Pako Mega Cox Pako Mega Cox
84
BLOG

T. H. Rolski o Powstaniu Warszawskim

Pako Mega Cox Pako Mega Cox Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Poniższe dwa fragmenty pochodzą ze wspomnień płk Tadeusza H. Rolskiego "Uwaga, wszystkie samoloty!". Kto nie miał przyjemności czytać tej książki, tego serdecznie nakłaniam, aby to zrobił.

           

    "Wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie trudno było nazwać niespodziewaną. Rzecz w tym, że wychodzący w Londynie "Dziennik Polski" juz od paru dni zamieszczał wiadomości z Warszawy, z których wynikało, że wszczęcie jawnej walki z Niemcami jest tylko kwestią godzin. Co było powodem tej nieprzemyślanej decyzji - nie wiem. Wybuch powstania przyjęliśmy jako rzecz spodziewaną, co gorzej, Niemcy również.
    Przekonanie nasze o tym, że akcja w Warszawie została uzgodniona zarówno ze sprzymierzeńcami z zachodu, jak też z ZSRR oraz pierwsze pomyślne wiadomości z Warszawy wywołały falę optymizmu. Pierwsze skonfrontowanie naszych nadziei z rzeczywistością szybko zgasiło ten optymizm. Anglicy wyraźnie oświadczyli, że nikt nie konsultował się z nimi w tej sprawie, analiza zaś sytuacji wojennej w Polsce wskazywała, że natychmiastowa ofensywa radziecka jest niemożliwa, a szczupłe i słabo uzbrojone siły powstańców są małą wysepką, otoczoną zewsząd morzem nieprzyjaciół.
    Pierwszą myślą każdego lotnika było lecieć z pomocą walczącym w kraju braciom. Udzielenie tej pomocy w chwili gdy waliła się w gruzy przemoc hitlerowska w Polsce, było celem, dla którego znaleźliśmy się na obczyźnie i walczyliśmy przez 5 lat. Wiedzieliśmy również, że w razie załamania się powstania zemsta rozwścieczonych hitlerowców przekroczy wszystkie dotychczasowe bestialstwa. Prawie każdy z nas miał w Warszawie kogoś z rodziny, przyjaciół, czy bliskich, którym groziła śmierć. Tak więc do spraw ogólnych doszły osobiste. Nieść pomoc walczącej Warszawie znaczyło również ratować od śmierci swoich bliskich.
    Natychmiast po otrzymaniu wiadomości o wybuchu powstania w Sztabie Naczelnego Wodza odbyła się narada w sprawie pomocy dla stolicy. Przewodniczył szef Sztabu Naczelnego Wodza gen. Kopański. Oprócz niego uczestniczyli: szef oddziału II - płk Gano, inspektor Polskich Sił Powietrznych, gen. Iżycki, jego szef Sztabu - płk Karpiński oraz inni, których nie potrafię już teraz wymienić.
    Tragiczna to była narada. Rozpoczął ją gen. Kopański, dzieląc się z obecnymi posiadanymi wiadomościami. Następnie zabrał głos płk Gano, który przedstawił sytuację w Warszawie, omówił siły powstańcze i siły niemieckie oraz próbował wysnuć wnioski. Wiadomości były przygnębiające. Wynikało z nich, że powstańcy opanowali kilka dzielnic miasta, ale ogromna większość kluczowych punktów - lotniska, koszary, główne urzędy, kolej, siedziba gestapo, telegraf, stacja telefonów (jak wiadomo, poczta główna i PASTA na Zielonej zostały w parę dni później zdobyte przez powstańców - przyp. T. H. Rolski), a nawet więzienia - znajduje się wciąż w rękach niemieckich. Niemcy kontrolują również bezpośrednio lub ostrzeliwują ogniem armatnim główne szlaki komunikacyjne stolicy. Jeszcze gorzej wypadło porównanie ilości i uzbrojenia powstańców i Niemców. Przewaga wroga była miażdżąca.
    W gorączkowej dyskusji, która wywiązała się potem, usiłowano znaleźć sposób udzielenia pomocy Warszawie. Wszyscy dyskutanci na ogół mówili rzeczowo. Zdarzały się jednak głosy nie liczące się z logiką czy faktycznymi możliwościami; nie ulegało wątpliwości, iż podyktowała je rozpacz i świadomość niechybnej klęski. Tak np. przybyły przed kilku dniami z kraju ppłk pil. R. Rutkowski, zwany "Atamanem", stojący na czele organizacji lotniczej AK, wystąpił z żądaniem natychmiastowego wysłania nad Warszawę "chociażby kilku samolotów myśliwskich", gdyż sam ich widok pokrzepi powstańców. Był to zupełny nonsens. Samoloty myśliwskie o najdalszym zasięgu, przy zastosowaniu dodatkowych zbiorników, startując z lotnisk położonych w Anglii, mogłaby zaledwie osiągnąć granice przedwojennej Polski. Nawet gdyby były w stanie dolecieć do Warszawy, to wyczyn taki byłby zupełnie bezwartościowy. Czego mogłyby tam dokonać? Jakiej realnej pomocy można by oczekiwać od kilku samolotów myśliwskich, wyczerpanych drogą i walkami z lotnictwem niemieckim? Byłaby to czcza demonstracja, która budząc początkowo próżną nadzieję, wywołałaby potem depresję i tragiczne rozczarowanie.
