Końcowy fragment rozmowy prowadzonej przez Agnieszkę Kublik i Wojciecha Czuchnowskiego (Wyborcza.pl 2010-05-21, ostatnia aktualizacja 2010-05-20 20:29, dostęp 30 września 2010, ca 01:30) brzmi tak:
Jak się pan dowiedział, że Tu-154 nie wylądował?
- To było słychać. Siedziałem w jaku jakieś 700-800 m od miejsca katastrofy. Samolot podchodził do lądowania na ustalonym zakresie pracy silnika. I nagle usłyszałem, że dodał obrotów, potem dźwięk jednego milknącego silnika, potem jakieś trzaski, huki. Pomyślałem: "no, chyba chłopaki się rozbili".
Akurat wtedy z wieży wyszedł jakiś człowiek. Zapytaliśmy, gdzie jest tupolew. - Odleciał - odpowiedział. Byliśmy w szoku. Jak to?! Nie słyszeliśmy silników odlatującego tupolewa!
Nie wiedział, że samolot prezydencki się rozbił?
- Nie wiem. Dosłownie kilka sekund potem zawyły syreny alarmowe.
Gdyby relację por. Artura Wosztyla, pilota Jaka 40, którym do Smoleńska przylecieli dziennikarze, przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, to znaczyłoby, że
1) rządowy tupolew 154M-101 z prezydentem nie lądował, lecz
2) podchodził do lądowania, w czasie którego
3) doszło do awarii jednego z silników, więc
4) samolot się rozbił.
O ile jednak wątek awarii trzeba dopiero wyprowadzić z użytych przez pilota słów „dźwięk jednego milknącego silnika”, to całą znacznie dłuższą od cytowanego fragmentu wypowiedź przenika teza o nieodpowiedzialności załogi tupolewa, która lądowała mimo braku tzw. pogodowego minimum dla maszyny tego typu. Por. Wosztyl nie oskarża kolegów wprost, ale dozując odpowiednio to, co mówi, z motywowanym tajemnicą śledztwa brakiem odpowiedzi na część pytań, pozwala średnio inteligentnemu czytelnikowi dojść do wniosku, że Arkadiusz Protasiuk i Robert Grzywna jednak przeszarżowali.
Rzecz jednak w tym, że zwłaszcza po upływie dłuższego czasu zbyt dobrze widać fastrygi na tej wersji wydarzeń, która miała wytłumaczyć wszystko mgłą i błędami pilotów. Inaczej mówiąc, narracja polskiego pilota jest niewiarygodna. Dlaczego?
Sekwencja wydarzeń, tak jak por. Wosztyl przedstawił ją dwójce wyspecjalizowanych dziennikarzy Gazety Wyborczej, wygląda tak:
1) milknie jeden z silników, słychać odgłosy upadku samolotu
2) pilotowi Jaka przelatuje przez głowę myśl o katastrofie
3) „akurat wtedy” z wieży wychodzi jakiś człowiek(niewykluczone, że Krasnokuckij), który kłamliwie odpowiada, że tupolew odleciał, co
4) szokuje pilotów Jaka, którzy nie usłyszeli odlatującej maszyny, ale za to dosłownie
5) w kilka sekund później zawyły syreny.
Wyrażenia: a) usłyszałem (…) trzaski, huki, pomyślałem „chłopaki się rozbili”, b) akurat wtedy wyszedł człowiek, c) dosłownie kilka sekund potem syreny– wskazują na sekwencję szybko po sobie następujących zdarzeń… Tymczasem od chwili unicestwienia polskiego tupolewa (godz. 8.39? lub 8.41?) do momentu włączenia syren na lotnisku Smoleńsk Północny (8.56) minął dobry kwadrans.
Piętnaście minut w takiej sytuacji przypomina raczej wieczność, więc z psychologicznego punktu widzenia opowieść Artura Wosztyla brzmi jak narracyjny dysonans. Lub źle napisana rola.
Tandem Kublik-Czuchnowski to przecież specjaliści w swojej branży. Nie zauważyli jednak (i to po pięciu tygodniach od zdarzenia, a nie w jakimś pierwszym szoku), że przedstawiona im wersja nie trzyma się kupy, że por. Wosztyl ostentacyjnie minął się z prawdą. Ciekawe, czy pilot obarczony przez prokuraturę nakazem milczenia chciał coś w ten sposób zasygnalizować opinii publicznej. A może po prostu jest kiepskim kłamcą?


Komentarze
Pokaż komentarze (64)