Po 10 kwietnia Gazeta Wyborcza konsekwentnie wspiera rząd polski w budowaniu nadzwyczaj pozytywnego wizerunku rosyjskich władz. W relacjach z Moskwą nastąpił rzekomo przełom na miarę cudu, którego nie wolno nam zmarnować.
Powinniśmy być władzom rosyjskim wdzięczni przede wszystkim:
1. za okazane nam współczucie w związku z tragedią,
2. za zgodę na emisję filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy w ogólnorosyjskiej telewizji
3. oraz za śledztwo w sprawie przyczyn katastrofy, prowadzone przez Rosjan w sposób niezwykle profesjonalny, otwarty i transparentny.
Kto tego nie docenia, ten nie rozumie wagi szczególnego momentu dziejowego – przekonują publicyści GW.
Gdyby jednak na krótką choćby chwilę zdjąć z oczu bielmo i trzeźwo spojrzeć na powyższą trzypunktową listę zysków i zbilansować ją z poniesioną przez Polskę na lotnisku smoleńskim stratą, to wnet by się okazało, że jedyną realną korzyścią, tzw. „wartością dodaną” jest wyłącznie popularyzacja w Rosji filmu o zbrodni katyńskiej. Wymienione zaś w punktach 1 i 3: współczucie oraz śledztwo to nic więcej jak tylko bezpośrednie konsekwencje katastrofy. Gdyby samolot prezydencki się nie rozbił, nie potrzebowalibyśmy ani rosyjskiego współczucia, ani rosyjskiego śledztwa.
Podsumowując, rachunek zysków i strat z punktu widzenia polskiego interesu wygląda bardzo mizernie. Emisja filmu w zamian za 96 ofiar, za 96 istnień ludzkich! Trzeba przyznać, że zapłaciliśmy wysoką cenę...
Do entuzjastycznej oceny politycznych korzyści płynących z tragedii dochodzi jeszcze konsekwentnie sączona przez dziennikarskie kręgi Wyborczejwersja o błędzie pilota, który – wedle tych interpretacji – najprawdopodobniej niefortunną decyzję o lądowaniu w tak bardzo niesprzyjających warunkach atmosferycznych podjął pod wpływem nacisków osób trzecich.
Redaktorzy Wyborczej forsują swoje koncepcje w sposób bardziej lub mniej zawoalowany, czyniąc różnego rodzaju aluzje, snując przypuszczenia, szkicując niedwuznaczne analogie. Marcin Wojciechowski należy do najmniej wyrafinowanych w tym zakresie propagandystów. Uznawszy fakty i kryteria zdrowego rozsądku za zbędny balast, pisze rzeczy tak niedorzeczne, że aż śmieszne, ale za to jednoznaczne w swej wymowie. Kawa na ławęi łopatą do głowy.Przynajmniej nie ma obawy, że czytelnik, dla którego Wyborcza „jest wyrocznią”, mógłby nie zrozumieć przesłania autora.
Już dwa dni po katastrofie (GW z 12.04) wzruszony Wojciechowski pisał:
„To niewiarygodne, ile ciepła wobec Polski i Polaków wyzwoliła w Rosji i wśród Rosjan katastrofa prezydenckiego Tu-154. (…) To paradoks, ale tragedia w Smoleńsku ma szansę połączyć nasze narody jak nic dotychczas. Bez zmuszania czy udawania, jak było często w polsko-rosyjskiej historii. (…) Widać – my Słowianie – musimy się najpierw porządnie nacierpieć i mocno napsuć sobie krwi, żeby coś zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski. (…) Nie wiem, co będzie. Ale na razie pod wpływem tego, co widziałem w Smoleńsku, i tego, jak zachowują się władze w Moskwie, mam ochotę powiedzieć z całego serca: Dziękujemy wam za to, Rosjanie!”
Spostrzeżenia Wojciechowskiego są tak absurdalne, że zasadne byłoby pytanie o stan przytomności umysłu autora. Nie sposób bowiem pojąć, o jakim psuciu sobie nawzajem krwi pisze dziennikarz Wyborczej po tym, jak na ziemi rosyjskiej – zbyt często w historii dla Polaków „ziemi nieludzkiej” – ginie blisko setka naszych rodaków, którzy pojechali złożyć hołd ofiarom sowieckiego ludobójstwa sprzed 70 lat.
Po pogrzebie Pary Prezydenckiej na Wawelu, 20.04 Wojciechowski, uszczęśliwiony z powodu przyjazdu prezydenta Miedwiediewa na uroczystości w Krakowie, wyliczał z zapałem wcześniejsze, przyjazne – jego zdaniem - gesty Rosji wobec Polski: obecność Putina na Westerplatte we wrześniu 2009 r., niespodziewane zaproszenie dla Donalda Tuska do Katynia na 7 kwietnia oraz „bezprecedensowa otwartość w sprawie badania przyczyn katastrofy.”
