Ile to już razy widzieliśmy, że twarz polskiej władzy, zmienna jest jak kobiece humory podczas "trudnych dni". Na pozór uśmiechnięta, sympatyczna i pędząca ku liberalnej europejskości, a kiedy światła gasną, staje się mroczna, zawistna i nie mająca skrupułów. Raz francusko-niemiecki model jest realizowany, a kiedy sprawy naglą lub są wewnętrzne przeszkody, to włącza się białoruski motyw. I choć ta podwójna moralność, hipokryzja, czy nawet obłuda są widoczne na każdym kroku, to tak do tego jesteśmy przyzwyczajani, że odbieramy to jako normalność. Na szczęście nie wszyscy i póki obecna władza z wszelkimi jej przymiotami biznesowo-medialnymi będzie mieć podwójne standardy, to trzeba o tym pisać, informować a nawet głośno krzyczeć.
A o czym konkretnie jest mowa? Przykładów jest multum, ale skupmy się na wydarzeniach tylko z tego roku. Na pierwszy ogień związki partnerskie, czyli problem mało istotny, który urósł do rangi kuriozum. Mało istotny dlatego, że z perspektywy państwa, gospodarki, ekonomii, nie wprowadzający nic poza lewicowo-liberalną wizją świata. Debata na ten temat stała się na tyle śmieszna, że w pewnym okresie nie było dnia, żeby o tym nie było dyskusji.... chociaż dyskusji, to lekka przesada. Promowany był pogląd, że związki partnerskie to coś normalnego, naturalnego i że dla "cywilizowanej europy" jest to powszechne od lat. Nagle dowiedzieliśmy się, że osoby nie żyjące w związku małżeńskim, są obywatelami drugiej kategorii, są szykanowani i praktycznie nie posiadają żadnych praw i przywilejów. Do tej ciekawej wizji wykorzystani zostali rodzimi celebryci branży artystyczno-naukowej, potocznie zwani autorytetatmi. I to był znak, że związki partnerskie, ich problem, nie po to zostały wyniesione na pierwszą linię frontu, by dyskutować, tylko by przedstawić, jak myśleć. Każdy o odmiennym zdaniu z miejsca był 'strzelany' epitetami tolerancji typu homofob, katol, faszysta, ciemnogród, zacofaniec, nazista, średniowiecze itp Sytuacja zwalczania kogokolwiek o odmiennym poglądzie niż "tak dla związków partnerskich" osiągnęła szczyt głupoty w momencie, kiedy poseł PO John A. Godson, stał się obiektem zażartych ataków, tych osób, które walczą o wolność, równouprawnienie i europejską tolerancję. Nagle czarnoskóry imigrant, duchowny ewangelikalny i poseł w jednym, poczuł, że jego rasa, pochodzenie, religia i poglądy, wygodne są wtedy, kiedy debata światopogląda jest zgodna z wizją lewicowo-liberalną. Mimo iż sama dyskusja zakończyła się (przynajmniej stopień jej częstotliwości w mediach), w momencie odrzucenia ustaw w sejmie, to po dziś dzień obserwujemy jeszcze podskoki w tej sprawie. Jeden z liderów z prorządowego obozu dziennikarzy, Tomasz Lis, potrafi już trzeci czy nawet czwarty swój program w telewizji publicznej poświęcić istocie związków partnerskich, chociaż 5 min., w myśl znanej wcześniej konwencji, "tak dla związków partnerskich" i ich zwolenników, i wielkie 'buuu' dla jej przeciwników.
