san quentin tarantino san quentin tarantino
560
BLOG

Waldemar, ty się nie martw!

san quentin tarantino san quentin tarantino Polityka Obserwuj notkę 7

 

Ten szlagwort-pocieszenie, z rockowego przeboju lat 80., kieruję oczywiście do Waldemara Kuczyńskiego, który po raz kolejny – w efektownym, drukowanym w Rzeczpospolitej tekście „Lider ciemnej strony mocy” (http://www.rp.pl/artykul/538404.html) – ujawnił przed szerszą publicznością główny motyw dręczących go koszmarów. 

Wychodzi na to, że nocny marsz z pochodniami dla upamiętnienia blisko stu ofiar smoleńskiej hekatomby z kwietnia 2010, modlitewne zgromadzenia pod pałacem prezydenckim oraz gniewny pomruk ludzi zawiedzionych państwem, jakie wyszykowali Polakom premierzy RP po 1989, a zwłaszcza Mazowiecki i Buzek, którym polityk z Kalisza  doradzał – kojarzą się Kuczyńskiemu z sytuacją Niemiec w latach trzydziestych minionego stulecia.

Refleksja nad kozetką, na której były minister przekształceń własnościowych w rządzie Mazowieckiego położył się dobrowolnie, jest jednak nieco bardziej złożona. Bo nie każda wielka liczba, nie każdy płomień animuje lęki Kuczyńskiego. Niestraszne mu przecież parady obywateli-dewiantów na platformach, ani mroczny kaganek oświaty w rękach pani minister Hall, ani nawet nosząca wyraźne piętno formacji wyspecjalizowanych nihilistyczna głupawka zorganizowana przeciwko krzyżowi pamięci przez kucharza Tarasa…

Kuczyński nie kryje, że osobiście boi się starszego z braci K. „Jarosław Kaczyński, wybitne zwierzę polityczne, jest politykiem z wizją państwa bardzo odmiennego od tego, które powstało przez minione 21 lat. W państwie PiS-owskim, w IV RP, prawa wspólnoty, dokładnie narodu, byłyby nadrzędne nad prawami jednostki, nad prawami obywatela i te w razie konfliktu musiałyby im ustąpić”.

Już dawno nikt, nawet najtwardszy elektorat Prawa i Sprawiedliwości, nie komplementował przysłowiowego geniuszu Jarosława-stratega, tak usilnie jak zrobił to Waldemar Kuczyński. Jeśli bowiem głębiej wczytać się w wynurzenia byłego szefa Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, jeśli odrzucić ten nachalnie stręczony hitlerowski sztafaż, to okaże się, że największym zagrożeniem dla formacji, które zgotowały Polakom los w warunkach III RP, jest skłonienie milczącej i apatycznej od czerwcowych wyborów w 1989 roku połowy narodu do udziału w następnym głosowaniu…

Kuczyńskiego przeraża też – to komplement – NSZZ Solidarność, przy której narodzinach był jednym z ekspertów-akuszerów. Dziś doradca stoczniowców z 1980, stoi już zupełnie gdzie indziej i daje temu wyraz, pisząc: „No i jest związek zawodowy«Solidarność», nie gigant, ale i nie mały, bardzo prawicowy, bardzo upolityczniony i bardzo sfrustrowany stopniowym topnieniem, któremu być może chciałby zapobiegać, sięgając znowu po udział we władzy, w sojuszu z Prawem i Sprawiedliwością”.

 

Zabawne, że obserwatorzy życzliwi idei IV RP u progu jesieni 2010 uważają, że PiS idzie raczej w rozsypkę i szanse na wygranie przyszłorocznych wyborów na własne życzenie traci. Za to wyraźnie niechętny wizji sporządzenia politycznego bilansu dwudziestolecia Kuczyński daje wyraz obawom, że prezesowi PiS mobilizacja rzesz pracowniczych – mocno już zdesperowanych wyzyskiem i brakiem realnych perspektyw na poprawę losu – może się udać.

Mobilizacja do czego? Do parteitagów z pochodniami? A może do nocnego demolowania hipermarketów? Nie, jedynie do powszechnego udziału w wyborach parlamentarnych, w tym święcie demokracji, jak z emfazą powtarzali przez kilkanaście lat po roku 1989 liderzy środowiska ludzi przyzwoitych i rozumnych. Zabawne, że dziś prominentny polityk z dawnej Unii Demokratycznej (sic!), boi się, że jeśli bierna większość znów uwierzy w moc kartki wyborczej, to rządząca Polską  polityczna emanacja warszawsko-krakowskiego salonu zostanie przeniesiona w niebyt, na który skądinąd to środowisko naprawdę mocno sobie zasłużyło.  

Przed niespełna trzema miesiącami było mniej więcej tak: jeden wyborca zagłosował na Komorowskiego (kandydata PO), drugi oddał swój głos na Kaczyńskiego (prezesa PiS), a dwóch pozostało w domu. Teraz Kuczyński boi się, że Jarosławowi uda się namówić choćby tylko tego trzeciego Polaka do udziału w wyborach… Chciałbym, żeby tak się właśnie stało. Ale optymistą nie jestem.

Sam Kuczyński wydaje się jednak ciężko przestraszony własną prognozą. Zgoda, są poważne powody do obaw. W Warszawie trwa właśnie naprawdę spora demonstracja budżetówki… A to dopiero początek gorącej jesieni, którą zafundował sobie i krajowi inercyjny, antyspołeczny, tchórzliwy – mówiąc najdelikatniej – gabinet Tuska. Wkrótce ulicami stolicy pójdą następni zdesperowani, rozgoryczeni, źli. I wcale nie dlatego, że do protestów wzywa ich Jarosław Kaczyński.

Cóż, jeśli kaliszanin chce, może nadal z lękiem spoglądać w lustro, ale niech chociaż publicznie nie sugeruje, że główną przyczyną niechęci do ludzi z jego matecznika politycznego jest coś innego niż niezgoda Polaków na ciągłą redukcję uprawnień ludzi pracy, rujnujący interesy wspólnoty cichy transfer własności, systematyczne psucie państwa, niewydolność wymiaru sprawiedliwości czy lekceważenie racji stanu. W tym rzecz. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka