Agata Len Agata Len
161
BLOG

Czy to mógł być zamach?

Agata Len Agata Len Polityka Obserwuj notkę 2

 

 

Wczoraj w „Gazecie Polskiej” ukazał się artykuł pt. TO BYŁ ZAMACH mówią eksperci polski i niemiecki. Tekst ten był już dostępny (tylko z nieznacznie różniącymi się w paru miejscach sformułowaniami) tydzień temu na portalu Niezależna.pl,a teraz można go również przeczytać w Salonie24.

 Autorzy tekstu: Marek Strassenburg Kleciak (pracujący w Niemczech specjalista ds. systemów trójwymiarowej nawigacji) oraz Hans Dodel (niemiecki ekspert od systemów nawigacji i wojny elektronicznej) stawiają bardzo przekonującą hipotezę, wedle której fakt, że piloci Tu-154 niemal do ostatniej chwili lecieli na tzw. autopilocie (wyłączyli go dopiero na 4-5 sek. przed zderzeniem z drzewem) świadczy o tym, że nie wiedzieli tuż przed katastrofą, na jakiej faktycznie znajdują się wysokości. Bliskość ziemi zaskoczyła ich. Niestety, kiedy zorientowali się , w jak dramatycznym są położeniu, było za późno, by wykonać udany manewr ponownego wzbicia się w górę. Informacja, że Tu-154 podchodził do lądowania prawie do końca na autopilocie, - piszą autorzy – potwierdza niemal ze stuprocentową pewnością tezę, że załogę wprowadzono w błąd przy użyciu tzw. meaconingu.
Oznaczałoby to, że polski samolot rozbił się w wyniku świadomego działania osób trzecich, że 10 kwietnia 2010 doszło pod Smoleńskiem do masowego mordu… „Meaconing” – jak tłumaczą autorzy – nie jest jakąś fantastyczną techniką w stylu filmów sensacyjnych z Bondem w roli głównej. Od blisko 10 lat stosowany jest dość powszechnie do ochrony obiektów specjalnego znaczenia, takich jak np. elektrownie atomowe czy obiekty rządowe (np. w razie ataku rakietowego).Jest to inteligentna metoda agresji polegająca „na nagraniu sygnału satelity i ponownym nadaniu go (z niewielkim przesunięciem w czasie i z większą mocą) na tej samej częstotliwości w celu zmylenia załogi samolotu.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że o możliwości zastosowania przez Rosjan metod z arsenału wojny elektronicznej, w tym np. meaconingu pisał już 21.04.2010 na łamach „Tygodnika Solidarność” prof. Marek Chodakiewicz (jego artykuł pt. W kręgu podejrzeńmożna przeczytać w Salonie24na blogu Solidarni i niezależni). Chodakiewicz jest wybitnym historykiem i wykładowcą w prestiżowym Institute of World Politics w Waszyngtonie, będącym jedyną w świecie prywatną uczelnią podyplomową prowadzącą zintegrowane studia z dziedziny stosunków międzynarodowych, bezpieczeństwa narodowego, wywiadu i kontrwywiadu. Chodakiewicz, powołując się na rozmowy z kolegami z pracy, zwraca uwagę, że Sowieci byli wielkimi specjalistami w wojnie elektronicznej : częstą praktyką kremlowskich komunistów było zwabianie zachodnich samolotów przez meaconing i zestrzeliwanie ich. USA straciły w ten sposób około 70 maszyn w czasie zimnej wojny. Strat sprzętu lotniczego innych krajów było dużo więcej.
Redaktorzy „Gazety Polskiej” w króciutkiej notce pt. Historia lubi się powtarzać?przypominają także katastrofę Tu-134 z prokomunistycznym prezydentem Mozambiku na pokładzie. Samolot ten rozbił się 19.10.1986 r. na terytorium RPA. Władze południowoafrykańskie przejęły całkowicie śledztwo i wykluczyły akt terrorystyczny. Tymczasem Sowieci oskarżali wówczas RPA o zamach polegający na zakłóceniu sygnału satelitarnego. Po kilkunastu latach okazało się, że mieli rację. W styczniu 2003 r. Hans Louw, były agent służb specjalnych rasistowskiego reżimu RPA, przyznał, że samolot został stracony wskutek celowego zakłócenia sygnału satelitarnego przez południowoafrykańskich agentów. Dodał, że w wypadku niepowodzenia ataku maszyna miała zostać zestrzelona przez jedną z dwóch specjalnych ekip.
Należy jeszcze dodać, że jak piszą autorzy artykułu w „GP” pt. To był zamach,zastosowanie meaconingu można stwierdzić wyłącznie przez analizę czarnych skrzynek, a dokładnie jednego z parametrów zapisanych w jednym z rejestratorów. Niestety, czarne skrzynki to tylko lepiej lub gorzej zabezpieczone nośniki i usunięcie śladów meaconingu – zwłaszcza dla służb znających od podszewki budowę Tu-154 i jego przyrządów – nie jest trudnym zadaniem. Wystarczy, żeby ingerującym w zawartość rejestratorów nikt przez kilka godzin, a tym bardziej przez kilka tygodni nie przeszkadzał.
