Pierwszym szczeblem do Pałacu Prezydenckiego były wybory wewnętrzne w macierzystej partii PO. Forma reklamy tuż przed oficjalnym startem batalii prezydenckiej. Oczywiście PKW (Państwowa Komisja Wyborcza) uznała takie działanie za zupełnie legalne i niełamiące standardów, równości zasad praw i obowiązków dla wszystkich. Tylko czy naprawdę batalia medialna pomiędzy Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim nie była agitką wyborczą o działaniach znamionujących niedozwolone ruchy?
Sikorski nie miał najmniejszych szans odnieść zwycięstwa. Do postaci, które uciekają z innych partii czy też zostają z nich usunięci podchodzi się z ukrywanym a czasem nawet niekamuflowanym dystansem i nutą podejrzliwości. W wypadku elekcji osoba taka może poczuć się samodzielna, niezależna i sprzeniewierzyć po raz kolejny. Na takie ryzyko nie można sobie pozwolić. Postać z piętnem nieobliczalności nie jest w stanie czegokolwiek osiągnąć.
Kolejnym krokiem były oficjalne wybory, mimo rozlicznych gaf, wpadek, zmiany narracji przez głównego konkurenta na ciepłą, pogodną, koncyliacyjną, pojednawczą. Niechęć do Jarosława Kaczyńskiego i strach przed powrotem IV RP zwyciężyły. Po raz kolejny Bronisław Komorowski potwierdził fakt bożego namaszczenia (żart). Skazany na sukces, zwyciężył różnicą prawie jednego miliona głosów. Po nierównej walce prezes PiS doznał klęski. Żeby było śmieszniej nie z kandydatem PO, ale z piątą kolumną w postaci dyspozycyjnych mediów. Sama przychylność Radia Maryja, Wiadomości TVP1 oraz paru niszowych gazet na nic się zdała. W obliczu przeważających sił wroga sukces Jarka był niemożliwy. Pocieszający okazał się fakt, że po opadnięciu bitewnego kurzu można było odejść z podniesionym czołem.
Wchodzimy w następną fazę działania już prezydenta Bronisława Komorowskiego. Nakreśloną przez szefa partii PO i rządu Donalda Tuska sprawowania funkcji „żyrandola”. Brzmi to durnie i niewiele mówi o charakterze działań głowy państwa. Należy oczekiwać czysto ozdobnej roli ala kwiatek w butonierce. Właśnie byliśmy światkami kilku kurtuazyjnych wizyt zagranicznych (do Brukseli, Paryża i Brukseli), które można sprowadzić do powitania się i przedstawienia nowej osobistości polskiego podwórka. Zapewne przysporzy nam to korzyści nie większych niż wizyty premiera RP Donalda Tuska w Peru, Indiach czy Wietnamie. Nie jest to na szczęście jedyne pole zabiegów pierwszego obywatela Rzeczpospolitej. W kraju nowy prezydent brał udział w obchodach bitwy pod Grunwaldem, uroczystościach związanych z powstaniem warszawskim, cudem nad Wisłą, rocznicą wybuchu II wojny światowej, powstania Solidarności. Zaszczycił swoją osobą dożynki, forum ekonomiczne w Krynicy. Wszędzie dał się poznać, jako autor długich a co najważniejsze nudnych przemówień, wystąpień. Wzbudzając wśród przybyłych gości naturalny entuzjazm z chwilą ich końca. Głowa państwa chwali się, że sam jest autorem tych orędzi, zważywszy na ich górnolotność nie należy poddawać w wątpliwość prawdziwości owego stwierdzenia.
Realizacja nakreślonej przez premiera drogi ma swoje odbicie w działaniach pierwszego obywatela Rzeczpospolitej. Z przykrością muszę stwierdzić fakt, iż nadal nieobsadzone są stanowiska ministrów i doradców prezydenta. Brak nominacji ministerialnych w kancelarii rodzi pytanie o formę urzędowania. Czyżby szykował się nam prezydent jednej partii, któremu w dobie rządów PO nie potrzebni sąwspółpracownicy, eksperci. Przyświeca przekonanie, iż dyspozytorem najlepszych rozwiązań jest rządząca partia, z którą należy się zgadzać podpisując nadchodzące do Pałacu Prezydenckiego ustawy? Czas pokarze. Papierkiem lakmusowym może okazać się ruch prezydenta Bronisława Komorowskiego odnośnie odesłanych przez jego poprzednika śp. Lecha Kaczyńskiego do Trybunału Konstytucyjnego ustaw autorstwa Platformy Obywatelskiej. Coraz głośniej mówi się o wycofaniu przez obecnego prezydenta wniosków Jego poprzednika i podpisaniu dokumentów,do których mogą zachodzić uzasadnione podejrzenia o niezgodności ich zapisów z polską konstytucją.
Ostatnim, ale nie najmniej ważnym pozostaje działanie prezydenta Bronisława Komorowskiego dotyczące krzyża postawionego przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim. Sytuacja, w której głowa państwa wywołuje konflikt poprzez nierozważny wywiad dla GW a później nie stara się go rozwiązać tylko chowa się za ministrem Jackiem Michałowskim jest, co najmniej dziwna. Człowiek, który w czasie kampanii wyborczej podążał przez Polskę z hasłem „zgoda buduje”potwierdził, jaką wartość stanowił ten zwrot. Niestety okazał się frazesem o randze lepu na elektorat i tak należy go obecnie klasyfikować. Jako pustą deklarację. Aby dojść do porozumienia trzeba rozmawiać ze stronami sporu. Dyskusja z postaciami, które się z nami zgadzają jest prosta, tylko nie niesie ze sobą rozwiązania i kompromisu. Ludzie Polski B klęczący pod krzyżem okazali się niegodni prezydenckich salonów. Mając inne zdanie stali się fanatykami, szaleńcami. Reakcyjną masą, z którą się nie dyskutuje tylko stawia przed faktami dokonanymi. Zgoda może i buduje, ale nie zgoda w społeczeństwie, ale zgoda w partii władzy (nowa powyborcza definicja).
Pozostaje jedno zasadnicze pytanie.Bronisław Komorowski prezydent wszystkich Polaków, czy jedynie tej części społeczeństwa, która z góry zachwyca się wszelkimi działaniami Platformy i w czołobitnym ukłonie trwa od wyborów parlamentarnych z 2007 roku?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)