    Pozostała sprawa wysłania bombowców ze zrzutami broni, żywności i środków leczniczych. Postanowiono zaangażować w tym celu polską grupę stacjonującą we Włoszech, która, wchodząc w skład 138. dywizjonu RAF do zadań specjalnych, od miesięcy latała nad kraje okupowane, w tym również i nad Polskę. Ponieważ ilość samolotów z polską obsadą, której można by użyć do tego celu, była zbyt nikła, postanowiono zwrócić się do władz brytyjskich o zaangażowanie całego 138. dywizjonu, a nie tylko jego części, jaką stanowiła polska jednostka. Ustalono również przedłożenie Sztabowi RAF projektu masowego zrzutu, który byłby dokonany przez lotnictwo Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych z lądowaniem na terytorium ZSRR. Taka akcja wymagała daleko idących przygotowań. Nie łudziliśmy się, by można ją rychło zrealizować.
    Proponowana, w sensie akcji doraźnej, wyprawa 138. dywizjonu była również niełatwym przedsięwzięciem. Trasa z Brindisi we Włoszech do Warszawy, o odległości około 1400 km, prowadziła prawie cały czas nad terytorium zajętym przez nieprzyjaciela i silnie wyposażonym w środki obrony przeciwlotniczej. Dowództwo RAF we Włoszech nie dysponowało myśliwcami dalekiego zasięgu, więc trzeba było lecieć bez eskorty i zmieścić lot w obie strony w kilku godzinach krótkiej letniej nocy. Duże straty były nie do uniknięcia.
    To było wszystko co mogliśmy zrobić. Stanowiło to przysłowiową kroplę w morzu. Dławiła nas własna bezsilność i rozpacz. Gen. Kopańskiemu, który reasumował dyskusję, nagle załamał się głos, a łzy jak groch potoczyły się po policzkach. Ja, pomimo bólu, nie mogłem stłumić w sobie wściekłości na tych, którzy, na przekór zdrowemu rozsądkowi, dali sygnał do wybuchu powstania. Przecież kilka miesięcy temu wyjaśniłem i udowodniłem, że pomoc lotnicza będzie możliwa dopiero wówczas, gdy lotnictwo nasze stanie nad środkowym Renem. Do tej pory wojska sprzymierzonych zajmowały zaledwie wąski pas Normandii, a lotniska naszych myśliwców wciąż jeszcze znajdowały się w Anglii. Od Renu dzieliła je odległość około 600 km. Jasne było, że akcja przeciw Niemcom i pomoc lotnicza miałyby tylko wówczas szanse powodzenia, gdyby były uzgodnione z dowództwem wojsk radzieckich. Tego również nie uczyniono. Nad losem Warszawy i kraju, nad życiem setek tysięcy ludzi, nad logiką i rozumem zaciążyły względy polityczne, podminowane jakimś opętańczym ryzykanctwem.
    Natychmiast po zakończeniu konferencji gen. Kopański i gen. Iżycki udali się do dowództwa RAF, aby domagać się wykonania powziętych zamierzeń.
    W dowództwie RAF, jak się potem dowiedziałem, przyjęto dezyderaty polskie ze zrozumieniem. Do 138. dywizjonu wysłano natychmiast rozkaz podjęcia w najbliższych dniach wyprawy ze zrzutami, kierując jednocześnie uzupełnienie w personelu i sprzęcie. W nocy z 4 na 5 sierpnia dywizjon ten wystartował do pierwszego lotu nad Warszawę.
    Nadeszły ciężkie dni. Wiadomości napływające z Polski mówiły o coraz trudniejszej sytuacji powstańców i o gehennie mieszkańców Warszawy. Nastrój w Sztabie - ponury. Ogólna depresja pogłębiająca się, w miarę jak gasły jedna po drugiej wątłe nadzieje. Mówiliśmy, że trzeba wytrwać, ale coraz trudniej było wykrzesać w sobie przekonanie, że nasza wierność dla sprawy przyda się na cośkolwiek."
   
