black.woland black.woland
321
BLOG

Pryncypał wojenny czyli koza belgijska

black.woland black.woland Rozmaitości Obserwuj notkę 17

 

Wiadomość była dla nas porażająca. Jedziemy na festiwal teatralny do Belgii. W stanie wojennym! Jakimś cudem dyrektor L. przepchnął przez procedury wyjazd teatru Kalambur do Liege.
Trudno mi zweryfikować dokładną datę dzienną, ale był to 1982. Zanim autobus napełnił się oszołomionymi personami z zespołu oraz elementami dekoracji, każdy z nas starannie się do tego exodusu przygotował, szczegóły pozostawiając sobie. Ja miałem zaszyte dolary w prawym bucie typu adidas /wtedy wszystkie buty cokolwiek sportowe nosiły te nazwę/, kolega podobną operację przeprowadził na poziomie męskich reform. O pozostałych wiem niewiele, choć jednego jestem pewien: mieliśmy zupy w proszku, kiełbasę i chleb. Dyrekcja miała odświętną marynarkę, w kolorze granatowym, ze złotymi guzikami, oraz małą maskotką wielkości kota, wykonaną ze słomy. Kształtem była zbliżona (maskotka, nie dyrekcja) do baranka, a kryła w sobie butelkę czystej, polskiej wódki. Jak się potem okazało, był to nasz dar dla belgijskiej dyrekcji festiwalu. Darem był też spektakl, który w Liege miał zostać zaprezentowany. Była to, przygotowana ręką samej dyrekcji B.L., sztuka Dario Fo „Restauracja Pryncypała”.
 O ile kłopotów proceduralnych z wyjazdem nie było, uniknąć się ich nie dało na poziomie środków scenicznych. W spektaklu brał udział żywy baranek, nasz, polski, łagodny i dość okazałych rozmiarów. Pełnił dość ważną funkcję, bo na potrzeby tej inscenizacji dokonywała się na nim w finale rzeź, która niejednokrotnie doprowadzała do wybuchu żywiołowych protestów na widowni. Zwłaszcza, że oprawca był wybierany z grona publiczności, w prosty sposób, wykorzystując znane zawołanie: czy jest na sali rzeźnik? Oczywiście zawsze był, prawdziwy, z papierami. Tutaj pragnę uspokoić czytelników- w decydującym momencie, stosując sztuczkę z podmianą worka, pod nóż rzeźnika trafiał worek z krwią i kawałki styropianu, które z kolegą rewelacyjnie animowaliśmy. Dość powiedzieć, ze ani rzeźnik, ani baranek paszportu nie otrzymali. Beldzy zgodzili się to wziąć na siebie. Droga w tamtą stronę przebiegła szybko. Pamiętam tylko, że wolny świat witaliśmy nocą. Część zespołu nie wytrzymała stresu i barierka rozdzielająca pasy na autostradzie w wolnej Europie wpadła w niezłe falowanie, kiedy koledzy wyrzucali z siebie nadmiar polskiego alkoholu, trzymając się niej zawzięcie. A potem był jakiś nocleg w schronisku młodzieżowym, którego wyposażenie jawiło się nam podobne do tego z tych najlepszych hoteli świata. Oczywiście po naszym wyjeździe znikła duża część zastawy stołowej. Samo Liege powitało nas sympatycznie. Zakwaterowano nas w dzielnicy różowej, niedaleko dworca kolejowego. Recepcjonistka w hotelu klasy tej dzielnicy, na pytanie, dlaczego dla czterech osób przeznacza pokoje dwuosobowe, odpowiedziała, że przecież jesteśmy z Polski. Potem znikł papier toaletowy z korytarzowych WC i walnęły korki. O ile papier zaczął pojawiać się, bo nie chciano podać nowego, tak z korkami było gorzej. Umówiliśmy się na gotowanie jedzenia w jakiejś kolejności, nie wszyscy na raz. Przyjęta w ten sposób reglamentacja poczyniła cuda. Trzy włączone mini kuchenki podgrzewające wodę na zupę nie były już nadmiernym obciążeniem dla sieci elektrycznej hotelu. Potem było szwendanie się po mieście. Część podziwiała frontony apartamentowców, rozbijając głowy o czyste szyby, część wybrała się na peregrynację różowej dzielnicy. Tu też były czyste szyby, a za nimi kobiety, które uśmiechały się do nas zagranicznymi uśmiechami. Tylko to było za darmo. W związku z tym, nikt nie grzeszył. Polonia przyjęła nas