Z nudów obejrzeliśmy sobie kolejny film przyrodniczy, tym razem o lwach (Zabić Wilusia - poj.2). Jakże różny od opowiadania o białych, austriackich modliszkach (Wesołe Zabawy), który ledwo już zresztą pamietamy, słusznie poniekąd, bo i "czy może być co dobrego spod Wiednia?".
A na saloonach wciąż to samo orkiestra gra, wciąż tak samo tancerki dansują... Jako człowiek głuchy na bębnienie dyrygenta nie mam najmniejszych szans na "wiosłowanie w zespole galerników": najczęstszą mą reakcją na "donos dnia" jest pytanie "a cóż mnie to może obchodzić?" Nie pamiętam już, czy byli kiedyś prawdziwi dziennikarze, czy zawsze trendsetterzy/mindlanserzy, a czas załagodził tylko spojrzenie i przeszłośc wygładził, w każdym razie coś podejrzanie tęskni mi się ostatnio do "dawnych, dobrych czasów"... Czyżbym postarzał się nagle i wtem?
Dobrze że są jeszcze te filmy przyrodnicze.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)