Mimo, iż ani politykiem, ani historykiem nie jestem, chcę się, jako zwykły obywatel odnieść do artykułu w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej” - „Kaczyński byłby katastrofą”, który to artykuł Pana autorstwa traktuję jak swego rodzaju ostrzeżenie. Odnoszę je do siebie, gdyż właśnie na Jarosława Kaczyńskiego zamierzam oddać swój głos.
Ośmielam się skreślić te parę akapitów, gdyż poza przygotowaniem z zakresu historii i polityki (w czym zapewne mnie Pan przewyższa) – posiadam umiejętność czytania, słuchania, obserwowania rzeczywistości i wyciągania wniosków jak również mam prawo do własnej oceny Pana wywodu, które to prawo, na dzień dzisiejszy, traktuję jako niekwestionowane.
„Zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich nieuchronnie będzie prowadzić do odrodzenia się projektu IV RP” – pisze Pan na wstępie.
Moja obserwacja sceny politycznej na przestrzeni ostatnich kilku lat każe mi żyć w przekonaniu, że rząd D. Tuska, w ramach realizowania polityki miłości, zerwał z ideą IV RP już w roku 2007, więc od trzech lat żyjemy w kraju zgody i nieustannych cudów dokonywanych przez PO ( z równoległą prezydenturą śp. Lecha Kaczyńskiego). Musiał Pan przegapić te trzy lata.
„Bo Kaczyński nigdy nie zrezygnuje ze swojej strategii politycznej”. To bardzo kategoryczne stwierdzenie pozwala mi podejrzewać, że wie Pan o tym więcej niż sam J. Kaczyński. Ja natomiast nie wiem, co siedzi w każdym z polityków, których słucham i obserwuję, z góry zakładam (chyba odmiennie niż Pan), że każdy (a nie tylko J. Kaczyński) na potrzeby kampanii mówi określone rzeczy, aby zyskać jak największe poparcie, ale ilością składanych przez rząd PO i D. Tuska deklaracji nie chcę Pana zawstydzać.
Twierdzę ponadto, że strategia polityczna J. Kaczyńskiego nad strategią obecnie rządzącej partii (w tym kandydata B. Komorowskiego) ma tę przewagę, że w ogóle istnieje. W mojej ocenie stwierdzenie, iż obecny rząd ma jakąś strategię jest dużym nadużyciem.
„J. Kaczyński w Pałacu Namiestnikowskim to powrót do nieustannych konfliktów na linii prezydent – premier”. Nawet jeśli Pan ma rację, to pragnę zwrócić uwagę na fakt, że do kłótni (podobnie jak do tanga) trzeba dwojga.
Ja, jako obywatel (odmiennie chyba niż Pan) uważam, że urzędowi Prezydenta RP należy się szacunek, ranga i oddanie godności tej wyjątkowej reprezentacji narodu i państwa. I niezależnie od tego, jak bardzo nie oddawałam głosu na L. Wałęsę czy A. Kwaśniewskiego – zawsze, w każdej rozmowie broniłam tego urzędu.
Musi Pan przyznać, że wszystkie ataki, napaści, nieustanne ośmieszanie, wytykanie śmiesznostek kierowane pod adresem śp. L. Kaczyńskiego przekroczyły wszelkie granice przyzwoitości, kultury, dobrych obyczajów i, co najgorsze, solidarności społecznej z ludźmi, którzy go na ten urząd wybrali. Mówię tu o ludziach, których głos został zagłuszony ujadaniem np. posła Palikota lub L. Wałęsy (który tym się jeszcze wyróżnia, że ujada i sieje nienawiść z wpiętym w klapę marynarki wizerunkiem Matki Boskiej).
„Musimy też pamiętać, że ewentualna wygrana J. Kaczyńskiego da olbrzymi rozpęd jego partii. W tej sytuacji niemal pewny będzie sukces PiS w jesiennych wyborach samorządowych”. I dalej: „To wszystko są jednak tylko poszczególne kroki do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 2011 r.”.
Nie wiem dokładnie, co ma Pan na myśli używając słowa „rozpęd”, ale chyba powinien Pan pamiętać, że samorządowców i parlamentarzystów wybieramy my, wyborcy, obywatele, Polacy. Oczywiście – zachęcani mniej lub bardziej przez poszczególne ugrupowania, ale ten wybór zależy od wyborców.
I tu mam dla Pana złą wiadomość: dla mnie wynik uzyskany przez B. Komorowskiego oznacza jednak (mimo żarliwości Pana wypowiedzi) czerwoną kartkę dla PO. Dla jej arogancji, nieliczenia się nawet z koalicjantem, niedowładem rządu, brakiem strategii dla Polski. Więc ten układ sił politycznych w kraju i tak ulegnie zmianie. Sądzę, że okres zasłaniania się tym czego poprzedni rząd (PiS) nie zrobił jak również cierpliwość społeczeństwa w oczekiwaniu na cuda już się kończy.
