Będziemy mieli dziecko. Znaczy, będzie miała moja córka, ale kierując się solidarnością pokoleń czekamy na Pacholę gremialnie. Dziecię me pracowite jest i ambitne więc rzecz jasna pracuje płacąc ZUS i podatki, choć umowa jest okresowa i niewiadomo, czy perspektywiczna zatem. Dośc, że penego dnia oznajmiła nam tę radosną nowinę. Zięć też się cieszy. Bardzo nawet. Nie okazał się zadowolony jednak korporacyjny pracodawca. Jaka ciąża? Kto będzie zajmował się ciężarną pracownicą?! - zżymał się korporacyjny. Życia nie ułatwiały przy nadziei mamusi wizyty w szumnie zwanej służbie zdrowia. Bo choć gabinet funkcjonuje w publicznym szpitalu a wizyty odbywają się w ramach NFZ to "zawód zaufania publicznego" kasuje pacjentkę na stówkę za wizytę, w promocji serwując z szuflady konieczne witaminki... odpłatne rzecz jasna. - Jak to jest mamo?-pyta mnie córka. - Czy tak można? Źle się z tym czuję. Przychodzę do państwowego szpitala z przychodnią publiczną, który opłacam sumiennie w ramach haraczu na rzecz opieki medycznej i widzę wyciągniętą łapę po stówkę plus na witaminki! I co mam odpowiedzieć latorośli?! Że to Polska właśnie. Że polityka prorodzinna. Że działania Rządu na rzecz poprawy dzietności w Ojczyźnie. Żeby lekarzom żyło się lepiej. Że tuskowość o tym nie wie na pewno, bo inaczej, to hohoho... Że marszałka też nie wie, bo jako lekarz nigdy się z tym nie zetknęła, nawet ze słyszenia. Że bartoszowi też temat jest obcy... Może gdyby dziecko w łonie nie było teraz najważniejsze to poszukalibyśmy przejrzystej placówki, w której za pieniądze publiczne nie trzepie się kasy w prywatną kieszeń. Tylko czasu może nie starczyć. Ciążę gonią terminy....
208
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)