    "Powrót do Sztabu (po pobycie we Francji - przyp. ja) był powrotem do ponurej atmosfery, niekończących się jałowych i beznadziejnych roztrząsań. Wbrew rozumowi usiłowaliśmy wierzyć, że masowy zrzut, który miał być dokonany lada dzień, doda sił powstańcom i pozwoli im dotrwać aż do chwili, która zmieni zasadniczo sytuację. Co to miało być, nie wiedzieliśmy.
    Masowy zrzut odbył się 18 września. Ponad 100 "latających fortec" amerykańskich, eskortowanych aż do Poznania przez dalekodystansowe myśliwce Thunderbolt, zrzuciło kilkaset zasobników na Warszawę. Większość zrzuconej broni, amunicji, żywności i lekarstw spadła, niestety, na dzielnice zajęte przez Niemców. Bombowce lądowały na lotniskach radzieckich w okolicy Połtawy, skąd po nabraniu paliwa powróciły do baz brytyjskich. Wyprawa ta wykazała, co było do przewidzenia, że zrzuty na miasto pokrojone na małe działki, trzymane na przemian przez odziały własne i nieprzyjacielskie, w którym ogromna ilość budynków paliła się lub leżała w gruzach, nie stanowią żadnej realnej pomocy.
    Do dalszych wypraw tego rodzaju nie doszło. Sprawa powtórnego masowego zrzutu nie wchodziła wprost w rachubę. Jedynie 138. dywizjon, w którego składzie znajdował się prawie cały 301. polski dywizjon bombowy, latał wciąż nad Warszawę, ponosząc olbrzymie straty.
    Potem nastąpił upadek powstania. Wieści docierające do nas mówiły o masowych egzekucjach, o setkach tysięcy poległych, o przechodzących ludzkie pojęcie okrucieństwach, o metodycznym niszczeniu całego miasta, o męczeństwie pozostałych przy życiu mieszkańców. Co czuliśmy wówczas, co mówiliśmy i myśleliśmy?... Lepiej nie wspominać.
    Tak więc zły los sprawił, że ostatnie miesiące wojny, kiedy cały świat oddychał nadzieją lepszych czasów, były dla nas specjalnie ciężkie. Wśród żołnierzy polskich wszystkich rodzajów sił zbrojnych i wszystkich stopni panowało przygnębienie."

Chamski, wredny, cyniczny, ironiczny, zionie ode mnie sarkazmem i jestem zabójczo przystojny:P Działam w grupie filmowej SUPER TAJNI (www.supertajni.prv.pl) Kącik odważnych myśli. Niekoniecznie mądrych:D: "Każdy zdrowo myślący wolałby Rosję od USA. Od 1941 roku kontakty z Rosją przynosiły nam same korzyści, sojusz przeciw hitlerowcom, wyzwolenie kraju spod okupacji, system społeczno-gospodarczy który po IIWŚ pozwolił Polsce dokonać skoku cywilizacyjnego nie mającego precedensu w dziejach, 45 lat pokoju, gwarancje bezpieczeństwa ze strony najpotężniejszego sojuszu militarnego w dziejach. Z sojusz i kooperacji z ZSRR wychodziliśmy bardzo na plus. Odkąd zaczęliśmy na Rosję szczekać straciliśmy ogromny rynek zbytu, straciliśmy szansę na rolę łącznika między Wschodem a Zachodem, no i gaz i ropa poszły ostro w górę. Dlatego to właśnie rusofoby i amerykofile działają wbrew interesom państwa." Bloger: cztery przyłożenia w 1 meczu "Popieram Igora i Radosława oraz MECHANIZM, który ma być ujawniony za kilka dni. Pomogę" Bloger: antytrolek "z całym szacunkiem Panie Feniks, "Nasz premier nie ma pojęcia co to jest pozytywizm" TO nie prawda, Premier skończył studia, więc na pewno ma taką i jeszcze większą wiedzę." Bloger: nie-prawdziwypolak Jestem oporny:D http://piwnica.tkm.cc/feeds">

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości