Powodów, by stawiać powyższe pytanie jest niestety wiele. Jednym z nich jest sprawa Wojciecha Sumlińskiego, przypomniana dwa dni temu (3.06) w czwartkowym programie TVP „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego.
Program ten był poświęcony ks. Jerzemu Popiełuszce. Najpierw mówiono o zbrodni, której mocodawcy do dziś nie zostali ani wskazani, ani ukarani. A potem odbyła się ciekawa dyskusja na temat duchowego dziedzictwa, które ks. Jerzy nam pozostawił.
W pierwszej części programu, w materiale filmowym wystąpił Wojciech Sumliński, znany dziennikarz śledczy, autor publikacji na temat mordu popełnionego na ks. Jerzym. Sumliński dwa lata temu stał się ofiarą brutalnej akcji służb specjalnych. Do jego mieszkania w maju 2008 r. wtargnęli funkcjonariusze ABW, przeprowadzili rewizję, a następnie aresztowali go pod pretekstem zarzutu płatnej protekcji względem oficera Wojskowych Służb Informacyjnych. Była to perfidna prowokacja związana ze słynnym aneksem do raportu WSI, mająca na celu skompromitowanie i złamanie niezależnego dziennikarza. Nie wiadomo, czym Sumliński bardziej się naraził: czy swoim zainteresowaniem działaniami rozwiązanej przez rząd J. Kaczyńskiego WSI, czy też prowadzonym przez siebie od lat śledztwem w sprawie morderstwa ks. Popiełuszki?
Podczas rewizji w domu Sumlińskiego skonfiskowano cały jego dziennikarski dorobek życia, w tym m.in. 1000 stron zebranych przez niego materiałów dotyczących porwania i zabicia ks. Jerzego przez funkcjonariuszy SB. Choć materiały te nie miały nic wspólnego ze sprawą, w związku z którą dziennikarza zatrzymano, dokumenty na temat księdza, mimo składanych wniosków do dziś nie zostały mu przez prokuraturę zwrócone i – jak go poinformowano – już do niego nie wrócą. Sumliński nazywa to wprost: „rabunkiem”, bo przecież nawet jeśli ABW i prokuratura wierzą w jego winę w kontekście zarzucanej mu płatnej protekcji, to w jakim celu śledczy zatrzymali materiały dotyczące zbrodni popełnionej na ks. Jerzym przez esbeckich oprawców w 1984 roku?
Piszę dziś na ten temat nie dlatego, że o skandalu tym dowiedziałam się dopiero teraz. Obszernie opisywała te zdarzenia dwa lata temu m.in. „Gazeta Polska”. A więc wiedziałam o sprawie. Czytałam. Ale… zapomniałam. W natłoku różnych krajowych afer, nie myślałam już od dłuższego czasu o dramatycznych doświadczeniach Wojciecha Sumlińskiego. Jest też zresztą faktem, że media nie przypominały tej historii zbyt natrętnie.
Są bowiem w Polsce sprawy, które pełnią funkcję dyżurnych „tematów zastępczych”, rzucanych opinii publicznej na pożarcie. Ileż to na przykład razy przytaczano w mediach wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, o tym, gdzie kiedyś stało ZOMO? Znamy wszyscy te słowa już na pamięć i do znudzenia cytuje się je, aby straszyć wszystkich Kaczyńskim. Albo ileż to już razy przywoływano występ posła Palikota ze sztucznym penisem? Występ oczywiście żenujący i świadczący (nie pierwszy i nie ostatni raz) o tym, że przyjaciel kandydata PO na prezydenta jest człowiekiem wyjątkowo prymitywnym, ale też tak naprawdę nie wart nagłaśniania i zbytniej uwagi. Problem bowiem tkwi w tym, że dzieją się jednocześnie rzeczy dużo poważniejsze, są do opisania zjawiska o wiele groźniejsze i musi niepokoić, że to nie one omawiane są na pierwszych stronach gazet. Bo jakże rzadko możemy dowiedzieć się o przykładach łamania praw człowieka w naszym kraju? Doniesienia o tajemniczych wypadkach, „samobójstwach” w więzieniach, jeśli w ogóle docierają do opinii publicznej, są medialnym tematem tylko przez chwilę. Potem zapada cisza, a ludzka pamięć jest zawodna, czemu sprzyja wszechobecny szum informacyjny, na który składają się m.in. kolejne „newsy” na temat choćby wspomnianego posła Palikota i jego osiągnięć w zdobywaniu coraz to wyższych szczytów chamstwa i arogancji.
Ja bym oczekiwała od dziennikarzy żmudnego tropienia wszelkich patologii i niesprawiedliwości w sferze działań publicznych i nieskrępowanego, rzetelnego informowania o nich. Dlatego wdzięczna jestem Janowi Pospieszalskiemu za przypomnienie bulwersującej sprawy Wojciecha Sumlińskiego. Ale Pospieszalski, jak słyszymy nieustannie, także z ust premiera, jest „dziennikarzem nieobiektywnym”, to „trybun ludowy”, „propagandysta” i „agitator PiS-u” itp.
Najwyraźniej prawda w oczy kole. Dlatego nieulękłych orędowników Prawdy, jak ks. Jerzy Popiełuszko, trzeba było zabijać. Dlatego dziennikarzy śledczych, jak Wojciech Sumliński, należy kompromitować, stawiając im sfingowane zarzuty karne i niwecząc owoce wielu lat pracy. A z kolei na dziennikarzy, jak Jan Pospieszalski, którzy o takich patologicznych zjawiskach chcą informować, należy organizować nagonki, odsądzając ich od czci i wiary, czy też, podobnie jak redaktorów „Gazety Polskiej”, ciągać po sądach.
W jakim my państwie żyjemy? – ciśnie się na usta. Wypowiedź Sumlińskiego w programie „Warto rozmawiać” skomentowała spontanicznie obecna w studio dr Barbara Fedyszak-Radziejowska. Wyraziła przekonanie, że „Polacy zasługują na posiadanie własnego państwa”.Dodała ironicznie, że ona ma przynajmniej taką fanaberię. Otóż, ja też mam taką fanaberię! Podpisuję się pod postulatem pani dr Fedyszak-Radziejowskiej!
A Wojciech Sumliński? Wyznał, że los swój i swojej rodziny, wraz z nim ciężko doświadczonej z powodu brutalnych i bezprawnych działań służb, zawierza księdzu Jerzemu Popiełuszce. Ufa, że za wstawiennictwem Księdza, uda się mu i jego najbliższym jakoś wyjść z tej traumy, która nadal trwa.
Cóż. Kiedy tak się patrzy i widzi, w jakim my państwie żyjemy, można się załamać. Bo żyjemy w państwie, gdzie mordercy i aferzyści uchodzą przed organami sprawiedliwości cało, a ich tropiciele są zagrożeni. Kiedy rzeczywistość mota nas w poczuciu bezsilności, co pozostaje? Wiara. Nie ukrywam, że i ja się jej czepiam z nadzieją. I wierzę, że Błogosławiony Ksiądz Jerzy wyprosi dla nas ratunek z Wysoka…


Komentarze
Pokaż komentarze (8)