Możni wrogowie Solidarności pokazali w Gdyni i w mediach, co potrafią. A potrafią wiele. Przede wszystkim, potrafią bez skrupułów wykorzystać dobrą wolę, elegancję i swoistą delikatność obecnego kierownictwa, które chciało trzydziestolecie narodzin związku NSZZ „Solidarność” uczcić refleksyjnie i radośnie. To miała być okazja do przyjaznego spotkania po latach: do wspomnień, ciekawych rozmów, wreszcie do wzajemnego przyjrzenia się zmianom, jakie na twarzach i sylwetkach dawnych kolegów wyrzeźbił czas…
Prawie się udało. Było wiele sympatycznych chwil w kuluarach, dobre fragmenty przemówień, dwie uchwały, statuetki dla związkowych liderów o najdłuższym stażu… Ale Bronek i Donek, muszkieterowie Kardynała, nie zaspali gruszek w popiele. Zaproszeni na zjazd z racji obrośnięcia w państwowo-instytucjonalne piórka, ale również z powodu wspomnianej wyżej wielkoduszności i, co tu kryć, pewnej naiwności organizatorów zjazdu, szybko dowiedli, że w intrygach nie ma od nich lepszych.
Dwaj muszkieterowie, wspólnie i w porozumieniu z Milady H., czego nawet (pewni wsparcia ze strony zaprzyjaźnionych mediów) nie starali się kamuflować, ukradli związkowcom show, przynajmniej właśnie w mediach. Bohaterką relacji z rocznicowych obchodów zamiast wiernej Panny S. stała się korpulentna Pani K-S, którą nasi dwaj muszkieterowie bezceremonialnie posłużyli się do realizacji swoich celów…
Jakie to cele? Obrzydzić, zohydzić i maksymalnie osłabić związek, z którym podobno się identyfikują. Oczywiście, utożsamiają się według recepty Lecha Wałęsy, który od lat powtarza głupstwa o konieczności zwinięcia sztandarów Solidarności i założenia nowej organizacji związkowej pod jakąś inną nazwą, np. Solidność. Na pytanie, czemu miałaby służyć taka metamorfoza, Wielki Elektryk wyjawia bez żenady, że wtedy to „on mógłby się przyznawać przed światem do Solidarności”, a nie jakiś tam Krzaklewski, Śniadek czy kolejny szef związku. „Bo Solidarność jest potrzebna Polsce i Europie jako ruch społeczny” – perorował Wałęsa na krótko przed tegoroczną rocznicą. Szkoda tylko, że nie wyjaśnił, czego od swego Euromędrca oczekuje Europa i kto miałby się z nim w tym nowotworze społecznym poruszać…
Mniejsza tam o Wałęsę, Tuska i Komorowskiego. Mniejsza o innych, którzy chcieliby się ogrzać przy wielkiej sprawie i przejąć od niej trochę blasku, dla lepszego zadbania o swoje interesy: jednostkowe, grupowe czy partyjne. Bo o polskie, z pewnością już nie… Może więc warto przypomnieć, o co naprawdę szło w Sierpniu ludziom wyrwanym z socjalistycznej drętwoty, przebudzonym z letargu komunistycznego państwa? Trafnie i lapidarnie wyraża to fragment pierwszej części jednej z dwóch uchwał, przyjętych w sierpniu 2010 przez uczestników XXIV jubileuszowego zjazdu delegatów w Gdyni:
NSZZ „Solidarność” zrodził się z potrzeby godności i poczucia wspólnoty. 30 lat temu pracownicy upomnieli się o swoje podstawowe prawa – prawo do bezpiecznej i godziwie wynagradzanej pracy, prawo do zrzeszania się w niezależne związki zawodowe, prawo do wolności słowa, do obecności Krzyża w życiu publicznym. Powołaliśmy „Solidarność”, aby wspólnie o te prawa zabiegać.
Te słowa, jeśli je tylko uczciwie i z dobrą wolą, bez manipulacji odczytać, jasno wskazują, gdzie kto dziś naprawdę stoi. Gdzie jest premier Tusk, głuchy na wołania związkowców, że po dwóch dekadach rozwoju sytuacja na rynku pracy w Polsce sprzyja dziś bezwzględnemu wyzyskowi i pomiataniu pracownikiem przez kapitał, najczęściej zresztą zagraniczny. Gdzie prezydent Komorowski, z przejawianą dobitnie alergią na Krzyż Pamięci... Prezydent, który podczas swej pierwszej wizyty w Paryżu wychwala Francję za sprzedaż do Rosji bojowych łodzi podwodnych. A gdzie – Solidarność.
Wojna z ludźmi pracy trwa dziś na całego. Nie tylko zresztą w Polsce. Bo ekspansja, podboje kolonialne, zawłaszczanie nowych terytoriów odbywają się teraz w kostiumie zmagań gospodarczych, kryzysów ekonomicznych, globalnych przeciągów finansowych. Dlatego związek znów potrzebuje bitnych generałów. A Rzeczpospolita wybitnego przywódcy.


Komentarze
Pokaż komentarze