Panie Premierze. To znowu ja ośmielam się zawrócić Pana niedocenioną głowę, chciałam powiedzieć nieocenioną, znaczy bezcenną głowę...wie Pan zresztą o co mi chodzi.
Wszystko przez ten trzeci dzień września i pierwszy dzień nowego roku szkolnego. Gdyby było normalnie pierwszego września, to nie absorbowałabym Pana swoimi poddańczymi myślami. Byłaby sobota. Dzień wolności i odpoczynku. Pana również, a właściwie przede wszystkim.
Ale do meritum. Do późnych godzin nocnych nie mogłam zasnąć. Biłam się z myślami, czy mam wysłać dziecko do szkoły, czy zatrzymać w domu. Dla bezpieczeństwa politycznej poprawności, która coraz częściej dotyka takiej prostej polskiej baby, jak ja.
W czym problem? Patrzę ja na stronę w internecie szkoły mojego dziecka a tam stoi jak byk: rozpoczęcie roku szkolnego godz. 10.30, a poniżej bomba z opóźnionym zapłonem: msza święta w kościele - postawionym złośliwie chyba przy szkole - godz. 8.00.
No bo jak ja mam w tej sytuacji rozdzielić kościół od państwa? Pan nie potrafi, choć taki sprytny, a ja mam dać radę?... I co ja mam powiedzieć dziecku: idziemy czy nie.
Dobra. Myślę politycznie. Jeśli dziecko wstanie i będzie domagało się kościoła i szkoły - odpowiedzialność na nieletniego spadnie. W razie czego. W potrzeby dziecka się wsłuchiwać, podmiotowo traktować to rodzica święty obowiązek - ostrzega niania ta super fajna, co to wszystko wie i autorytetem tvnowskim jest. W razie czego to i na nią zrzucę... Kminię tak sobie i się kładę.
Rano dziecko na nogi. To ja też. Książeczki do nabożenstwa nie biorę. Nie wiem, kto będzie stał obok. Doniesie i będzie, że ja nadgorliwa pisiorówka, albo moher jakiś czy coś takiego...
A ja dla dobra dziecka muszę politycznie poprawnie przecież... Tak jak Pan. Bo ja to całe życie uczę się od najlepszych... A że g... z tego wychodzi najczęściej...
Jesteśmy w kościele. Tłok. Dobra nasza. Nie jestem sama. Jak ta fundacja tvnowska. Fajnie i bezpiecznie. W kupie ...ups...raźniej. Czułam się jak polityk. I kiedy błogość mnie ogarniała i spokojność taka fajna - nagle jeb... o pardon... kubeł zimnej wody sprowadza mnie na ziemię: Ojczyznę wolną... Panie... dociera do mnie z oddali... Znaczy kto ma dać?... Pan?...
Dlatego Panie Premierze uprzejmie donoszę sama na siebie. Żeby potem znów nie było, że Pan czegoś nie wiedział, nie przeczytał, nie powiedzieli... O łaskę i przebaczenie pokornie proszę, bo ja niewinna jestem. To wszystko ta publiczna szkoła z Pana państwowych pieniędzy pasożytująca sprowadza mnie na drogę kościoła i walki o tę wolną Polskę...
Ale przecież mówił Pan, że żyjemy w wolnym kraju, demokratycznym, nareszcie fajnym i naszym... No to, co ta szkoła i ten kościół imputują?...
A... i Kaczyńskiego nie było. A może ja nie widziała... ale ja chyba nie bardzo bystra jestem, bo już niczego nie widzę jasno i wyraźnie i nie rozumiem... za co pokornie przepraszam, ale Pan to już wie...


Komentarze
Pokaż komentarze (6)