czule. Zaserwowano wódkę w dowolnych ilościach, oraz po małym kawałku kiełbasy. Były patriotyczne śpiewy. A że śpiewać lubili, to powrót do hotelu nastąpił rano, już na piechotę. W związku z miłym przyjęciem trudno było trafić do naszej dzielnicy, wszędzie były takie same mostki i chodniki. Spektakl odbył się bez zakłóceń. Zamiast baranka Belgowie zaoferowali nam kozę, być może z braku dobrego tłumaczenia scenariusza przedstawienia. Koza była trochę czarna i bardzo bojowa. W czasie przedstawienia cały czas zaznaczała swoją obecność i w finale dotkliwie poraniła osobę Dyrekcji, która na potrzeby wyjazdu wcieliła się w jedną z postaci dramatu. Bankiet przyniósł małe możliwości zaspokojenia głodu, były paluszki i piwo. Międzynarodowe towarzystwo raz po raz kazało powtarzać sobie dowcip o tym, że w Polsce mamy mydło na kartki. Pojawiły się też propozycje pozostaniu tu, w wolnym świecie. Skorzystał z nich tylko młodszy teatralny elektryk, i to najprawdopodobniej bez złej woli. Dał się zaprosić towarzystwu z baletu opery do mieszkania na zakończenie bankietu. Uczestnikami tego domowego party byli wyłącznie mężczyźni, kolega elektryk zaś był zauważalnie wrażliwym młodzieńcem. W tym czasie dwóch naszych kierowców z sukcesem rozkręciło na podstawowe elementy dwa samochody marki Łada. W drodze powrotnej duże elementy karoserii zgrabnie umieścili między kawałkami scenografii, mniejsze walały się po całym autobusie. W przedostatni dzień wybrałem się z kolegą pochodzić po sklepach. W takim jednym uwagę naszą przykuły elektryczne budziki. Jednak cena tych urządzeń była dla nas astronomiczna, czego daliśmy wyraz w twardej polszczyźnie. Ku zaskoczeniu, ekspedientka okazała się być Polką. Wraz ze swoim mężem Belgiem, zaprosili nas na mały poczęstunek, przekazali kopertę z pieniędzmi dla syna owej pani ( mieszkał we Wrocławiu) i wręczyli nam po jednym z owych zegarowych cacek. Tak głupio w swoim życiu czułem się tylko wtedy. Na pożegnanie władze festiwalu ugościły nas lunchem w bufecie opery. Za szybami lodówek i na szwedzkich stołach było wszystko. Średnio każdy brał po kilka talerzy. Ja zatrzymałem się w połowie pierwszego, na zupie. Dwa tygodnie degustacji starego chleba i zupek w proszku dały o sobie znać. Dyrektor festiwalu otrzymał od naszego szefa B.L. upominek- baranka. Był wstrząśnięty dwiema rzeczami. Marynarką naszej dyrekcji- bo miał podobną, tylko czystą i wyprasowaną, oraz ilością jedzenia, którą każdy z nas, członków zespołu teatralnego, pozostawił nietkniętą na stole. Do wyjazdu pozostała godzina. Nie wiem, co w tym czasie robili koledzy. Ja po całym Liege szukałem bezpłatnego WC. To było straszne. W ostatecznym akcie desperacji wjechałem windą na ostatnie piętro jakiegoś budynku (bank?), i tutaj ujrzałem drzwi z charakterystycznym logo. Powiem tylko, że spuszczanie wody działało po otwarciu drzwi w momencie wyjścia. Resztę pozostawiam wyobraźni czytelnika. Wszyscy spotkaliśmy się w autobusie w podobnych nastrojach, z podobnym wyrazem pobladłych lic. I wtedy mój kolega, którego bardzo lubiłem, wysiadł z autokaru, podszedł do budki z fast foodem i kupił za pieniądze wyciągnięte z reform bułkę z mięsem. Wsiadł z powrotem, i z zaciętym wyraz twarzy zjadł ją w samotności. Wtedy poznałem uczucie nienawiści. Potem jeszcze na granicy z NRD ktoś przerażony podczas wizyty celnika w autokarze wyrzucił na podłogę banknot w zachodniej walucie. Pytanie o właściciela było retoryczne. Usłyszeliśmy zatem z ust celnika, w znośnej polszczyźnie, że jesteśmy szmatami i narodem złodziei. A na końcu wróciliśmy do Polski. Elektryczny zegarek mam do dziś.
 
 
 

 

 

  Zasługują na Prawdę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Rozmaitości