Media jak ścieki - do oczyszczalni się kwalifikują. Pytanie tylko, kiedy i czy to nastąpi...Bo ani słowa wspomnienia nie usłyszałam wczoraj. Kłótnia całodzienna przesłoniła mediom świat. Ani migawki filmowej nie zobaczyłam. A przecież data ważna była - 30 października...Dzień odnalezienia zmasakrowanego ciała ks. Jerzego Popiełuszki. Roku 1984 to było. Minęło 28 lat od tego wydarzenia. Wczoraj minęło - bez echa...
Moja córka miała wówczas dwadzieścia dwa miesiące. Byłam już matką. Choć krótko, to rozumiałam już, co znaczy dla matki śmierć dziecka...Jakiż to ból musiał być, kiedy śmierć ukochanego dziecka była męczeńska, bolesna, nieludzka...
Śmierć barbarzyńska...
Śmierć zadana przez służby państwowe...
To do kogo po pomoc iść...Gdzie pożalić się... Jak winnych okazać światu z imienia i nazwiska... i karę wymierzyć...
Jak to przeżyć... Jak z tym żyć...
Z Bogiem jest to możliwe. Żywym dowodem Marianna Popiełuszko jest. Recepta Jej na życie prosta wydaje się być a jakże trudna do wprowadzenia w codzienne życie.
"Ja mam spokój w duszy, bo wszystko przyjmuję z ręki Boga: czy cierpienie, czy ból, czy biedę. Jeśli nie akceptujesz życiam, jakie masz, to nie znajdziesz spokoju".
I kiedy czytam takie słowa wypowiedziane przez tak boleśnie doświadczoną kobietę to naprawdę mi wstyd, że zdarza mi się narzekać na to czy owo, kiedy żyję, żyją moje dzieci, mój mąż.
Inną kwestią jest, czego oczekuję od życia i jak je pojmuję, czego od niego chcę...
Czy aby nie oczekuję na wyrost?
Czy cieszę się tym, co mam?
Czy akceptuję życie, które mam?
Czy z pokorą przyjmuję wszystko, co się w mym życiu dzieje?
Czy, czy, czy?...
Odpowiedź brzmi - nie. Nie umiem być Marianną Popiełuszko. Nie godzę się na zło mi czynione. I mym najbliższym. Nie przyjmuję ze spokojem cierpienia i bólu, które niesie los. Nie umiałabym powiedzieć ze spokojem: moje życie było dobre...ale trudne. Nie, kiedy takie nie byłoby...
Może wszystko, co napisałam wyżej byłoby na tak, gdyby w myśl owej recepty Marianny Popiełuszko żyłby świat i mój kraj...
Gdyby nie było "gdyby"...
Bo "gdyby" nie pozwala akceptować złego i zła...
"Gdyby" dolewa oliwy do ognia...
"Gdyby" nie pozwala zapomnieć...
"Gdyby" nie daje spokoju duszy...
"Gdyby" nie pozwala przyjmować wszystkiego z ręki Boga...
"Gdyby" nie akceptuje bólu, cierpienia, biedy...
Bo "gdyby" domaga się zemsty...
Bo "gdyby" domaga się godnie żyć...
Bo "gdyby" domaga się naprawy krzywd...
Bo "gdyby" nie zna właściwej perspektywy...
Bo "gdyby" nie wie, co to właściwa akceptacja życia jest...
I choć moc akceptacji zbawienną moc ma, to jednak jak wszystko, co proste - akceptacja najtrudniejsze do zrealizowania zadanie ma. Nauczyć akceptacji - także dla istnienia zła...
Kiedy wczoraj śledziłam przebieg medialnego dnia - pomyślałam, że publikacja "Rzeczpospolitej" obnażyła po raz kolejny dobitnie - akceptacji dla tragedii smoleńskiej nie ma... Każdy własny powód ku temu ma. A wyrażanie emocji polaryzuje się, jak pogląd na kwestię zaistnienia tej tragedii.
I znów pojawia się mi "gdyby"...
Gdyby ks. Jerzy Popiełuszko żył, czy umiałby zapanować nad tym, co dzieje się w narodzie polskim od 10 kwietnia 2010 roku?
Czy gdyby ks. Jerzy Popiełuszko powiedział dziś, jak przed laty napisał na swoim obrazku prymicyjnym:
Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc
to opanowałby nienawiść, która dzieje się dziś...
Czy gdyby ks. Jerzy Popiełuszko żył - dojście do prawdy smoleńskiej byłoby łatwiejsze...
Czy gdyby ks. Jerzy Popiełuszko wygłaszał obecnie swoje prelekcje o etyce zawodowej - wówczas kierowane do środowiska medycznego - dotarłby do serc i umysłów także dziś...
Czy gdyby ks. Jerzy Popiełuszko dziś głosił kazania z prawdą czasem niewygodną, w duchu przesłania św. Pawła:
"Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj"
udałoby się dobrem pokonać "smoleńskie zło"...
Czy Donald Tusk byłby nadal przy władzy -
czy musiałby odejść, jak domaga się Jarosław Kaczyński i PiS...
Kto jest dzisiaj Jerzym Urbanem, który oskarżył ks. Jerzego Popiełuszkę o organizowanie "seansów nienawiści"?
I co jest owym "seansem nienawiści" dziś?...
Czy przed 10 kwietnia 2010 roku pojawiło się do którejkolwiek ofiary smoleńskiej, jak przed laty wobec ks. Jerzego Popiełuszki:
"Jeśli pojedziesz po raz drugi na Jasną Górę - zginiesz"
Czy ostatnie słowa z rozważań do tajemnic różańca, wypowiedziane tuż przed porwaniem 19 października 1984 roku w bydgowskim kościele Świętych Polskich Męczenników, można wypowiedzieć i dziś:
"Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy"
P.S.
Śmierć ks. Jerzego Popeiłuszki podświadomie kojarzy mi się z ofiarami katastrofy smoleńskiej. Niczego nie insynuuję. Obie sprawy jawią mi się parą przed oczami za sprawą worków foliowych. Też...ech...
Ksiądz Jerzy był bity do nieprzytomności, będąc skrępowanym i z kneblem na ustach, a wrzocone do Wisły zmasakrowane ciało "zapakowano" w worek foliowy...
Jak ciała ofiar smoleńskich...
I niczego nie insynuuję - kojarzę tylko...a to chyba nie grzech...zbrodnia też nie...
*
Nie trzeba chyba nikomu polecać, bo każdy zna, książki:
"Świadek prawdy" i "Matka świętego" Mileny Kindziuk.
Sądzę, że nie...


Komentarze
Pokaż komentarze