Wszystko to wskazuje, że:
po pierwsze, rozważając możliwe scenariusze przyczyn smoleńskiej katastrofy i wpisując w nie m.in. hipotezę dotyczącą zastosowania przez ewentualnego zamachowca metody meaconing nie wkraczamy w sferę fantastyki dla oszołomów, lecz mówimy o praktykach, które miały już w historii miejsce;
po drugie, wykrycie i udowodnienie zastosowania tej metody w przypadku polskiego tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, może okazać się niemożliwe.
Lektura cytowanego wyżej artykułu robi wrażenie i teza w nim postawiona brzmi bardzo przekonująco. Zgodnie z tą tezą polscy piloci, po wcześniejszym porozumieniu się z wieżą kontrolną lotniska, postanowili podejść próbnie do lądowania, czyli zniżyć się na przepisową wysokość 100 m, zwaną „wysokością decyzyjną” i wówczas w zależności warunków pogodowych mieli postanowić o kontynuacji manewru lądowania (tylko wtedy, gdyby zobaczyli ziemię) lub o rezygnacji z lądowania ze względu na zbyt słabą widoczność. Na wysokości decyzyjnej piloci powinni byli wyłączyć autopilota. Skoro autopilot był włączony niemal do ostatniej chwili, co wynika ze wstępnego raportu rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), piloci musieli być przekonani, że przez cały czas znajdują się dużo wyżej nad ziemią. Powstaje więc pytanie, co było przyczyną tak fatalnej pomyłki. Autorzy artykułu przekonani są, że załoga została celowo wprowadzona w błąd. 
Prawdopodobieństwo tej hipotezy osłabiły znacznie ostatnie nowe, bulwersujące doniesienia. Mam na myśli przede wszystkim „przecieki” (kontrolowane lub spontaniczne) przekazywane opinii publicznej za pośrednictwem mediów przez Edmunda Klicha, polskiego akredytowanego przy Międzypaństwowym Komitet Lotniczym. Niezwykle istotna jest w tym kontekście informacja ujawniona przez Klicha w niedzielę 23.05 w programie TVN „Teraz my” na temat zapisu rozmów w kokpicie, z którego wynika, że piloci świadomie schodzili poniżej wysokości 100 m. Podawali komendy, że zeszli na wysokość 90, a później 80 metrów. Mieli więc świadomość, na jakiej wysokości się znajdują – potwierdza Rzeczpospolitej Klich (Rz. 25.05). Jak podaje dzisiejsza "Rzeczpospolita" wczoraj w radiowej trójce Klich powiedział, że polscy piloci meldowali nawet wysokość tak niską jak 20 m.
O tzw. „kwitowaniu”, czyli podawaniu przez załogę wysokości, na jakiej znajduje się samolot, po raz pierwszy mówił Paweł Plusin, kontroler wieży ze Smoleńska w szokującym wywiadzie opublikowanym w „GW” z 12.04. Plusin udzielał odpowiedzi w sposób, który podawał w wątpliwość jego inteligencję i kompetencje. Można było odnieść wrażenie, że skoro w rękach miedzy innymi kogoś tak mało bystrego znalazł się los pasażerów tupolewa, to trudno się dziwić, ze doszło do katastrofy… Ale zostawiając tego typu dywagacje na boku, warto przypomnieć, że Plusin przyznał, że w pewnym momencie załoga polskiego samolotu przestała kwitować. Kiedy dokładnie, na jakim etapie? - tego kontroler nie powiedział. Nie wiem zresztą, czy dowiemy się jeszcze od niego czegokolwiek, bo – jak można było wczoraj usłyszeć w telewizji - człowiek ten podobno odszedł już na emeryturę.
Wracając do wypowiedzi E. Klicha, stwierdził on także (na co zwrócił wczoraj uwagę w Gazecie Wyborczej Roman Imielski w artykule Dlaczego lądowali), że skoro piloci świadomie zeszli poniżej uzgodnionej z kontrolerami wysokości 100 m, to znaczy, że nie było to próbne lądowanie, ale po prostu lądowanie. „Autopilot, któremu w każdej chwili załoga może zmienić parametry lotu, powinien zostać wyłączony na wysokości decyzji (100 m), jeśli było to tylko „próbne” lądowanie – podkreślał Klich.”
Wypowiedź Klicha można więc odebrać jako głos polemiczny w stosunku do autorów artykułu w „GP”. Sugeruje on bowiem, że fakt, iż autopilot był włączony niemal do ostatniej chwili, oznacza, że piloci byli w trakcie lądowania, a nie próbnego podejścia do lądowania.
 