Choć rząd premiera Tuska i polscy prokuratorzy chwalą głośno współpracę z rosyjskimi śledczymi, wydawałoby się, że uczciwy dziennikarz nie może podzielać tego zachwytu z powodu licznych, niepokojących doniesień każących podać w wątpliwość rzetelność, profesjonalizm i przejrzystość rosyjskiego dochodzenia. Wojciechowski jednakże, najwyraźniej ślepy i głuchy na podnoszone kwestie i stawiane pytania, ogłosił triumfalnie w czwartek (20.05) istotny przełom w śledztwie, bowiem jak wynika ze wstępnego raportu rosyjskiej i polskiej komisji badania wypadków lotniczych, (…) Załoga przekroczyła wszelkie normy bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Być może ktoś z pasażerów ich do tego namawiał, być może sami podjęli taką decyzję. (…) Na razie wiadomo nieoficjalnie, że kilkanaście minut przed lądowaniem w kabinie znalazł się dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik. Czy wydawał pilotom instrukcje lub rozkazy? To wciąż zagadka – dywaguje dziennikarz.
Tak formułowane sugestie mają ładunek ciężkich oskarżeń pod adresem osób już nieżyjących. Wojciechowski stwierdza, że nie tylko piloci zachowali się nieodpowiedzialnie (na potwierdzenie czego padały już nieraz argumenty, że z powodu zbyt młodego wieku mogli ulec pokusie brawury), ale że sam dowódca sił powietrznych mógł ze względu na wyjątkowy charakter wizyty w Katyniu wydać rozkaz sprowadzenia maszyny na ziemię, mimo iż oznaczało to karygodne przekroczenie wymaganych minimalnych parametrów widoczności.
Wojciechowski – jak widać – bezkrytycznie przyjmuje tezy i sugestie Rosjan, wyciąga daleko idące wnioski na temat doniesień o obecności osób trzecich w kokpicie, natomiast nie uznaje za wskazane ustalić najpierw dokładnie i z całą pewnością, jak brzmiał komunikat o warunkach atmosferycznych przekazany pilotom tupolewa. Czy rosyjska wieża kontrolna faktycznie podała naszej załodze na czas poprawne parametry na temat mgły unoszącej się nad lotniskiem? Wyjaśnienie tego wątku ma kluczowe znaczenie i dlatego konieczne jest ujawnienie i publiczne odtworzenie nagrań rozmów między załogą a wieżą. Wojciechowski takiej potrzeby jednak nie widzi. Jemu wystarczy rosyjski raport. I dlatego z wyraźnym zadowoleniem stwierdza, że już dziś możemy być pewni, że przyczyną katastrofy nie była ani awaria, ani zamach. Tajemnicze strzały na miejscu katastrofy i wiele innych pomówień w świetle środowej konferencji są – zdaniem dziennikarza – całkowicie bez pokrycia.
W tej sytuacji, kiedy w sprawie smoleńskiej tragedii wszystko lub prawie wszystko jest już dla niego jasne, ciekawi go jeszcze tylko, czy teraz autorzy najbardziej fantastycznych wersji katastrofy przyznają się do błędu i przeproszą? Za dezinformowanie, budzenie upiorów, podsycanie podejrzliwości między samymi Polakami oraz Polakami i Rosjanami.
Taką negatywną rolę spełnił – według Wojciechowskiego – film „Solidarni 2010” utrzymany, jak się wyraził, w duchu podszytej spiskiem nienawiści.
Czytam Wojciechowskiego i jemu podobnych z przerażeniem. Komentarze te pełne są jadu i pogardy dla politycznych adwersarzy. Jeśli chodzi o uczucia pozytywne – owszem – przebija z nich coś na kształt „miłości”, ale jest to miłość straszna, miłość fałszem podszyta. Bowiem deklarowana sympatia wobec rosyjskich władz nie ma ugruntowania w prawdzie. Jest pochodną ukorzenia i słabego charakteru. Jest też być może efektem lęku i kompleksów oraz bardzo szkodliwej postawy kapitulanckiej. Miłość fałszem podszyta to miłość niewolnicza, oparta na kłamstwach i przemilczeniach, to miłość kogoś, kto godzi się przegrywać bez walki.
My ją już skądś znamy. Była podstawą żałosnej twórczości zastraszonych autorów z czasów Peerelu, kiedy to publicystykę charakteryzowała całkowita pogarda dla faktów oraz służalczy ton wobec obcego państwa ościennego.
Ale dlaczego ta miłość fałszem podszyta, tak powszechna i bezwstydna w czasach hańby domowej, ma także i dziś swych żarliwych wyznawców? Także i dziś pociąga, zaraża, zatruwa? A z dążenia do prawdy szydzi, określając je mianem zamiłowania do teorii spiskowych i przyklejając mu absurdalną etykietkę „nienawiści”?
Ta chora „miłość” – korzeniami tkwiąca w haniebnych tradycjach lekceważenia przez część rodaków polskiej racji stanu – jest nie tylko zdumiewająca. Ona jest przede wszystkim niebezpieczna! Stanowi zagrożenie dla naszej wolności i suwerenności. I dlatego nie można tego zjawiska przemilczać. Trzeba tę miłość fałszem podszytą, jak i wszelkie kłamstwa oraz manipulacjedemaskować i głośno się im przeciwstawiać.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)