okradzionego społeczeństwa, kolektywnie finansującego jego projekty tylko dlatego, że występują oni w większości, mając przewagę liczebną, co nie powinno nadawać im wyjątkowych przywilejów prawnych.

Gdyby dać mu możliwość pozbywania się wszystkich tych, którzy owych działań nie wspomagają, musiałoby tak postąpić również z przedsiębiorcami unikającymi opodatkowania i deportować choćby mniejszość prowadzącą biznesy w ramach szarego i czarnego rynku, mimo że wobec nich również należy się pewnego rodzaju odszkodowanie za przymusowe zepchnięcie do tej strefy gospodarki.

Terytorialny, monopolistyczny i pasożytniczy aparat opresji nie może ustalić arbitralnych linii, których nie pozwala przekraczać, nie ma przyzwolenia na blokowanie nikomu z zewnątrz (który nie był dotąd ograbiany na jego poczet) dostępu doń ani możliwości swobodnego poszukiwania lepszych ofert produktywnej egzystencji. Cudza niewiedza czy nieświadomość niczego nie usprawiedliwia, kradzież nadal pozostaje kradzieżą niezależnie czy ma ona bierną społeczną aprobatę albo czy nikt nie ma o zaistniałym fakcie pojęcia. Podobnie nie uczyni tego przewaga liczebna i występowanie w kolektywie. Grupa musiałaby się dobrowolnie umówić, aby posiadać coś wspólnie np. w ramach spółki, spółdzielni lub związku partnerskiego pokroju małżeństwa albo rówieśniczej czy sąsiedzkiej organizacji.

Państwo nie może jako sztuczny, abstrakcyjny twór, byt należący do kategorii myślowych niczego posiadać na własność (podobnie jak jakaś religia, związek wyznaniowy czy zawodowy, naród, rasa, itp.) bo nie jest zdefiniowanym tworem, człowiekiem, ani innego rodzaju policzalną istotą żywą, nie posiada kończyn, nie możemy go dotknąć, porozmawiać z nim, z pewnością nie przedstawi się nam z imienia ani nie zapyta o godzinę, więc tym bardziej nie wystosuje wniosku sądowego w tej sprawie ani nie podpisze się pod aktem własności.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo