Pewnie w programie każdych studiów znajdują się takie przedmioty „niszowe”, których udział w całym toku studiów ogranicza się do czterech, czasem sześciu ćwiczeń. Wielu prowadzących ogłasza na początku roku, że kolokwium nie będzie, ale do zaliczenia jest niezbędna obecność na wszystkich zajęciach i aktywność na tychże.
Ja zmagałam się ze studiami w tzw. systemie „dla pracujących”: zajęcia odbywały się zwykle co drugą sobotę z niedzielą. Cierpiąc katusze, regularnie na UW jeździłam i poszerzałam wiedzę w czasie, gdy inni spali lub nadrabiali zaległości kinowe. Nie żebym się żaliła. Przeciwnie. Sama do siebie mruczałam pod nosem „dobrze ci tak”.
Faktu mojego studiowania nie dało się wśród rodziny i znajomych ukryć. Nie było też powodu. Po prostu w niektóre soboty byłam nie do wzięcia i już.
Kończył się III rok, więc szczególnie mi zależało (jak każdemu), aby jak najwięcej zaliczeń uzyskać jak najmniejszym kosztem czasu. Tu szczególnie cenne były te zaliczenia, gdzie wystarczyło być. Ciałem i duszą, rzecz jasna.
Nadchodziła sobota, na którą spakowałam indeks, a tu nagle, jak obuchem w łeb, zaproszenie do przyjaciół, którzy wyjeżdżają na kilka lat do Stanów i urządzają pożegnalny obiad.
No i się zaczęła (jak mawiają ) jazda. Najpierw łagodna, ale stanowcza odpowiedź, że mi przykro, ale nie mogę. No przecież studia ci nie uciekną – pada argument z drugiej strony. Co prawda, to prawda, ale tyle pracy (w soboty i niedziele) na to poszło. Ale czy ten obiad musi być w sobotę, skoro jedziecie w następny czwartek? Tak, musi, bo w niedzielę coś tam, w poniedziałek coś tam… Gorączka przed odlotem. Za wielką kałużę. Kurcze, ale to nie ja wylatuję!
Po żartach i wygłupach zaczęły się napaści na serio, do których, niestety, dołączył mój mąż: a że ze mną tak zawsze, że mam krnąbrny charakter, że tam będzie ze dwanaście osób, więc przekładać nie będą, że spokojnie zaliczę w innym terminie, że zawsze muszę odwrotnie (!) że kłótliwa jestem i już.
Pomyślałam sobie, że niech im będzie, choć miałam już dość robienia czegoś dla świętego spokoju dla tych akurat znajomych. Krew mnie zalewała jak diabli. Do „spokojnego” zaliczenia musiałam się umawiać w tygodniu i zwalniać z pracy, ale nie to było najgorsze.
Zła byłam przede wszystkim dlatego, że (w mojej małej ocenie, rzecz jasna) żaden układ, żaden związek, żadna przyjaźń nie może się opierać na zasadzie, że jedną ze stron należy stłamsić.
Przyjechaliśmy na ten obiad. Istotnie: grono znajomych wcinało zakąski i popijało, ale gospodarzy (tych zapraszających, wyjeżdżających, emigrujących, żegnających się) nie było! Po chwili wyjaśniono mi, że pojechali do Pruszkowa obejrzeć szczeniaczki i że wrócą „za godzinkę”. Z warszawskich Młocin do Pruszkowa i z powrotem za godzinkę! Akurat!
Żebym zdołała zamknąć rozdziawioną gębę z powodu tych szczeniaczków wyjaśniono mi, że kilka tygodni temu oszczeniła się bulterierka innych znajomych i wyjeżdżający uznali, że skoro nie będzie ich kilka lat (a może wieczność), to mogą nie mieć szansy obejrzenia szczeniaczków!
Cierpliwości w oczekiwaniu na rozdzierające sceny pożegnań starczyło mi do piątej. Potem obliczyłam, że zdążę na ostatnie zajęcia. Miałam też nadzieję, że zastanę tego gościa od zaliczenia (które przeleciało mi przed nosem między 14.00 a 15.30), więc – wobec dalszego braku odlatujących – pojechałam na uczelnię.
Ile zdołałam z tego uczelnianego dnia uratować nie jest ważne. Ważniejszym jest, że w obliczu zaistniałych zdarzeń (które opisałam tak wiernie jak potrafiłam) ja (ja!) okazałam się osobą: niepoważną, aspołeczną, niewdzięczną, niepoważną, nieczułą i nietowarzyską. W złości padały też epitety typu: wredna egoistka, samolub, chamka! Bo jak tak można z przyjęcia komuś wyjść?!
To nie jest jedyny przykład „z życia wzięty”, w którym następuje takie odwrócenie ról, żeby nie powiedzieć, postawienie wszystkiego na głowie.
Jak przyjeżdża daleka kuzynka i bez mojej wiedzy i zgody godzinami nawija przez mój telefon ze znajomym w Barcelonie, to jest w porządku. Jak próbuję żartobliwie zwracać jej uwagę licząc, że zrozumie, to ona nie rozumie i dzwoni dalej. Jak na nią wsiadam stanowczo, to się wypiera. Jak jej w końcu podkładam słuchawkę pod nos i wciskam w aparacie opcję wybierania ostatniego połączenia (które jest do Włoch), to ona się obraża, pakuje, przedtem mnie wyzywa od najgorszych, a potem po rodzinie rozpowiada, że jej nawet do zegarynki nie pozwoliłam dzwonić, że jeść jej nie dawałam i się nad nią znęcałam psychicznie.
Przykłady można mnożyć. A im bardziej obserwuję to, co się dziś dzieje na scenie politycznej, w mediach, na różnego rodzaju portalach i blogach, tym więcej mi się ich przypomina. I ta wolta z odwróceniem ról chyba nigdy nie przestanie mnie zastanawiać.
Żeby się nie pogubić w szczegółach mogłabym w uproszczeniu napisać tak: J. Kaczyński w kampanii apeluje o zakończenie wojny polsko-polskiej. Nie wiem, czy szczerze, ale nawołuje i nikogo z jego sztabu, ani też jego samego nie udaje się sprowokować. Ale w tę przemianę nie wolno wierzyć. Bo jest nieprawdziwa.
Komorowski staje na tle napisu „Zgoda buduje”, ale już w dniu ogłoszenia tego hasła członek jego komitetu nawołuje do wojny, inny nazywa Kaczyńskiego hodowcą zwierząt futerkowych, jeszcze inny psychopatą. Ale w tę zgodę, która buduje trzeba wierzyć. Bo jest prawdziwa. Ta zgoda. I ta budowa też.
Komorowski wygrywa wybory, ale już następnego dnia, w ramach tej zgody, jego najbliżsi współpracownicy na powrót odsądzają od czci i wiary zmarłego tragicznie brata Kaczyńskiego.
Jarosław mówi na to: dość, tylko łagodniejszym językiem. Stwierdza, że póki jego śp. brat będzie obrażany, to współpracował nie będzie.
I przychodzi czas na ową woltę, którą tak „kocham”, gdyż: J. Kaczyński wszedł znowu w swoje stare (agresywne) buty, teraz wszyscy widzimy, że się nie zmienił, że tylko grał, że udawał, że wszystko by dla władzy zrobił, ale zmienić, to on się nigdy nie zmieni. Zawsze będzie taki agresywny.
Całkiem tak samo, jak ja się zachowałam samolubnie i po chamsku wychodząc z przyjęcia, na które mnie zaproszono.
A ile do tego dochodzi kłamstw, których nie sposób prostować…


Komentarze
Pokaż komentarze (9)