Są to zasadnicze kwestie, które należy jednoznacznie wyjaśnić. Oczywistym jest, że odpowiedź jest ukryta w czarnych skrzynkach, a konkretnie w rejestratorze rozmów z kabiny pilotów oraz nagraniu wymiany informacji pomiędzy polską załogą, a wieżą kontrolną na lotnisku w Smoleńsku.
Wątpliwości budzą też mało klarowne fragmenty raportu MAK, którego autorzy raportu podają, że załoga na własną prośbę wykonała próbne podejście do lądowania na wysokość decyzyjną 100 m; w raporcie pada też informacja, że wydając zgodę załodze na trzecie podejście kontroler podał, że od wysokości 100 m trzeba być gotowym na odejście na drugi krąg. Logiczny wniosek, który się tu nazuwa, to konstatacja, że skoro wieża wyraziła zgodę na próbne lądowanie, to równie dobrze mogła jednak tej zgody nie wydać. Ciekawym wątkiem jest także owo „trzecie podejście”. Od czasu zdementowania, że tu-154 podchodził do lądowania bodaj czterokrotnie, znów mogliśmy teraz przeczytać informację o kilku podejściach. Co to znaczy?
Nasza wiedza – jak widać – jest straszliwie szczątkowa. Za każdym razem budujemy ją na doniesieniach z tzw. „trzeciej ręki” na temat wyrwanych z kontekstu zdań, czy komunikatów, które padły w kokpicie. Do dziś nie mamy pełnego obrazu przebiegu rozmów polskiej załogi z ziemią, co zresztą musi dziwić, bo odsłuchanie zapisu rejestratora dźwięków było zadaniem stosunkowo prostym i nie aż tak czasochłonnym, jak odczytywanie z czarnych skrzynek technicznych parametrów lotu. Zresztą prokurator generalny  Seremet początkowo obiecywał w miarę szybkie odtajnienie i upublicznienie przynajmniej części kluczowych nagrań z kabiny. Tymczasem, jak dotąd realizacja tych zapowiedzi odsuwana jest w czasie.
Szczątkowość doniesień, ich często nieoficjalny charakter sprawia, że toniemy w domysłach, gubimy się w spekulacjach. Wiemy ciągle bardzo mało, skandalicznie za mało. Próbujemy wyciągać wnioski na podstawie skrawków prawdy, często utytłanych w błocie kłamstw i pomówień.
Mam nadzieję, że autorzy artykułu w „Gazecie Polskiej” pt. To był zamach odniosą się do informacji i interpretacji przedstawionych przez Edmunda Klicha. Chciałabym wiedzieć (myślę, że wszyscy chcemy wiedzieć), czy hipoteza o zamachu dokonanym metodą „meaconingu” jest nadal realistyczna, przy założeniu, że to, co Klich mówi o kwitowaniu przez załogę wysokości na poziomie 90, a następnie 80 m, jest prawdą.
Oczekuję więc rzetelnych analiz i wyjaśnień eksperckich w mediach. A od komisji rosyjskiej i Edmunda Klicha oczekuję jak najszybszego ujawnienia nagrań z kokpitu. Chcę usłyszeć na własne uszy, jak wyglądała wymiana komunikatów między wieżą a pilotem. Jakie dokładnie informacje i dane na temat warunków atmosferycznych polska załoga otrzymała od rosyjskiego kontrolera? Do jakiej wysokości piloci kwitowali lot prowadzonej przez siebie maszyny?
Ja po prostu chcę prawdy i potwierdzających ją dowodów. Nic więcej. I aż tyle.
Agata Len
O mnie Agata Len

Interesuje mnie świat. Uważnie śledzę sprawy krajowe. Zależy mi na dobru Polski. Uwielbiam czytać i rozmawiać z mądrymi ludźmi o sprawach ważnych.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka