Wczoraj, na którymś z kanałów znów leciał „Ile waży koń trojański?”. Sympatyczna komedia: bohaterka, na własne życzenie, przeżywa drugi raz kilkanaście lat swojego życia – z roku 2000 cofa się (nie tracąc doświadczenia) w rok 1987.
W tym filmie jest taka scena, jak główna bohaterka jedzie pociągiem razem ze swoją babcią na wybrzeże. W tym pociągu, w wagonie restauracyjnym, młody Tusk żali się rozmówcy, że już nie mogą wytrzymać, że jego żona też ma dość, że nic się w Polsce nie zmieni, że biorą paszporty i uciekają za granicę. Na Zachód – rzecz jasna.
Nasza bohaterka (znając zdarzenia, które nastąpią po 1987 r.) rzuca do Tuska coś w tym duchu: „Niech pan nie wyjeżdża. Cierpliwości. Wszystko się zmieni”. Tusk dopytał z niedowierzaniem, kiedy się zmieni, na co ona odparła (zgodnie z prawdą): „Za dwa lata i cztery miesiące”.
Ja się zapatrzyłam i wczułam w film, który jakoś tam lubię, ale moja dorosła córka fuknęła pod adresem głównej bohaterki:
- I po coś go zatrzymała? Źle mu doradziłaś! Szkoda, że nie wyjechał! Byłoby nam w Polsce bez niego lepiej!.
A moja córka jeszcze w 2007 dałaby sobie za PO i Tuska oczy wydrapać…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)