Strzępki komentarzy tudzież wypowiedzi rozkazały mi zainteresować się Rogerem. Po jaką cholerę zaglądałem ówdzie i tam? Teraz mam głowe zawróconą"płoblemem" jakiegoś cholernego Brazyliera, któremu - jak to się zwykle w takich okolicznościach praktykuje - miejscowe obywatelstwo (poddaństwo?) przyznano i ponieważ zrobił to straszliwy Kaczor, rozszczekała się sfora myśliwskich bokserów.
Gdzieś tam nawet w odruchu, rozśmieszonym będąc, wspomniałem przyokazyjne nieszczęście ladacznic murzyńskich, ale to tak - w ramach żartu nie na poziomie tubylczym. Chociaż - swoją drogą...
Wiluś kiedys do Niemców wyjechał, w czasach, gdy o układzie Gęgę nie śniło się nikomu, w czasach, gdy Niemiaszki znęcały się nad polskim turystą straszliwym obowiązkiem wizowym. Wiluś wycieczkę do Monachium za zaskórniaki kupił, rodzinę ściemnił, że to niby do Pragi jedzie, list pożegnalno-wyjaśniający napisał i pod pościelą głęboko schował, po czym w autokar wsiadłszy, a uprzednio na drogę się na zapas wysrawszy (bo Wiluś do odważnych nie należał raczej) wyruszył w największą swą przygodę. Ledwo tylko w Bawarii wylądował, wraz z (prawie, bądź sprawiedliw: w końcu kierowca i piloci wrócili) wszystkimi udał się na spacer do Asylantenheimu.
Nie będę się o Wilusiu tu i teraz rozpisywał, planuję zresztą specjalnego bloha dla tych wypominek zainstalować i szkoda mi każdego słowa, a już szczególnie do otumanów; wspomniałem tylko dlatego, że Wiluś w końcu upragnionego papieru niemieckiego nie dostał, choć dokumenty miał całkiem nieśmieszne, zwłaszcza jeśli je zestawić z dowodami innych, wśród których nie brakowało postarzanych zdjęć "dziadka w Wehrmachcie" ("- co to jest?" "- czołg" "- a gdzie dziadek?" "- w czołgu") mocno wątpliwych.
A taki kurwa Andreas Bunkol dostał! ("bunkol" piszę, bo tak w ZDF-ie słyszałem).
Podobno babkę mu w rodowodzie znaleźli - Niemrę. Cyk i już: tryb przyśpieszony.
Nie znam się na piłkarskich historyjkach, bo i po jaką cholerę miałbym się znać, ale wtedy (czy i teraz?) LUFA nie pozwalała na występy więcej niż dwóch cudzoziemków w jedenastce klubowej - nikt tam nawet nie brał pod uwagę ewentualnych grów Andreasa w bundesreprezentacji, w sumie: błahostka i szkoda byłoby wspominać o tym, gdyby nie histeryjka aktualna, przeto: obowiązek zajęcia stanowiska.
Taaak, więc jakie jest to moje stanowisko?
Ano takie, że dzięki wykorzystaniu sprzyjającej sytuacji, posiłkując się szczęśliwymi zbiegami okoliczności, pozycję wypracowałem sobie urzekającą: nic mnie takie pierdoły obchodzic nie muszą.
Ergo: nie obchodzą.


Komentarze
Pokaż komentarze