Latorośl przygotowywała się do matury. Rozprawki, charakterystyki, eseje i takie różne - jak się potem okazało - duperele, które z racji doświadczenia życiowego radziłam ćwiczyć rzetelnie. Moje doświadczenie życiowe nie szło jednak w parze z mądrością życiową. Bo gdybym była mądra życiowo to nauczyłabym dziecko cwaniactwa, czyli myślenia z klucza.
A myślenie z klucza od zawsze źle mi się kojarzyło. Stanowisko tego i owego z klucza partyjnego na ten przykład. Chociaż nie. Skłamałam. Dobrze mi się kojarzy klucz żurawi. Piękny to widok. Nawet mimo tragedii fabuły filmu "Lecą żurawie" też dobrze mi się koajrzą.
Ale do rzeczy. Polonistka zadała pisemną pracę domową nt. nieposłuszeństwa obywatelskiego. Dziecię me solidnie się napracowało, namyślało, podyskutowało i napisało. Pięknie napisało. Tylko nieco utopijnie jak na otaczającą nas rzeczywistość. W pewnej chwili samo zaczęło wątplić w pisane treści, pytając kilkakronie, czy to aby prawda, że tak może być. Dziwiło się i pisało. Pisało i dziwiło się. W końcu orzekło: fajnie może być....
Praca trafiła do polonistki. Córka otrzymała ją zwrotnie jako ostatnia z klasy. Jako haapy end nauczycielka napisała: zaliczone. - Dlaczego inni dostali ocenę? - zapytało dziecko me zdziwone. - Bo mnie nie obchodzi twoje myślenie. Kup sobie książkę i nauczyć się pisać z klucza...
I to był prawdziwy egzamin dojrzałości mojego dziecka. Paramatura w parawyedukowanym i paramyślącym państwie, w środku Europy... jej zaścianek...czy tego chce - czy nie...



Komentarze
Pokaż komentarze