Następny przykład opisywanago zjawiska podwójnych standardów naszej władzy i jej klakierów, to stosunek do Ruchu Narodowego i ogólnego zjawiska patriotyzmu i narodowców. Oprócz standardowych zabiegów, czyli automatycznego szufladkowania i wmawiania ludziom poprzez media co mają myśleć, tworzona jest kolejna fikcyjna rzeczywistość. Polega ona na tym, że debata publiczna jest otwarta na wszelkie poglądy i tematy, jednak "w trosce o dobro innych", nie należy podejmować dyskusji z narodowcami, bo z naturzy są źli i kojarzą się z faszyzmem i nazizmiem. I jak tu żyć, gdzie hipokryzja razi strasznie po oczach w dyskursie publicznym, gdzie przywoływane są doktryny, które praktycznie nie istnieją w Polsce, a społeczeństwo jest bombardowane lewicowymi kompleksami. Bo jak to jest, kiedy dyskusja o poglądach przechodzi na radykalne podłoże, to informawani jesteśmy tylko o wybrykach grup z prawej strony, a wszelkie incydenty z antifą i innymi lewackimi bojówkami są dyskretnie wyciszane. I jak to jest, że kiedy pojawia się eksces z prawej strony, to od razu dyżurne autorytety zabierają głos i jest to nagłaśniane, a identyczna sytuacja z lewej strony, musi "walczyć" by przebić się na serwisy informacyjne. Kiedy narodowcy czy też ich sympatycy przerywają czyjś wykład lub starają się odwołać debatę (osttnio modny trend), która nie pasuje do danego miejsca (przyczyn dużo), to głośno się krzyczy o radykalizmie i zamachu na wolność słowa (to już nie happening) a nawet jest straszenie okresem niemieckim między I a II wojną światową itp, Ale kiedy sytuacja jest odwrotna, gdzie często grupy lewackie zastarszają właścicieli sal konferencjnych na których mają się odbywać spotkania Ruchu Narodowego czy też władze uczelni, które wcześniej wyrażają zgodę, nagle ją wycofują pod pretekstatmi neutralności wobec polityki na ich terenie... gdzie jakiś czas wcześniej występował poseł Biedroń i przedstwiał pozytywy akceptacji związków partnerkich, to nagle jest to jakie, normalne, przynajmniej dla pewnej części dzienniakarzy. Śmieszne? Jeśli w dyskusji z narodowcami, nie pozwala się nam mieć własnego zdania i samemu ocenić, czy się z nimi zgadzamy czy nie, tylko jesteśmy starszeni faszyzmem, to w jaki sposób chcemy być społeczeństwem informacyjnym? Szkoda tylko, że zapomimamy, że ów faszyzm to tylko duch przeszłości a jego starszy brat, komunizm, działa po dziś dzień, chociażby w parlamencie europejskim (np Francuska Partia Komunistyczna, Komunistyczna Partia Grecji, Komunistyczna Partia Czech i Moraw). Może to jest odpowiedź?
Kolejny element, to media i walka o jej pluralizm o wolność. Oczywiście wg niektóych, media są tylko wtedy wolne jeśli są zgodnie z linią władzy. Kto ma inne zdanie lub przedstawia punkt widzenia odmienny od "obowiązującego" skazywany jest na bycie subiektywnym medium politycznym. Sprawa TV Trwam i jej koncesji na multipleksie jest już na tyle śmieszna, że jej blokowanie wydaje się być robione na ślepo. Bo jeśli istnieje telewizja z liczbą widzów większą niż połowa z obecnie będących na multipleksie, to co ma stac na przeszkodzie, jak nie zwykły strach czy też obawa przed rzetelnością informacji. Dodam jeszcze, że nie jestem stałym widzem TV Trwam, praktycznie rzadko ogladam ich programy, ale jeśli w mediach polskich ma istnieć równowaga światopoglaowa (choć nie musi) czy tez najprostsza zasada biznesu: istnieje to, na co jest popyt i co chce widz oglądać. A widzów telewizji z Torunia są setki tysiące i publiczość o frekwencji takiej, o której chociażby Superstacja może pomarzyć. Inną sprawą jest liczba mediów a inną ich treści. Bo tutaj kolejny raz możemy zaobserwować, że wolność słowa to dar, który jednak nie jest dla wszystkich do wykorzystania. Kiedy trzeba zaatakować PiS, J. Kaczyńskiego, Kościół, konserwatyzm czy sprawę smoleńską, to wszelkie chwyty są dozwolone. A jeśli jest to zwrócone w drugą stronę? Ostatnio modne jest zamykanie gazet i wyrzucanie dziennikarzy. Jeśli dodamy do tego najnowszą sprawę, w której tygodnik "WSieci" przegrywa w sądzie z magnatem Hajdarowiczem (tym który spotyka się z Grasiem o 1 w nocy) i musi usunąć "W" z nazwy czy nawet całkowicie zmienić nazwę.
Suma summarum, Polska tak dąży do europejskich standardów demokracji jak tęskni za ludową sprawiedliwością. Bo tak to jest w byciu, a raczej w staraniu się byciu, otawrtym, toleranycjm i uznającym odmeinne zdanie, że zawsze są pewne granice. A im bardziej nie dopuszcza się do istnienia tych granic, tym bardziej będzie się zawsze sztucznym i płytkim, nawet w grze pozorów.



Komentarze
Pokaż komentarze