„Jeśli ten cel zostanie osiągnięty, wówczas będziemy mieli do czynienia z powrotem IV RP w najgorszej formie”. I dalej: „Wszyscy pamiętamy atmosferę strachu i podejrzliwości, która towarzyszyła rządom PiS”.
Dalej pisze Pan, że IV RP to projekt w duchu autorytarnym i że znamy z historii takie przypadki, które kończyły się dla obywateli tragicznie.
I dalej: „Rządy Kaczyńskiego to jednak nie tylko zagrożenie dla wolności obywatelskich Polaków”.
Dość gładko i sprawnie doszedł Pan do rządów Kaczyńskiego w chwili, gdy wybieramy prezydenta, a rządzi dalej premier Tusk, ale niech będzie.
Ważniejszy w rozmowie na temat ograniczania wolności obywateli (która jest tak Panu bliska) jest projekt zmian w ustawie o CBA autorstwa PO, który to projekt zakłada zniesienie nadzoru sądu i prokuratury w zakresie pozyskiwania o nas (obywatelach) tzw. danych wrażliwych (wyznanie, orientacja seksualna, nałogi, hazard, kochanki, etc.). Projekt nie konsultowany z nikim, projekt, który – wbrew orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego – zamiast doprecyzować termin „korupcja” – został w tej noweli w ogóle usunięty.
Generalnie, jako obywatel, który stara się choć pobieżnie śledzić życie gospodarcze i polityczne kraju, podobnie jak Pan – widzę zagrożenia. Tylko Pan usiłuje mi wmawiać istnienie tychże tam, gdzie ja dostrzegam resztkę nadziei na normalne państwo.
Chcę Panu przypomnieć, że po odrzuceniu wizji IV RP funkcjonujemy w kraju licznych, niewyjaśnionych samobójstw świadków w głośnych śledztwach. Mamy za sobą niewyjaśnione zaginięcie i śmierć szyfranta Zielonki, tajemnicze samobójstwo Dyrektora Kancelarii Premiera D. Tuska, urągające wszystkiemu śledztwo w sprawie zabójstwa K. Olewnika. Mamy wreszcie niespotykaną w dziejach katastrofę prezydenckiego samolotu i wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy, których przebieg już tylko dla nielicznych zdaje się nie być farsą.
W ocenie ekonomistów rzeczywista dziura w budżecie naszego kraju przekracza 200 mld, na naszych oczach wyprzedawany jest polski majątek narodowy, nikną z naszej mapy kolejne zakłady pracy (np. stocznie), na nasze koleje czeka niemiecki inwestor, bo nam się nie opłaca i są nic nie warte. Rozumiem, że Niemcom będzie się opłacać.
Pisze Pan, że „wybór Kaczyńskiego może wywołać najpoważniejsze zagrożenie dla naszej polityki zagranicznej i pozycji Polski w UE”.
Byłoby miło gdyby Pan dodał krótko jaką politykę zagraniczną prowadzi obecnie nasz rząd i jaką mamy teraz pozycję w UE. Łatwiej byłoby się odnieść do tego stwierdzenia.
Mnie zaś podobała się wizja śp. L. Kaczyńskiego szukania sojuszy w Europie Środkowo-Wschodniej i budowania w tym rejonie koalicji polityczno-gospodarczej. Nie oznacza to wcale programowego skłócenia z najbliższymi sąsiadami i dawnymi członkami Unii takimi jak Francja. Nie w tym rzecz.
Mam jednak wrażenie, że silny blok państw Europy Środkowo-Wschodniej jest nam bliższy kulturowo, historycznie i terytorialnie. To niebagatelna wizja i szansa.
UE traktuję jako twór zbyt niejednorodny, aby się nie zastanawiać nad jego dalszą przyszłością. Historia też uczy (ta dawna i dzisiejsza), że gdy (powiedzmy kolokwialnie) dzieje się coś złego – i tak się nie liczymy, jesteśmy z boku, a sojusze (nawet te podpisane) i tak zawodzą. A pierwsze, co w obliczu ogólnoświatowego kryzysu robi Kanclerz Niemiec – to spotyka się z Prezydentem Francji a nie Grecji, Irlandii czy Malty.
Wracając na nasze podwórko chcę jeszcze powiedzieć, że zamiast się straszyć zagrożeniami dla polityki wielkich międzynarodowych salonów – powinniśmy chyba trochę posprzątać we własnym domu.
Ciężko mi uwierzyć w Pana argumentację, bo nie przepadam za tym, aby robić ze mnie osobę głupszą niż jestem w rzeczywistości. Chyba, że żyjemy w dwóch różnych krajach.
Bo ja mam teraz z jednej strony kandydata, który (szczerze lub nie) ale nawołuje jednak do zakończenia wojny polsko-polskiej, a z drugiej strony kandydata, który niby buduje zgodę, ale jego otoczenie głośno nawołuje do wojny i publicznie grozi zastrzeleniem przeciwnika.
Przyzna Pan zatem, że jeśli zgodzić się po części i z Pana i z moimi argumentami, to proponuje mi Pan dżumę zamiast cholery.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)