Wybrałam Wrocław
Kiedy przyjechałam tu na studia dwa lata temu, szukanie pracy nie pochłaniało mi czasu, miałam dużo zajęć, poznawałam nowych ludzi. Z przyjaciółmi z Projektu: Polska pracowaliśmy nad założeniem magazynu Liberte! - głos wolny, wolność ubezpieczający.Wystarczała mi dorywcza praca, którą mogłam bez problemu dostosować do zajęć. W czerwcu skończyłam studia (dziennikarstwo i komunikacje społeczną na Uniwersytecie Wrocławskim) – zdobyłam tytuł magistra. Los chciał, że zamiast wrócić do rodzinnego miasta – Łodzi – postanowiłam zamieszkać we Wrocławiu. W mieście, które dynamicznie się rozwija, jest rajem dla młodych. W mieście, w którym można realizować marzenia.
Obuchem w łeb
Pracy zaczęłam szukać w czerwcu. Gdy nie mogłam jej znaleźć mówiłam sobie, że to przez ten czas wakacyjnego rozleniwienia, że pewnie firmy nie chcą w takim momencie robić sobie problemu. W październiku wmawiałam sobie, że studenci zjechali do Wrocławia i zapchali rynek. W grudniu uwierzyłam w kryzys. Jest koniec stycznia. Nadal nie mogę znaleźć zajęcia.
Ani ja wymagająca, ani kapryśna
Gdy rozmawiam ze znajomymi, szczególnie tymi, którzy mają pracę, słyszę w ich głosach niedowierzanie: przecież prac jest dużo. Oczywiście. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło, które śni mi się po nocach, czyli „praca Wrocław”. Jest miliard portali, a na nich ogłoszenia. I można być telemarketerem – czyli uprawiać akwizycję, można pracować na kasie w supermarkecie za 6 zł/h, można podjąć super płatną pracę jako dziewczyna do towarzystwa. W telemarketingu próbowałam, po kilku godzinach słuchania obelg ze strony osób, do których dzwoniłam darowałam sobie. Praca na kasie za 6 zł i to na Bielanach, do których jedzie się ponad godzinę to śmiech na sali. A dziewczyną do towarzystwa nie chcę być. I tu kończą się możliwości. Bo programistą komputerowym po skończonym dziennikarstwie nie będę, księgową ani magazynierem również.
Za mądra dla głupich a dla mądrych zbyt głupia
Na horyzoncie pojawiła się ogromna szansa stanięcia na nogi. W Pasażu Grunwaldzkim poszukiwali w różnych sklepach sprzedawcy. A że mam spore doświadczenie w tej dziedzinie, ponieważ pracowałam w tym charakterze dobrych kilka lat, pomyślałam, że spróbuję. Rozniosłam 53 życiorysy. W Galerii Dominikańskiej i Renomie również. Cisza. W końcu od pewnej pani w pewnym sklepie dowiedziałam się, że gdybym nie miała skończonych studiów, to chętnie, ale ja magister jestem. I ręce mi opadły…
Ktoś mógłby powiedzieć, że trzeba pójść po redakcjach, popytać. Chodziłam, szukałam, pytałam. W portalach internetowych można przyjść na trzy miesięczne praktyki bezpłatne i dalej zobaczymy. Tylko, że wiem od ludzi którzy w tych redakcjach pracują, że z 1000 osób zostaje jedna. A za coś żyć trzeba. W większych radiach i telewizjach nawet o praktykach można tylko śnić. I tu moje pomysły się kończą.
To chyba już koniec
Ponoć nie liczy się sama wiedza lecz umiejętność jej wykorzystania, zdobywania. Ja się staram, staję wręcz na rzęsach. I z tego stawania już mnie oczy bolą. Znikąd pomocy, rady, pracy. Rozczarowałam się tym miastem. Dynamicznym, kolorowym, rozwojowym. Miastem, w którym na 300 wysłanych „podań o pracę” nie odpowiada nikt. Miastem, w którym ogłoszenie jest już nie aktualne po dwóch minutach od pojawienia się w sieci. I niech nikt mi nie zarzuca, że tu jest tak jak wszędzie indziej z pracą. Wrocław jest ponoć wyjątkowy a jakoś tej wyjątkowości nie widać. Z rozpaczą myślę o wyjeździe z miasta, któremu już tak dużo dałam z siebie. Czy na mnie już czas? Czy powinnam spakować wszystko do czerwonej walizeczki i wyjechać do miasta, które będzie dla mnie szczęśliwsze?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)